Miesięczne Archiwa: Czerwiec 2013

CUKROWA KSIĘŻNICZKA

Była sobie raz mała dziewczynka o imieniu Nataszka , która bardzo kochała swoje przedszkole. Uwielbiała panie przedszkolanki , kochała wspólne zabawy z dziećmi i była bardzo dumna z tego ,że może chodzić do przedszkola. Co z tego skoro przedszkole nie kochało jej. Każdemu przeszkadzała, każdy jej się bał.Nie, nie dlatego ,że dziewczynka była niegrzeczna, czy okropna,ale dlatego ,że była chora. Nataszka nie rozumiała, czemu wszędzie musi chodzić ze swoją mamusią, ani dlaczego mama kazdego dnia przesiaduje na korytarzu przedszkola , nie wyczuwała też i nie rozumiała ,że panie z przedszkola chociaż się do niej uśmiechają i jej współczują nie mogą doczekać się chwili ,kiedy dziecko trafi do innej grupy w przedszkolu ,a najlepiej już do szkoły. Nikt nie zwracał uwagi na to jaka ta mała dziewczynka o blond włosach i niebieskich oczach ,musi być dzielna.
-,,Mam cukrzycę i pompę insulinową” mała mówiła bez wstydu , sama starała się mierzyć cukier i informowała o tym ,że źle się czuje. Co z tego , skoro tak naprawdę nikomu nie zależało na tym ,żeby umieć pomóc dziecku.
-,,Dlaczego płaczesz mamusiu” -pytało dziecko swojej matki,
-,,Bo bardzo Cię kocham” odpowiadała mama tuląc brzdąca do piersi. Przecież nie mogła powiedzieć dziecku ,że nienawidzi cukrzycy , która odebrała jej i jej dziecku normalność , która sprawiła ,że zwykłe czynności stały się uciążliwe i męczące , która choć wywoływała współczucie ,to również budziła strach wśród pań przedszkolanek , które miały się dziewczynką opiekować.W rezultacie dziewczynka chodziła do przedszkola razem z mamą.
-,,Ja bym walczyła o opiekę nad małą w przedszkolu” -mówiły znajome, ale mama wiedziała ,że to jak walka z wiatrakami.
-,,Nie można nikogo zmuszać do opieki nad chorym dzieckiem jeśli ktoś nie chce tego robić sam z siebie, z potrzeby własnego serca. Zmuszana do tego osoba w końcu podświadomie znienawidzi to dziecko i będzie je traktować gorzej niż inne dzieci. Nie chcę ,żeby mała została odrzucona”-odpowiadała mama , która na początku starała się załatwić dla pań z przedszkola specjalne szkolenia ,ale niestety ,żeby cokolwiek miało sens muszą zaangażować się wszyscy ,więc po pewnym czasie kobieta zrezygnowała i starała się nie wadząc nikomu dać swojemu dziecku chociaż odrobinę normalności.
Nataszka bardzo lubiała wyjazdy na wycieczki, początkowo panie przedszkolanki starały się zniechęcić mamę do takich wyjazdów, ale widząc determinację kobiety nie utrudniały w żaden sposób wspólnych wyjazdów. Oczywiście Natka jeździła razem ze swoją mamusią,która cieszyła się radością swojego dziecka, jedynie strach przed zepsutym wkłuciem zakłócał jej delektowanie się szczęściem dziecka. Nie ma wspanialszej chwili w życiu rodzica ,niż kiedy słyszy szczery śmiech swojego dziecka,a do tego jeśli szczery śmiech pojawia się pomimo tak poważnej choroby jaką niewątpiliwie jest cukrzyca. Czasem mama słyszałą komentarze innych rodziców, że fajnie jest jechać na taką wycieczkę z dzieckiem. Matka czuła wtedy zażenowanie, bo ciągłe tłumaczenie ,że nie ma innego wyjścia krępował ją. Płaciła za siebie, ale zdawała sobie sprawę,że nie każdy o tym wie.
Córeczka zaczęła wypytywać mamę,czemu ta przesiaduje w przedszkolu , mama nie kryła prawdy ,że to z powodu cukrzycy ,bo panie nie chcą i nie potrafią zmierzyć cukru.

