Miesięczne Archiwa: Grudzień 2013

Takie tam cukrowo świateczne pisanie…

Nataszka leży w łóżku. Ogląda bajeczkę i nie ma pompy. Wiem ,że lubi takie sytuacje, kiedy po kąpieli ma niski cukier i możemy sobie pozwolić,żeby troszkę posiedziała bez pompy.

Właśnie sprawdziłam cukier=161 , pompa wróciła na miejsce i dałam małej delikatną korektę. Ale zawsze to spędziła troszkę czasu z dobrym cukrem i bez pompy.
Wczoraj oglądaliśmy rodzinnie ZIELONĄ MILĘ. Jesteśmy z Pawłem dorośli ,a przez obie nasze głowy przebiegła jedna myśl ,,fajnie by było znać człowieka z takim darem”. Takie marzenia , wiem,że oboje pragniemy tylko jednego, że oboje zasypiamy i budzimy się z jedną myślą ,żeby Nataszka wyzdrowiała.
Kiedyś , kiedy myślałam o wygranej w totka przed oczami stał mi piękny dom ,nowy samochód. Teraz jedna myśl ,,moje dziecko było by stać na najlepsze i najnowocześniejsze metody leczenia,a w zasadzie życia z cukrzycą.

Co do świąt to z cukrami większych problemów nie było , zdarzyło się ,że wyskoczyły za wysoko ,ale korekta szybko je zbijała. Tylko niepotrzebnie w Wigilię przetrzymałam wkłucie wierząc ,że jest dobre, bo korekty działały , a jednak po posiłkach cukier rósł za wysoko.
W pierwszy dzień Śiąt pojechaliśmy do mojego brata, Nataszka dała sobie zmienic wkłucie , nawet nie zapłakała. Wkłucie ma zrobione praktycznie na plecach i muszę przyznać, że jesteśmy z niego zadowoleni=nie przeszkadza małej i cukry dobre. Pierwszego dnia świąt Nataszka była przeszczęśliwa ,bo grała na konsoli ze swoją kuzynką praktycznie caaały dzień. Wiem,że to nie pedagogiczne,ale czy wszystko musi takie być?
Drugi dzień świąt spędziliśmy w domu.
Szkoda ,że już po swiętach, Czuję taką dziwną pustkę, teraz te święta tak szybko mijają, w dzieciństwie jakos tak inaczej było.
Wczoraj chcieliśmy jechać pooglądać wyprzedaże, ale ilośc ludzi nas przeraziła!! W zasadzie ,żeby dostać się do sklepu to trzeba było chyba przyjechać kilka godzin przed otwarciem. Nie mam jakiejś pilnej potrzeby kupowania czegokolwiek ,tak na zasadzie poszwędania się. Wróciliśmy więc do domu i nie było tego złego , bo poszlismy na spacer.
Dzisiaj też spacerek , bo pogoda wiosenna, cieplutko ,aż miło. Szkoda,że święta nie były białe. Wprawdzie sama nie tesknię szczególnie za śniegiem ,ale wiem ,że Nataszka by była szczęśliwa lepiąc z nami bałwanka, walcząc na śniezne kulki, czy też zjeżdżając na sankach. Tylko zimną przedostać się np. do pompy insulinowej przez te stosy ubrań to nie lada wyczyn ,a w zeszłym roku glukometr nam oszalał i nie chciał zrobić odczytu, w takiej sytuacji , jeszcze w czasie śnieżnego szaleństwa nie wiadomo co robić, bo nie wiadomo jak z cukrami. No i to dopajanie na mrozie… Muszę jakoś zdobyć glukozę w kostkach , taką smakową. Chyba widziałam na allegro, do tej pory nie kupowałam , bo sok świetnie się sprawdzał ,ale w czasie śnieżnych zabaw na mrozie taka glukoza to pewnie o wiele lepsze wyjście.

Cukrzyca u dziecka -gdzie zrobić wkłucie? Przedświąteczne zakupy z cukrami w tle. Teatr jednej cukierkowej aktorki.

