Miesięczne Archiwa: Maj 2013

Cukry , które są nie do zniesienia!!!

Dziwi mnie brak wyobraźni nauczycielek przedszkolnych. Nie , już się poddałam , już nie nalegam na mierzenie cukru itp ,ale prosiłam ,że jeśli dzieci będą szły na spacer to żeby Pani dała to powiedziała ,to zostanę w przedszkolu i poczekam. Kiedyś też mówiłam ,że jeśli idą na spacer to Natka powinna mieć ze sobą sok. Niestety jak grochem o ścianę.
Dzisiaj , byłam przekonana,że dzieciaki nigdzie nie będą szły,a tu idąc do przedszkola ujrzałam moją córeczkę na spacerku. Pani powiedziała, że wszystko dobrze, bo Natka mówi,że czuje się dobrze… Cukier nie sprawdzony i oczywiście zadnego zabezpieczenia przed hipo…
Nic się nie odezwałam,ale bałam się co z cukrem. Jak na złośc nie miałam dziś w torebce zapasowego glukometru , a glukometr ,który używamy został w sali… Potem jeszcze dzieciaki były podziękować właścicielowi piekarni za poczęstumek pączkami na majówce, a za to Pan dał im po andrucie… Nie miałam serca wyrywać małej tego andruta, tym bardziej ,że nie miałam pojęcia jaki ma cukier. Na szczęście od razu wróciliśmy do przedszkola, zmierzyłan cukier-212 ,od razu korekta i insulina na tego nieszczęsnego andruta. Córeczka poszła do sali a ja standardowo zasiadłam na korytarzu.
Z zamyślenia wyrwał mnie głos pani opiekunki ,że mają być zawody i czy Natka może biegać, powiedziałam ,że muszę sprawdzić cukier, a tu niespodzianka 333!! Kolejna korekta i pozwoliłam małej wziąść udział w tych zawodach -jej drużyna wygrała:). Potem dzieciaczki szły na rytmikę, znowu musiałam dołożyć insuliny. Po rytmice obiad, normalnie bym nie dała jej jesc,ale w przedszkolu nikt na nią nie poczeka…
Wyszyliśmy z przedszkola z cukrem 293!!! Po przyjściu do domku od razu sprawdziłam mocz na ketony (wynik negatywny) i dałam jej pić i korektę. A w domu jak to w domu , większy rygor i cukier szybciutko unormowałam (zaliczyliśmy spadek 55-ale szybciutko dostała sok i cukry były już w normie-ODUPUKAĆ!!!) Po tej całej huśtawce cukrowej , Natuśka troszkę się zdrzemnęła.
Chyba zacznę siedzieć non stop w przedszkolu ,tak jak to było w okresie zimowym , miałam lepszą kontrolę nad cukrami , a nasza hemoglobina glikowana z tamtego okresu to 5,9!! Tak bardzos się cieszyłam.

wysoki cukier :(

Właśnie na chwilkę wpadłam do domu, udało mi się zrobić jako takie zakupy i zmykam do przedszkola. Wczoraj niestety znowu wkłucie przestało działać i po wymianie przy cukrze 200 ,mimo solidnej korekty cukier urósł do ponad 400 :(… Nie wiem ,czy to normal ,ale jakoś tak zauważyłam ,że przy wymianie wkłucia po zepsutym wkłuciu ,mija trochę czasu zanim mamy spadek (pewnie chodzi o to ,że zanim insulinka zacznie działać to jedzenie wybija). Nie lubię takich sytuacji. W zasadzie,żeby cukry były idealne, a wkłucie działało bezbłednie,to chyba by musiało być wymieniane każdego dnia. Tylko ,że u takich maluszków nie ma potem już miejsca.
Dzisiaj płaciłyśmy za wycieczkę do ,,zaczarowanego lasu” , ma ona odbyć się 5 czerwca , Nataszka jest cała podekscytowana. Ja też, bo nie mogę się doczekać jej uśmiechu i radości , jedyne co mąci mój strach to wkłucie, oby dobrze działało w tym dniu!!!
Zmykam do NATKI.

Uprzywilejowana?? Czasem lepiej ugryźć się w język…

Jesteśmy po przedszkolu. Dzisiaj jak mnie nie było w przedszkolu przez półtorej godziny Natuśka pobiegła do szatni ,bo chciała iśc do domu. Chyba przez to moje przesiadywanie w przedszkolu jest trochę rozdarta pomiedzy przedszkolem a domem. Czuje się bezpieczna tylko wtedy gdy jestem w pobliżu, zresztą ja też tylko wtedy czuję się bezpiecznie i komfortowo. Cukier 2 godziny po śniadaniu -140 ,więc dobry. Potem obiad i Pani spieszyła się do domu ,więc nie zwróciła uwagi ile zjadła Nataszka, nie zdaje sobie sprawy z tego jakie to dla niej ważne… I teraz po obiedzie cukier 245… Szkoda słów.