Lata mijały , dziewczynka stała się kobietą. Mama z dumą patrzyła na swoją dzielną córeczkę. ,,Będę przedszkolanką” mawiała kiedyś dziewczynka i słowa dotrzymała.
Pewnego dnia , kiedy była w pracy usłyszała za plecami cichy szloch małego chłopca. Odruchowo odwróciła się i zobaczyła swoją dawną nauczycielkę z przedszkola, tą samą ,która wcześniej nie chciała mieć nic wspólnego z cukrzycą… Nauczycielka rozpoznała swoją wychowankę , zawstydziła się ,a na jej twarzy pojawiło się zakłopotanie.
-,,Dzień dobry , do jakiej grupy będzie chodził wnuczek”- zapytała z uśmiechem swoją byłą nauczycielkę Natasza.,
-,,Chyba do SMERFÓW”-usłyszała niepewną odpowiedź.
-,,To moja grupa” – ucieszyła się Natka.
-,,Tylko jest jeden problem… On , on ma cukrzycę…”-odpowiedziała kobieta i wybuchnęła płaczem. Natka podeszła do niej i przytuliła ją niepewnie, po czym chwyciła za rękę jej wnuczka -,,To nie jest żaden problem ,razem damy sobie radę. Prawda?” -zapytała malca , który kurczowo trzymał jej dłoń.
-,,Tak”- przytaknęło dziecko.
-,,Plosę pani ale ja jestem inny , ja mam pompę insulinową i musę miezyć cukier” -dziecko spojrzało na swoją panią ze strachem.
-,,Inny ,nie znaczy gorszy”-odpowiedziała rezolutnie Natasza ,
-,,Ja też mam pompę insulinową, chcesz to porównamy nasze pomp ,a cukry będziemy mierzyć razem , pokażesz mi swój glukometr?”-zapytała nauczycielka.
-,,TAAAAAK”-ucieszył się malec.
-,,To biegnij do dzieci ,a ja porozmawiam z twoją babcią”.
Malec z radością dołączył do grupy dzieci.
,,Niech się pani nie martwi , zajmę się małym , ja nie boję się cukrzycy. Wszystko będzie dobrze”.
-,,Dziękuję”-odpowiedziała speszona kobieta. Ale widać było z wyrazu jej twarzy ,że jej ulżyło.
-,,Proszę pozdrowić swoją mamę i powiedzieć jej ,że wychowała Panią na wspaniałą osobę”.
-,,Proszę mi mówić po imieniu”-powiedziała Nataszka
-,,Pozdrowienia z pewnością przekażę”.
Kobiety rozeszły się w swoje strony. Z sali przedszkolnej słychać było słowa zachwytu
-,,Wow, on ma taką pompę jak pani , ooooo i i gły się nie boi”.
Nigdy nie wiadomo co komu pisane ,ale zawsze warto być człowiekiem. Pomagajmy sobie nawzajem, bo nigdy nie wiadomo ,kiedy my takiej pomocy będziemy potrzebować.

Mały diabetyk u lekarza -czyli brak wiedzy pediatry…

Dzisiaj doznałam kolejnego szoku w związku z niewiedzą lekarzy na temat cukrzycy i sposobów jej leczenia… Poszliśmy do lekarza ,bo Natka wczoraj prawie całą noc kaszlała. Doktórka (ta sama, która nie zdiagnozowała cukrzycy prz typowych objawach podanych na tacy) poproszona o przepisanie czegoś na trudno gojące się rany po wkłuciu- nie wiedziała o czym ja do niej mówię , spytała zdziwona ,,to ona nie ma pompy?”. Wywnioskowałam z tego ,że szanowna pani doktór nie ma zielonego pojęcia jak taka pompa działa-chyba myslała ,że to jest jakieś urządzenie umocowane na stałe… Przepraszam bardzo ,ale dla mnie to kompletny brak profesjonalizmu. Do tego pytanie ,,jakie ona tam syropy może pić?” – dla mnie to porażka… Wydawało mi się,że lekarze powinni się doszkalać . Rozumiem ,że nikt nie jest alfą i omegą, ale skoro jest lekarzem i ma pacjentkę z cukrzycą to powinna poczytać choćby o podstawach leczenia tej jednostki chorobowej , skoro do momentu zachorowania mojego dziecka uważała się za mega-speca od wszystkiego . WSTYD!!! Dodam ,że bardziej aroganckiego , nie miłego , nadąsanego itp lekarza nie widziałam i mam nadzieję ,że więcej nie spotkam. Szczerze ,to dopiero widząc podejście pani diabetolog , która prowadzie moją córeczkę ,jej zaangażowanie ,chęć pomocy , CIERPLIWOŚĆ do dzieciaków , zrozumiałam co to znaczy ,,LEKARZ Z POWOŁANIA”.