Święta zbliżają się szybkimi krokami. Sprzątanie, zakupy. Może Paweł przyniesie dzisiaj choinkę z piwnicy. Chociaż tyle jeszcze sprzatania.
Natusia cieszy się świętami, wczoraj w nocy nie mogła zasnąć- było dobrze po 22 ,a tu jeszcze wkłucie do zrobienia (robimy jak śpi, bo zależy nam ,żeby zrobić w brzuszek . Oczywiście nie zawsze się udaje, wszystko zależy jak się córcia ułoży ,ale zawsze jest większe prawdopodobieństwo ,że zrobimy w brzuszek na śnie, bo jak mała nie śpi to w grę wchodzi tylko pupcia). Poprzytulałyśmy się do siebie, opowiedziała mi bajki ,potem ja jej poopowiadałam jakieś hirtorie, pogładziłam ją po główce i w końcu zasnęła. A ja miałam ogromnego moralniaka, bo wiedziałam ,że muszę jej przerwać ten sen zrobieniem wkłucia. Podałam Pawłowi pompę, Nataszka ułozyła się tak ,że można było wkłucie zrobić w brzucholek , z jednej strony się cieszyłam , bo pupa odpocznie, a z drugiej strony jakaś gula utknęła mi w gardle ,bo wiedziałam ,że wybudzi się z krzykiem…Nie mamy wyjścia ,to dla jej drobra. Wiem to bardzo dobrze, ale nie mogę się z tym pogodzić. Paweł przygotowywał wkłucie , wydawało mi się ,że to trwa godzinę , zawsze mi się dłuży jak w grę wchodzi brzusio. W końcu przyszedł. Odkryłam kołderkę , Paweł przyłożył serter i poszło. Natusia wybudziła się , znowu miała spojrzenie ,,zbitego dziecka” , pełne żalu i bólu. Nie była swiadoma gdzie jest i co się dzieję , zaczęła krzyczeć ,,mamo, mamo” ,a ja byłam obok niej , zdawało się ,że mnie nie dostrzega. Powiedziałam ,,tu jestem córcik” i mocno ją do siebie przytuliłam. Szybciutko zasnęła, nie płakała. Straszne. Pomyśli ktoś, ,,czemu nie zrobią w dzień, męczą dziecko, doprowadzą do nerwicy itp.”. Niestety o ile w pupę w dzień można zrobić śmiało ,to brzuszek w grę nie wchodzi. Wkłucia w uda , które również dawała sobie robić w dzień , nie zdały egzaminu i psuły się po jednym , góra dwóch dniach ). Jeszcze mamy zamiar spróbować rączkę, ale tego wkłucia córcia też nie da sobie zrobić w dzień ,a sama nie jestem do niego przekonana, bo zraziłam się po udzie. Ponadto czytałam ,że ręka boli (piszą o tym dorośli ludzie ,to co dopiero muszą czuć dzieci?). Moją córeczkę nawet jak wkłucie by bolało ,czy bardzo swędziało to się nie przyzna, bo boi się ,że będziemy zmieniać na nowe, wiem to z obserwacji, widzę czasem jak drapie wkłucie,a jak ją pytam ,czy swędzi odpowiada ,że nie. Wracając do brzuszka, to przy wkłuciu w tym miejscu mamy dobre cukry ,więc jest to dla nas miejsce bardzo atrakcyjne. Dodam ,że Nataszka lubi mieć wkłucie w brzuszku, sama mi to powiedziała. Jest jej wygodniej niż kiedy wkłucie jest na pupie. Do tego rano po przebudzeniu nie pamięta ,że miała robione wkłucie , jest zaskoczona i zadowolona, że ją ominął stres związany z tą czynnością. Tylko ja mam w pamięci jej krzyk i te oczy… W nocy dawałam dwie delikatne korekty, zazwyczaj zanim nowe wkłucie zadziała to mija trochę czasu (a ja zawsze mam stresa ,że nie działa ). Potem znowu musiałam podać jej soku, żeby troszkę podnieść poziom.
Przed śniadaniem cukier 99.