5 czerwca jest wycieczka w przedszkolu , koszt 69 zł , niby nic ,ale jak mnożymy razy 2 to już troszkę się z tego robi. Nie wpłaciłam jeszcze pieniędzy , bo się zastanawiam ,ale pewnie pojedziemy , bo Natka jest taka zachwycona wyjazdem. Wkurzyłam się dzisiaj w szatni w przedszkolu, kiedy to jedna z mam dzieci zapytała mnie czy jadę ,na co odpowiedziałam twierdząco ,a ona na to (niby w żartach), że też chciała jechać,ale nie ma takich przywilejów… Odpowiedziałam ,że chętnie bym tych przywilejów nie miała… Kto by chciał??? Pewnie nie wie ,jak bardzo chętnie bym się z nią zamieniła na miejsca , tzn. nie życzę choroby jej córeczce, ale skoro ona zazdrości mi moich ,,przywilejów” , to chętnie bym jej je przekazała. Czasem ludzie nie zdają sobie sprawy ze swoich słów. Wcześniej jak jechałyśmy razem z przedszkola do kina też słyszałam słowa innych mam ,że chętnie by pojechały. Nie wiem ,czy tak powinno być,ale czuję się wtedy strasznie niezręcznie, bo one chyba mi normalnie zazdroszczą?? Ta chora zawiść… Czy tak trudno zrozumieć, że przesiaduję w przedszkolu , uczestniczę w wycieczkach nie z własnej nieprzymuszonej woli ,tylko los mnie do tego zmusił?? Ich dzieci mogą uczyć się samodzielności , nie muszą kontrolować się na każdym kroku ,są wolne…
Jeszcze przed chorobą malej wyobrażałam sobie,że jak córcia pójdzie do przedszkola, to pewnie będzie jeździła na wycieczki ,a potem będzie mi szczebiotać za uchem co i jak. Ja sobie w tym czasie odpocznę, albo będę w pracy (bo chciałam wrócić do pracy,żeby polepszyć sytuację finansową) .Ale teraz jestem przecież UPRZYWILEJOWANA… ?
Pewnie, że też się cieszę ,że będę z córeczką przeżywać jej wycieczkę ,że będziemy tam razem ,ale szczerze bym wolała ,żeby moja obecność tam była moim wyborem ,a nie koniecznością.