takie tam…

Punk widzenia zależy od punktu siedzenia , stare ,ale bardzo mądre.
Kiedyś, kiedy myślałam o tym ,że mogłabym wygrać kumulację w totka pierwszą myślą były OGRROMNE zakupy. Odkąd Natka ma cukrzycę wyobrażam sobie, że w takiej sytuacji mogłabym jej zapewnić pompy insulinowe ,wkłucia , stały monitoring cukru i wszystkie udogodnienia w prowadzeniu cukrzycy na zawsze… Kolejna myśl jest taka, że może moglibyśmy posiadać drugie dzieciątko , bo by nas było na to stać. Dopiero potem przychodzą jakieś inne myśli , ale nie są one tak ważne jak te dwa podpunkty.
Pompa insulinowa-takie małe urządzonko , a dla nas stanowi jedność z dzieckiem. Córka bardzo szybko zaakceptowała pompę, nie marudzi , nie skarży się-pewnie pamięta peny i z takiej perspektywy pompa nie przeszkadza. Czasem tylko słyszę okrzyki radości ,kiedy odłączamy na jakiś czas pompę.Ostatno na działce mieliśmy mały wypadek ,otóż Nataszka już w pompie chodziła sobie w baseniku (pod opieką taty) , wystarczyła chileczka nieuwagi -Natuśka poślizgnęła się i przewróciła – pierwszy był sprawdzany stan pompy i wyciągana pompa (na szczęście nie zdążyła się zmoczyć) ,a potem Natka (no oczywiście dziecko miało wodę w basenie po kostki , więc żadne niebezpieczeństwo jej nie groziło)…Głupie?? Nie dla nas, pewnie z perspektywy rodzica, dla którego urządzenie takie nie jest niezbędne w życiu malucha ,albo z perspektywy rodzica, którego stać na nową pompę w każdej chwili będzie to coś nienormalnego… Dla mnie wcześniej też by było. Pamiętam też przerażnoną minę Nataszki ,,ja nie chciałam , przewróciłam się, potknęłam…”- przestraszyła się, bo często jej powtarzam ,że musi uważać na pompę. NAUKA NA PRZYSZŁOŚĆ -zabawa w wodzie nawet w malusieńskim baseniku ,tylko bez pompy ,albo zakup wodoodpornej saszetki (muszę zobaczyć po ile są i jak się je nosi). -Na każdym kroku OGRANICZENIA , zdrowe dzieciaki w każej chwili mogą wskakiwac do wody… Pamiętam jak Natka też tak mogła , to było najwspanialsze lato jakie pamiętam ,tyle beztroskiej radości. Ona też to pamięta, w szpitali mówili ,,że zapomni życie sprzed” ale ona pamięta i tęski, tak bardzo tęski…
W tym dniu , w którym zamoczyła się saszetka- Natka do domu szła bez pompy , co chwilę pytała ,,mamo ,a czemu nie mam pompy”? -pewnie czekała na odpowiedź ,że już nie potrzebuje jej mieć…

,,ZDROWIE JEST NAJWAŻNIEJSZE” -ale w chorobie bez pieniędzy jest przes…., nie można sobie pozwolić na różne udogodnienia ,na różne nowinki itp. Ale Bóg mi świadkiem ,że gdybym miała do wyboru ,,zdrowie córki” ,a bycie najbogatszym człowiekiem Świata- bez wahania wybrałabym to pierwsze.