W czwartek byliśmy na zakupach , zawsze zabieram Nataszkę, mój tata chce z nia zostać ,ale boi się mierzyć poziom cukru ,więc wolą ją mieć przy sobie. W czasie zakupów moja córcia zaczęła się przeciskać pomiędzy stertą jajek, zażartowałam ,że jak to wszystko wywróci ,to nie będziemy się do niej przyznawać, nie wiedziałam ,że ona to tak bardzo weźmie do serca. Nagle zniknęła nam z pola widzenia, Paweł poleciał za nią, idę za nimi z koszem i widzę taką oto scenę – moje dziecię ucieka prze Pawłem i krzyczy ,,nie jesteś moim ojcem” , ludzie dookoła z zainteresowaniem obserwują cała sytuację, a ja się zastanawiam ,kiedy ktoś weźmie Pawła za kidnapera. Pomyślałam sobie ,,co ten Paweł jej zrobił ,albo powiedział ,że sie tak zdenerwowała” , pytam go o to ,a on do mnie ,,przecież to ty tak zażartowałaś przy jajkach”, jeszcze nie dowierzałam ,że to moja sprawka, ruszyłam w stronę mojej córeńki i nagle usłyszałam ,,nie jesteś moją matką”… No tak to moja wina pomyślałam. Swoją drogą niezła aktorka z tej mojej kruszynki. Przeprosiłam córcię za głupi żart i było po sprawie.
Po zakupach szczęśliwy posiłek w McDonaldzie. Wiem ,że to nie za bardzo zdrowe, kaloryczne itp ,ale jednego nie można odmówić temu posiłkowi ,,ZBILANSOWANIA” ,zazwyczaj cukry po nim są idealne i ładnie się utrzymuja bez szybkich spadków. Potem powrót do domu. Dopiero w domu Paweł mi powiedział ,że siedząca za nami kobieta z dzieckiem obserwowała jak podawałam Natce insulinę i twarz jej się wykrzywiła jak do płaczu ,a w oczach pojawiły się łzy. Nawet podobno zwlekała z odejściem , może chciała się coś zapytać? Tego się nie dowiem ,ale wzruszyło mnie to ,że kogoś obcy wzruszył się losem mojej kruszynki. Wspólczucie. Nie oczekuje go od ludzi , ale nie denerwuje się ,kiedy ktoś kieruje to odczucie w stronę mojej córeczki ,bo naprawdę łatwo nie ma. Jestem z niej taka dumna, ale każdego dnia drżę o przyszłość. Czy jak będzie starsza to też będzie tak dobrze sobie radzić z tą chorobą? Mam nadzieję ,że tak. Pokazuję jej ,że mierzenie cukru , podawanie insuliny nie jest niczym wstydliwym. Nie chowamy się w ubikacji , nie uciekamy przed ciekawskimi oczami ludzi ,chyba ,że Nataszka tego chce.

Co do przedszkola, to mam nadzieję,że po nowym roku uda nam się już chodzić tam bez dłuższych przerw. Ostatnio już prawie dobudziłam Tuśkę, ale Paweł pozwolił jej zostać w domu. Sam proces budzenia nie jest łatwy. Słyszę ,,dwa razy mówię ,nie chcę iść” , ,,czemu się do mnie wtrącasz” , ,,daj mi spokój” itp. Jak już udało mi się ją przekonac do pójścia do przedszkola, to strasznie tarła oczko , pytam ją ,,Natusia boli Cię oczko”, na to Natka ,,nie, jest niewyspane”… Nie naciskałam bardzo z tym pójściem do przedszkola, bo Natka ma jeszcze trochę kaszelku i chrypkę. Zwiększone zapotrzebowanie na insuline też może świoadczyć, że jeszcze nie pora,a kolejna choroba przed świętami nie jest nam potrzebna.