Być silnym dla dziecka…

Wczoraj , po urlopie Paweł wrócił do pracy i od razu niemiła niespodzianka-cukier po śniadaniu ponad 400, korekta nie bardzo chciała działać ,więc zadzwoniłam do Pawła ,że chyba będzie musiał urwać się z pracy ,żeby zmienić wkłucie. W oczach Nataszki zobaczyłam znienawidzoną cukrzycę -rozszerzone źrenice… Paweł nie bardzo mógł przyjechać, ale powiedział ,żeby jeszcze spróbować korekty i dać mu znać. Natka jednak zaczęła narzekać ,że wkłucie ją boli, wiedziałam ,że nie ma na co czekać. Zapytałam jej ,czy pozwoli mi zmienić wkłucie-odpowiedziała ,,przecież Ty nie umiesz zmieniać wkłucia”…, zrobiłam dobr a minę do złej gry i odpowiedziałam ,że ,,umiem”. Nigdy do tej pory nie zmieniałam wkłucia, a jak musieliśmy zmieniać wkłucie za dnia to najpierw łapaliśmy córcię (tak bardzo się bała) i zawsze byliśmy we dwoje , w razie nagłej potrzeby Paweł urywał się z pracy (były dwie takie sytuacje). Tym razem postanowiłam wziąs sprawę w swoje ręce i ulżyć mojemu dziecku. Wzięłam instrukcję obsługi pompy i włączyłam filmik instruktażowy na necie.
Zabrałam się do roboty, ręce nawet mi nie drżały ,ale z nerwów zrobiłam już ,,babola” na samym początku , przy napełnianiu strzykawki insulinówki , mianowicie odwrotnie połączyłam strzykawkę i nie mogłam wbić się w ampułkę z insuliną, na szczęsnie kapłam się o co chodzi i jakoś poszło. Potem , miałam małe kłopoty z tłoczkiem. Kiedy wszystko było przygotowane poprosiłam Nataszkę ,żeby się położyła. Natuśka bez szemrania wykonała moją prośbę (byłam z niej taka dumna) , po czym wykonałam wkłucie. Córcia nawet nie drgnęła ,ale płakała… Potem sama zdjęła stare wkłucie i była z siebie taka dumna ,a ja z niej… Gdyby nie ona nie miałabym szans zmienić tego wkłucia. Cukier spadł ,wydawało się, że wkłucie działa. Nataszka była ze mnie taka dumna. Paweł nie mógł uwierzyć ,że się przełamałam.
Potem jednak przyszł;a noc i po kolacji mimo licznych korekt cukier nie spadał poniżej 200 , więc konieczna była zmiana wkłucia. Tym razem zrobił to Paweł ,bo ja poczułam się winna, że przez to ,że coś zrobiłam nier tak muszę kolejny raz kłuć moje dziecko…
Odklejenie niedziałającego wkłucia nie było łatwe, bardziej bolało niż zrobienie nowego. Okazało się, że natrafiłam na naczynko , to się niestety zdararza , kilka dni wcześniej też zmienialiśmy wkłucie po jednym dniu i też okazało się, że to wina natrafienia na naczynko.
Chociaż okazało się, że to wina naczynka, ja jakoś tak czuję się winna ,że nie przyjrzałam się lepiej ,gdzie daję wkłucie, jest mi smutno i obwiniam się patrząc na koleją ,,dziurkę” w nóżce córeczki. Pawłowe wkłucie szalało , mała w nocy wypiła 300 ml soku ,a cukier rano niecałe 100 ( w nocy podawałm sok przy cukrach 49,55,69 – a wszystko działo się pomiedzy 1 a 6 rano) , chyba jeszcze działała dodatkowo insulina z mojego wkłucia.
Dzisiaj dzień matki , z dumą patrzę na moje dziecko ,ale tak bardzo chcę ,żeby była zdrowa. Czuję taki smutek i taką bezradność.
Co do zrobienia samodzielnie wkłucia to wiem ,że teraz w razie problemu , sama je zmienię ,bo wydaje mi się i mam taką nadzieję, ze Natuśka mi pozwoli na to . Nie będę jednak odbierać Pawłowi funkcji głównego ,,zmieniacza”.
Teraz najchętniej bym krzyczała na całe gardło wyjąc z bezsilności , czuję tyle negatywnych emocji , które nie mają jak ze mnie wyjść. Dobrze znam i rozumiem w pełni hasło ,,samota wśród ludzi”. Nie mam komu się wygadać, Paweł zazwyczaj kwituje moje żale słowami ,,musisz mnie dobijać , znajomi omijają problematyczny temat , bo boją się ,że się rozkleję i zacznę ryczeć, w psychologów nie wierzę. Wiem tylko ,że muszę być silna dla mojego dziecka, że nawet w chwilach mojej słabości nie mogę się poddawać, odłożyć ,,cukrzycy na później” , bo cukrzyca nie śpi , nie ma od niej urlopu. Jest zawsze i wszędzie , towarzyszy mojemu dziecku i choć nie była zaproszona to zagościła w naszym życiu chyba na zawsze.Piszę ,,chyba” , bo jak każdy rodzic, czy każdy chory mam nadzieję, że stanie się cud i będzie jak dawniej, jak wtedy , kiedy moje dziecko nie patrzyło na lizaka jak na siódmy cud świata ,a ja nie musiałam w kółko powtarzać ,,nie , nie możesz” , albo ,,wiem ,że jesteś głodna, ale masz wysoki cukier i nie możesz teraz nic zjeść” ,, nie biegaj , bo masz za nisko cukier i musisz poczekać,aż podskoczy”, ,,dołożę Ci to do posiłku”, ,,uważaj ,bo zamoczysz pompę”.
No i troszkę popisałam i troszkę się wyryczałam i jest mi troszkę lżej, córcia jest zajęta oglądaniem bajki ,więc nie widziała moich łez ,na szczęście…

Mamusiu, czy Ty mnie nadal kochasz???