Rodzice często straszą dzieci ,,jak się nie ubierzesz” to będą zastrzyki… Nikt nie pomyśli o tym ,że są dzieci , które ,żeby żyć muszą je przyjmować -BEZ POMPY – MINIMUM 6 INIEKCJI DZIENNIE!!!! Niby nie są do duże igły ,ale u mnie wywoływały strach. Pamiętam jak była u lekarza, sama ze sobą i Natusia zaczęła rozrabiać, po czym doktórka jej powiedziała ,,jak będziesz niegrzeczna to dam Ci zastrzyk”-moja córeczka zamarła w bezruchy i zbladła…Już wtedy miała pompę insulinową ,ale… Powiedziałam doktórce, że mała w sposób szczególny boi się zastrzyków ,bo ma cukrzycę Typui-1, głupio jej się zrobiło , ale słów, które przeraziły moje dziecko nie dało się cofnąć…

Kolejne ulubione przeze mnie hasło ,,ja bym nie dała rady” , ja jak by mnie ktoś spytał wcześniej czy dam sobie radę, czy też nie , to sama bym powiedziała ,,nie dam rady” ,ale nikt się nie pyta!! To się dzieje, stajesz przed faktem dokonanym , nie możesz powiedzieć ,,nie ,wiesz co ,to ja jednak podzękuję za tą cukrzycę” , może wezmę katar… „.
Do tej pory czasem myślę, że to tylko zły sen , że to się zmieni ,że może ONA WYZDROWIEJE!!! Że będzie wolna…

Inżynieria genetyczna. Ktoś pomyśli ,nie ingerujmy w to… A ja powiem , błagam wymyślcie coś,żeby zahamować autoagresję na komórki trzustki i wymyślcie sposób na namnażanie komórek trzustkowych produkujących insulinę.

CUKIER 133 , zmniejszyłam bazę na noc , bo jest jeszcze sporo insuliny aktywnej.

cukrzyca u dziecka -wróg ,którego nie widać

Miałam napisać coś o wycieczce, ale przez te dni była taka piękna pogoda ,że jak wychodziłyśmy z Natką rano to wracałyśmy wieczorem i najnormalniej w świecie nie miałam siły.
Dzisiaj pogoda taka sobie, ale ja nie mam nastroju do pisania o miłych rzeczach. Przed chwilą cukier 317… Poszła korekta ,a ja zastanawiam się jak to się dzieje ,że nie da nad tym wszystkim zapanować. Każdy wysoki cukier u mojego dziecka ,,boli mnie”,wyobrażam sobie jak jej mały organizm walczy , ogarnia mnie bezsilność i smutek.
Każdego dnia ,kiedy się budzę rozmyślam o tym jak to jest możliwe ,że organizm mojego dziecka sam rozpoczął destrukcję komórek , które są niezbędne do życia. Ostatnio po wycieczce jedna z mam zaczęła mnie wypytywać o chorobę Nataszki , nie mogła uwierzyć ,że Natusia choruje-takie żywe sreberko ,wszędzie jej pełno. Zadała pytanie , na które odpowiedź mrozi mi krew w żyłach ,a mianowicie,,co by się stało , gdyby mała nie była leczona”? , odpowiedziałam… Nie lubię o tym myśleć,a co dopiero mówić. INSULINA-hormon życia, ,,być albo nie być” milionów ludzi.

Podziwiam ludzi nazywających cukrzycę ,,przyjaciółką”. Według mnie to największy wróg, bo przyjaciel nie zatruwa życia, nie zmnienia go w ciągłą walkę , nie czeka na chwilę słabości ,żeby wbić nóż w plecy.

Jesteśmy po burzy , powietrze lżejsze, można głęboko oddychać. Mam nadzieję,że noc nie będzie upalna.
NOC-pamiętam ,że kiedyś służyła do snu… Teraz jest dla mnie okresem permanentego czuwania. Nie raz zrywam się w nocy ze strachem. Nie lubię nocy , bo nie widzę jak mała się zachowuje, pozostaje mni tylko kłucie paluszków.