Dziecko z cukrzycą MUSI być pod ciągłą kontrolą.

Nataszka nie chce coś chodzić do przedszkola. W tym roku jeszcze nie musi chodzić regularnie ,ale boję się co to będzie za rok? Nie wiem co ją zraziło do przedszkola, ostatnio mi powiedziała ,,co ja poradzę na to ,że lubię się wyspać…” Może to tylko to.

Dzisiaj zabrałam się za kontynuację porządków przedświąteczynych, cel-łazienka. Porządki rozpoczęłam oczywiście od pomiaru cukru-
11:34-cukier 187 -dosyć wysoko , ale nie dawałam korekty, bo było dużo aktywnej insuliny. Zabrałam się za porządki. Oczywiście co jakiś czas standardowo pytałam moją córcie jak się czuję ,a ona odpowiadała ,że dobrze. Po ponad godzince słyszę jak Nataszka idzie do mnie, obija się o ściany i woła ,,mamo , nie mogę iśc ,nogi mi się uginają”. Wybiegłam z łazienki, pociągnęłam ją w stronę pokoju, dałam jej szybko soku i zmierzyłam cukier a tam 38!! Wynik skontrolowałam na drugim glukometrze a tam -34!! Była 12:44.
Dosłownie 5 minut wcześniej mój tata pytał jej co robi i jak się czuje ,a córcia mu powiedziała ,że się uczy i żeby poszedł do siebie. Martwię się ,że mała nie odczuwa niskich cukrów odpowiednio wcześnie. A dzisiaj miałam kolejny dowód na to ,że zawsze trzeba być czujnym. Dziwi mnie to ,że moja córeńka przy tak niskim cukrze praktycznie normalnie funkcjonuje, chociaż zdarzyło się,że przy podobnym cukrze zaczęła zasypiać… Na szczęście była jeszcze świadoma i wystarczył sok ,ale najadłam się strachu , ona pewnie też. Dobrze ,że dzisiaj do mnie przyszła i mi powiedziała ,że coś z nią nie tak.
Nieco ponad godzina i z wysokiego cukru spadła tak nisko. I jak tu ograniczyć ilość pomiarów?????
Później już cukry wysokie, nawet za bardzo. Pewnie dlatego ,że po takich sytuacjach, które (nie ma co się oszukiwać) bezpośrednio zagrażają zdrowiu ,a nawet życiu – zazwyczaj podaję insulinę jakby ostrożniej , takie sytuacje wzmagają moją czujność i strach. Nobel dla tego kto wymyśli insulinę, która będzie się dezaktywować np. przy cukrze 80. To by była rewolucja w leczeniu cukrzycy ,bo w wynalezienie leku i całkowite wyleczenie jakoś uwierzyć czasem nie mogę, chociaż usilnie tego pragnę i o niczym innym nie marzę. Dziwi mnie jednak ,że nadal w mej podświadomości tli się ta nadzieja , ,,a może mojemu dziecku się uda i jutro wstanie zdrowa” , chyba ta absurdalna nadzieja pomaga mi z tym wszystkim nie zwariować.

Co do rozwolnienia,które męczyło moją córeczkę ,a na które pani doktór zaleciła dietę i dicoflor , które to za bardzo nie pomagały , to ja zaaplikowałam jej nifuroksazyd i wszystko przeszło po JEDYM dniu (oczywiście odpukać). Niby tabletki i kapsułki przeznaczone są dla dzieciaków od 6-go roku życia, ale kupiłam ENDIEX ,(nifuroksazyd w kapsułkach) ,otwarłam kaspułkę , wysypałam proszek na łyżeczkę ,wymieszałam z wodą i wyszło prawie jak zawiesina dla dzieci.
Swędzącą skórę mocno nawilżam (teraz stosuję ziajkę -do mycia ciała i krem do pielęgnacji dzieci i niemowląt , oraz nivea krem SOS=do bardzo wysuszonej skóry-on pozostwia taki tłusty film na skórze, który jakoś moja córeczka zaczęła tolerować-przedtem nie było mowy o niczym tłustym na jej skórze, kazała sobie zdejmować. Jeszcze mam zamiar dokupić krem do pielęgnacji dzieci- też nivea).