Dzisiaj w przedszkolu Nataszka miała próbę z dzieciakami do jutrzejszych występów. Poszłam zmierzyć jej cukier , a tu akurat byli na dużej sali , cukier był za wysoki ,a Natka zaczęła mi uciekać, kiedy chciałam podac jej insulinkę. Powiedziałam ,że musi przyjść ,bo inaczej będzie się źle czuła (a już marudziła, bo za wysoki cukier musiał ją wyprowadzić z równowagi), podałam jej insulinkę i poszła dalej śpiewać. Potem dzieciaki przeszły do wsojej sali ,a ja standardowo usiadłam pod salą. Po chwili pani wyprowadziła małą , bo Nataszka skarżyła się na ból brzuszka, posżłyśmy więc do WC i tam Nataszka zapytała mnie ,,czemu mamusiu ja jestem chora”? , zapytałam a na co?? (myślałam,że mówi o bolącym brzusiu), odpowiedziała ,,na tą insulinkę” , odpowiedziałam ,że sama nie wiem czemu… Córcia zapytała mnie wtedy ,,a ty nadal mnie kochasz”?, standardowo łezka zakręciła mi się w oku gdy zapewniałam córeczkę ,że kocham ją najbardziej na świecie, że jest kochana, mądra i cudowna.
Teraz Natkja śpi ,ale zepsute wkłucie wywindowało jej cukier do ponad 300, czułam ,że jest zepsute,ale ona tak bardzo boi się zmiany ,że wolałam wierzyć, ze jeszcze zadziała, do momentu ,aż mała nie pójdzie spać. Kolejna noc bez snu, bo czekają mnie pewnie korekty (oby nowe wkłucie działało) i kontrola cukru częściej niż kładzie się z dobrym cukrem. Martwię się ,że kiedyś ona sama będzie musiała to wszystko sama ogranąć.
Boże!!! Właśnie mąż zmierzył cukier, 451!! kOLEJNA KOREKTA I CZUWANIE DO RANA…

Krew była wszędzie…? Przesadyzm

Wczoraj byłyśmy z Nataszką w przedszkolu. Córcia potrafi w miarę sprawnie sama zmierzyć sobie cukier ,więc poprosiłam panią w przedszkolu ,żeby kazała małej samej zmierzyć cukier tak o ok. 10:30 (półtorej godziny po śniadaniu). Pani miała tylko odczytać wynik i podać mi go telefonicznie. Wyszłam z przedszkola i poszliśmy z Pawłemi na zakupy. Z niecierpliwością czekałam na rozwój wydarzeń , w końcu o 10:45 zadzwoniłam ,a tam Pani w słuchawce mówi ,że nie potrafią zmierzyć cukru ,bo wyświetla się jakiś symbol ,albo nie wyświetla się nic , a zużyli juz dwa paski , a jeden leży na ziemi. Odpowiedziałam,żeby spróbowała Natka jeszcze raz ,ale też się nie powiodłoa wszędzie jest krew i jej jest słabo, więc powiedziałam ,że będe za chwilę.
Weszłam do sali, pani opowiedziała mi jak to wycierała krew ze stołu i wszędzie było pełno krwi (normalnie jak by tam przeprowadzali operację ,a nie pomiar cukru we krwi , gdzie zużywa się maleńką kropelkę) , wydaje mi się,że trochę przesadzała ,żebym już więcej jej nie marudziła ,ale kazała zmierzyć cukier przy stoliku , przy którym siedziała, więc jednak coś ją zaniteresowało (zobaczymy na jak długo- do tej pory uciekała jak widziała mnie z glukometrem). Chociaż chyba nie ,bo poszła zanim na glukometrze pokazał się wynik , bo niby nie znosi widoku krwi … Może następnym razem pójdzie lepiej , bo tym razem postaram się nie popuścić…
Pani powiedziałą mi ,że Nataszka wychodzi sama z sali , że kiedy ona poszła umyć ręce to Nataszka poszła do szatni. Nie chciałam jej mówić,ze dla mnie to normalne, bo skoro mała wie,że ja tam koczuję to chce do mnie podejść ,żeby się przytulić, czy upewnić czy tam jestem.
Najgorsze jednak wciąż jest to ,że pani nie wie jak zajmować się i co robić z diabetykiem , kiedy ją pytam ,czy będę szli na spacer odpowiada ,,nie wiem , ale to tylko pół godzinki”… Ja wiem ,że to tylko pół godzinki ,ale cukrzyca tego nie wie i przed kazdym wysiłkiem ,czy spacerm należy sprawdzić poziom cukru i ewentualnie dać jakąs przekąskę, jeśli cukier wydaje się nie odpowiedni , oczywiście wszystko zależy od przewidywanego wysiłku fizycznego. Często też trzeba zmierzyć cukier w trakcie zabawy i po niej. Niestety nikogo za bardzo to nie intersuje ,a nas nikt nie pytał czy damy radę , czy chcemy , my zostaliśmy postawieni przed faktem dokonanym.

Dzisiaj Nataszka zaczęła pytać o cukrzycę. Czy ja ją mam , czy jej tata ją ma ,czy może dziadek?? Odpowiedziałam zgodnie z prawdą ,że nikt z nas jej nie ma ,ale byśmy wszyscy razem woleli ją mieć ,a żeby Natka była zdrowa. Powiedziałam ,że babci ma cukrzycę, a Nataszka na to ,,to dlatego ,że jesteśmy połączone z babcią i razem chorujemy”? Paweł odpowiedział ,że tak , a mnie jak zawsze w takich sytuacjach łza zakręciła się w oku…