CUKIERECZKOWE PERYPETIE PRZEDWYCIECZKOWE :)

Wyczekiwana przez moje dziecię wycieczka, odbyła się w końcu 18 czerwca. Nie obyło się bez cukrowej przygodny w noc przed wyjazdem. Otóż postanowiłam ,że zmienimy przed wyjazdem wkłucie (stare miało 3 dni ,ale działało super, więc na upartego można było przytrzymać jeszcze jeden dzień) , stchórzyłam jednak , bo pomyślałam ,że może się sknocić. Zmieniliśmy wkłucie. Chcieliśmy kolejny raz dać w brzuszek ,ostatnio Natka ładnie spała przy wkłuciach i tylko chwilę pokwiliła i spała dalej (nawet przy brzuszku) ,tym razem jednak bardzo ją musiało zaboleć ,bo była PRZERAŻONA, strasznie płakała ,a ja z nią… Ostatecznie dałam jej w nagrodę wodnego loda ,bo tym razem wybudziła się ze snu. Troszeczkę się uspokoiła i dałam jej insulinkę. Niestety przy kolejnym pomiarze cukru glukometr pokazał ponad 200 (gdzie , kiedy wkłucie na brzusiu działa to pierwszego dnia miewała niskie cukry). Powiedziałam Pawłowi ,że chyba będziemy zmieniać kolejny raz… Posmutniał i zdenerwował się, też nie lubi tego ,ale nie mamy innego wyjścia.Postanowiłam dodać insuliny i zertknąc na cukier za ok 30 minut (wiem ,że teoretycznie należy spojrzeć za godzinę, ale przy wysokich cukrach nie lubie tyle czekać i wolę wcześniej zareagować). Niestety cukier znowu urósł ,więc zmiana wkłucia kolejny raz okazała się nieunikniona.
Jedno wiedzieliśmy na 100%, po tym jak zobaczyliśmy jej spojrzenie przy poprzednim wkłuciu- tym razem z pewnością nie w brzuszek. Córcia spała tym razem bardzo czujnie, więc już przy dotknęciu serterem zaczęła uciekać, nie mieliśmy pewności ,czy wszystko poszło zgodnie z planem, pozostało tylko czekać na efekt. W razie co zostawiliśmy to w brzuszku (chociaż nie wiem po co). Cukier zaczął dopiero spadać po drugiej korekcie, więc w międzyczasie znowu były nerwy i niepokój. Dla mnie kolejna nieprzespana noc , ale to nie problem ,najważniejsze ,że cukry spadały. Tylko szkoda mi tych paluszków u nóżek , bo wyglądają jak siteczka. Nataszka jednak przyzwyczaiła się do nóg i niechętnie mierzy z rączki.
Nie cierpię takich sytuacji , bo wtedy nigdy nie wiadomo ile insuliny działa , ile faktycznie doszło (może była jakiś bąbel powietrza) i człowiek musi czuwać, najbardziej się boję za zasnę. Martwiłam się ,że Natka będzie zmęczona wysokomi cukrami ,ale na szczęscie czuła się wyśmienicie (zdziwiona była tylko,że ma dwa wkłucia, bo postanowiliśmy przytrzymać , w razie co ,mając nadzieję ,że jednak było dobre. Dzisiaj postanowiłam je usunąć i okazało się ,że jest zagięte…).
Wycieczkę postaram się opisać jutro , przypomnę tylko ,że 18 miał być najbardziej upalnym dniem czerwca (a może i lata) i na nieszczęście małych wycieczkowiczów- był.