MAM NIEULECZALNIE CHORE DZIECKO I MARZĘ,ŻE KTOŚ ZNAJDZIE LEKARSTWO…

Boże !!! Jak jak bardzo jest mi źle! Znowu dotarło do mnie ,że to na zawsze… Serce mi pęka z bólu! Co to za paskudna choroba, w której żyje się jak na bombie zegarowej. Dlaczego? Za co? Za jakie grzechy?? Żadnych perspektyw na wyleczenie. Ciągły strach – za wysoko-źle, za nisko jeszcze gorzej. Do tego widmo powikłań… To wieczne upominanie-nie jedz tego , nie jedz tamtego , masz wysoki cukier, setki kłuć malusieńkich dziecięcych paluszków miesięcznie, setki… Rocznie-tysiące. ,,Nie szkodzi mamusiu, zmierz mi teraz cukier, bo tak bardzo chcę tego cukierka”. Koszmar… Wybudzanie w nocy , wmuszanie soku . Ona ma dopiero 5 lat, a ten cały koszmar trwa już prawie 2 lata. Cofam się pamięcią do tych pierwszych beztroskich 3 lat jej życia i celebruje każdą chwilę, której w tamtym czasie nie potrafiłam odpowiednio docenić. Wydaje mi się ,że ONA wtedy i ONA teraz to dwie różne istoty , które kocham ponad wszystko.
-CUKIER-66- wmuszam w Natkę sok , musi wypić. Coś jej się śni, bo krzyczy przez sen… Mnie też się chce krzyczeć , tak samo jak w dniu diagnozy. Niemy krzyk wychodzi z moich ust. Znowu to poczucie winy… Pewnie gdybym była lepszą matką, gdybym wszystkiego dopilnowała to moje ukochane dziecko teraz cieszyłoby się dobrym zdrowiem.
Pamiętam jak przed zachorowaniem córci mnie zabrała karetka, czekając na wyniki usłyszałam ,, to cukrzyca” – tak bardzo bałam się ,że mowa o mnie, ale w najczarniejszych koszmarach nie przypuszczałam ,że za kilka miesięcy usłyszę ten wyrok ,który zapadł nie dla mnie tylko dla mojego dziecka. Ile bym dała ,żeby to dotyczyło mnie , nie jej.
Stwierdzenia ,,inni mają gorzej” nie uspokajają mnie, ja bardzo dobrze zdaję sobie z tego sprawę ,że bywa gorzej ,ale nie zmienia to faktu ,że pragnę ,żeby MOJE DZIECKO BYŁO ZDROWE. Cukrzyca to nie jest lekka choroba, to bardzo ciężkie , wyniszczające organizm podstępne choróbsko. Jest nieuleczalna ,a bez insuliny nie można żyć. Do tego insulina ,która pozwala żyć podana w za wysokiej dawce potrafi zabić. Paradoks. I jak tu żyć z tym wszystkim… Z tą przerażającą odpowiedzialnością za życie najbardziej ukochanej osoby , z tym widmem ciągłego czuwania, bo cukrzyca nigdy nie śpi , ona nie zna słowa wakacje, choroba , litość… Mijają trzy dni od ostatniego wkłucia, trzeba zrobić nowe. Kolejne. Poprzednie jeszcze nie zdażyły się zagoić.Takie cukrzycowe ,,stygmaty”.
Niech mnie ktoś obudzi z tego potwornego snu , ja chcę nasze dawne życie sprzed choroby. BŁAGAM…