Co do dnia dzisiejszego to większość czasu spędziła Natuśka w wodzie, bo dałam jej basenik na balkon. Cukry (odpukać) dobre, pomimo tego ,że dość długo chodziła bez pompy. Potem spacer i szaleństeo na dworze , oczywiście ukochany lód.
Dzisiaj Nataszka była zadowolona bo wyszła na dwór w samej sukience i w majteczkach ,zazwyczaj nakładałam jej jeszcze legginsy ,żeby podtrzymywały pompę , ale dziś taki upał. Natka chwaliła się ,że ma majteczki , niewtajemniczeni nie wiedzieli o co chodzi.
Na dworze córcia świetnie bawiła się z koleżankami , wśród których nie mogło zabraknąc ukochanej Klaudii (starszej od Natki o jakieś 3 czy 4 lata). Do domu wróciłyśmy przed 21. Podczas kąpieli okazało się, że mamy w wannie pół piaskownicy. Potem kolacyjka i córcia usnęła w 10 minutek , bez czytania bajki.

chwile szczęsliwe

Dzisiaj po kilku dniach przerwy wybrałyśmy się do przedszkola. Kiedy tylko przebudziłam się moim oczom ukazało się słońce!!! Normalnie szok , od tylu dni burze, deszcze, pochmurno , że taki słoneczny poranek to jak jakieś wydarzenie. Obudziłam Natuśkę , pokiwała twierdząco główką na pytanie ,,czy idzie do przedszkola”. Kiedy miałyśmy już wychodzić do przedszkola , Natuśka przypomniała sobie o swoich okularach przeciwsłonecznych , w końcu miała okazję ich użyć.
W przedszkolu okazało się,że ma być w teatrzyk.Pomyślałam sobie ,że miałyśmy nosa przychodząc tu dzisiaj.
Zauważyłam ,że Nataszka wycwaniła się i czeka na mnie zanim zacznie jeść śniadanko ,bo kiedy przychodzę mierzyć jej cukier i podawać insulinę zaraz zdejmuje niechciane jedzenie z kanapki (dziś ogórka i mielonkę tyrolską). Wydaje mi się,że od pewnego czasu to czeka z konsumpcją,aż nie uwolnię jej od niechcianych dodatków do neutralnej kanapki z masłem…
Po śniadanku standardowo insulina ,a zaraz potem poszłyśmy na przedstawienie. To nie moja bajka, takie dziecinne teatrzyki ,ale z radością patrzyłam na moją córeczkę , kiedy śmiała się do rozpuku ,albo tańczyła zgodnie z poleceniem aktorów. Pomyślałam, że to jeden z tych naszych szczęśliwych dni. Cukier po przedstawieniu mało imponujący -262 ,ale zbity korektą (jutro podam więcej insuliny na śniadanie).
Przed obiadkiem zabawy w sali ,a potem malowanie kredą na tarasie. Generalnie dzieciaki zadowolone. Obiad nie przypadł do gustu mojemu dziecięciu i zjadła tylko trochę zupki i odrobinę kotlkcika rybnego. Ostrzegłam ją ,że jak bedziemy na spacerze po przedszkolu to nie dostanie żadnych przekąsek. Zgodziła się bez problemu ,za to po dworze pięknie zjadła kolację!!!
Jutro powtórka z rozrywki ,mam nadzieję ,że bedzie znowu słonecznie, bo mam zamiar jak najdłużej siedzieć na dworze, tym razem zrobię przekąski na spacer, bo jutro na obiad łazanki, których moje dziecko nie przełknie.

zaczarowana wycieczka, której nie było

5 czerwca miała odbyć się wycieczka do ,,Zaczarowanego lasu” , oczywiście dzień wcześniej miałam gorące przygotowania do wyjazdu , musiałam spakować mnóstwo rzeczy!!! Oprócz całego sprzętu do robienia wkłucia, spakowałam pena , w sumie trzy glukometry,dodatkowe trzy paczki pasków, paski do sprawdzenia moczu, nowe lancety , trzy soki , wodę mineralną , porobiłam kanapki , popakowałam przekąski , a do torebki upchałam -cytrynę (w plecaku były jeszcze spakowane adidaski – bo mieliśmy jechać wszyscy w gumiakach-taka pogoda). Mój stres był nie do opisania, a kiedy obudziłam się rano pierwszą myślą , która pojawiła się było ,,O Boże , nie spakowałam igieł do pena!!!). Szybko naprawiłam ten błąd i obudziłam Natkę, która wstała na samo słowo ,,wycieczka”. Obładowana po uszy (do reklamówki włożyłam jeszcze kurtki dla siebie i Natki) ruszyłam z moją córeczką na podbój zaczarowanego lasu. Kiedy tylko wyszłam z doku okazało się ,że strasznie leje deszcz.. No cóż otwarłam parasol . skrzętnie wcześniej upchany w torebce, a Natusia miała na sobie płaszcze przeciwdeszczowy i gumiaki. Doszłyśmy do przedszkola, nadal padał deszcz , więc w zasadzie dzieciaki już po przyjściu do przedszkola były mokre ,a gdzie dopiero wycieczka?. Przyszła pani przedszkolanka i postanowiła przenieśc wycieczkę na inny termi , oczywiście jeśli będzie taka mozliwość. Na szczęście autokar jeszcze po nas nie wyruszył , więc wycieczka została przełożona na inny termin (mamy 4 dni do wyboru).

Obładowana jak wielbład, albo osioł , postanowiłam zostać w przedszklu , podałam małej insulinę do śniadania i zasiadłam w holu przedszkola. Z rozmyślań wyrwał mnie głos pani pomocy nauczyciela dowiedziałam się ,że Natka zjadła lizaka, ale nie całego ,bo jej upadł… Nie komentuję tego ,ale każdy , kto jest w temacie cukrzycy to wie , że panie powinny dostać ostrą reprymendę. Wzięłam glukometr ,a tam moim oczętom ukazał się wynik ponad 200 , podałam korektę i poszłam na miejsce warty. Kiedy jednak poszłam ponownie zmierzyć cukier, bo w swojej naiwności sądziłam ,że dałam za dużo insuliny, glukometr nieubłaganie pokazał prawie 400… Kolejna korekta ,a kiedy po 30 minutach cukier nie spadł zadowalająco, postanowiłam zabrać córcię do domku ,przed obiadem.Zadzwoniłam upewnić się, czy mój tata jest w domu , żeby przytrzymał małą w razie korekty z pena. Okazało się, że jest na działce, więc w tamtą stronę udałyśmy się. Mierzę cukier u dziadka a tu 144, uffffffffff , upiekło się nam… Potem znowu potrzebny był sok…
Natuśka trochę poszalała na działce, a potem ruszyłyśmy do domku ,Natusia i ja obładowana torbami. Po drodze spotkałam koleżankę, która stwierdziła, że dobrze ,że przełożono ten wyjazd. Odpoweidziałam jej ,że mnie było w sumie obojętne, bo przynajmniej bym miała ten wyjazd z głowy. Stresuję się taką dalszą wyprawą jeszcze do lasu , boję się czy wkłucie będzie działało , więc dla mnie to nie jest super przyjemność. Ale z pewnością radośc da mi uśmiech Nataszki.
Ciekawa jaka pogoda będzie w czasie kolejnego terminu , teraz już nie ma odwołania. Wiem jedno , tym razem wyciągam z szafy plecak ze stelażem i tam wszystko ładuję!!! Niech się smieją, gadają, mam wszystkjich w nosie.Przynajmniej zamisat kilu tobołków ,wezmę jeden plecak!!Najchętniej bym wysłała z Natką Pawła, ale on abardzo się opiera temu pomysłowi.

Od dwóch dni Nataszka ma katar z rana, taki dosyć spory ,ale na szczęscie potem (odpukać) jak ręką odjął.
Właśnie zmierzyłam cukier – 49 , mam nadzieję ,że glukometr trochę zaniża i jest wyżej. Natka wypiła soczek , zaraz wszystko wróci do normy.

Jeszcze słówko na temat wkłuć. Obecnie wróciliśmy do pupci , bo na nóżkach rewelacji nie było. Wkłucie wytrzymywało max. 2 dni , czasem tylko 1 dzień. Miejsca po wkłuciach na nóżkach napuchnięte. Może następnym razem będzie lepiej , mam nadzieję.Chcemy przetestować rączkę jak Paweł będzie miał dłuższe wolne.