WYPRZEDAŻE :) MIKOŁAJ PRZEDSZKOLE Z KSAWERYM W TLE

Pisałam ostatnio o przygotowaniach do Mikołaja, czyli o ciasteczkach i mleku na parapecie. Otóż moje dziecię wybudziło się o ok 4:00 nad ranem i z radością stwierdziło ,,chyba nie ma mleka” !!! Musiałam ostudzić nieco jej zapał , bo najnormalniej w świecie nie miałam ochoty siedzieć z prezentami od bladego świtu. Córcia położyła się ,ale widziałam jej rączka szuka prezentu (zazwyczaj był na łóżku koło poduszki , tym razem coś mnie tknęło i położyłam przy łóżku).
Radość nad ranem nie do opisania!!! Nie wiem co ją bardziej cieszyło prezenty ,czy to ,że zniknęło ciasteczko i mleko.
Jakoś udało mi się namówić córcie,żeby zostawiła prezenty i poszła do przedszkola. W przedszkolu oczywiście też miał być Mikołaj, śmiałam się z Pawła ,że poproszą go ,żeby się przebrał za Mikołaja (miał na 13:00 do pracy ,więc rano on zaprowadził córcie do przedszkola, ja miałam dojść tak po 9:00 , bo chcieliśmy jeszcze wspólnie iśc do sklepu , potem ja do przedszkola ,Paweł do domu). Paweł powiedział ,że nie ma mowy , Mikołajem nie zostanie , powie ,że musi iśc do pracy. Powiedziałam mu ze śmiechem ,że już go sobie wyobrażam z miną jak Grinch i z wymuszonym ,,HO HO HO”.
Mikołajem była pani Bożenka , bardzo fajna kobieta. Panie robiły dzieciakom zdjęcia. Z grupy Smerfów dał się słyszeć głos dzieci ,,to nie Mikołaj ,to oszust…”. Nataszka zapytana jak jej się podobał Mikołaj odpowiedziała ,że to nie był prawdziwy Mikołaj tylko pani , i że ten ,,Mikołaj” miał takie śmieszne okulary…
Potem powrót do domu. Był duży wiatr, zapowiadano orkan Ksawery, na szczęście udało się bez problemu dotrzeć do domu. Nawet się śmiałam sama do siebie, że jak Mikołaj w przedszkolu to nawet orkan nie straszny.
W domu kolejna radość z prezentów, wspólna zabawa. A w nocy… Podwyższona temperatura z drgawkami i mega-katar. Niech to ,a miałyśmy jechać we wtorek z przedszkolem do kina ,tak bardzo Natka się cieszyła. Podałam jej nurofen i na szczęscie temperatura zmalała.
Oprócz tego ostatnio Natka znowu strasznie się drapie, najdziwniejsze jest to ,że robi to zawsze w środku nocy przez jakieś 10 sek i potem śpi ,zastanawiam się nawet, czy coś jej się nie śni. Kolejna nowinka do biegunka. Do tego znowu wysokie cukry (ale ładnie reagują na korektę). Temperatura nawiedzała nas przez trzy noce , katar mamy nadal i nadal Natka często się wypróżnia. Poczekam do jutra i najwyżej pójdziemy na kontrolną wizytę do lekarza. Bo oczywiście na poniedziałkowej wizycie pani doktór powiedziała ,że wszystko oki , no i oczywiście standardowo przepisała leków na 100zł… A już najbardziej nas rozśmieszyła i wkurzyłą ,kiedy ochrzaniła nas ,że powiedzieliśmy jej z czym przychodzimy , powiedziała ,że nie intersują ją nasze informacje… Miałam jej powiedzieć,że w taki własnie sposób moje dziecko przez nią trafiło na OIOM , BO ZBAGATELIZOWAŁA TO CO JEJ MÓWIŁAM!! A objawy podawałam jej wtedy jak na tacy… Następnym razem nie powiem jej co dolega małej tylko powiem ,że to ona jest lekarzem i niech diagnozuje…
Ostatnio oprawiłam sobie zdjęcie Natki jak była dzidziusiem , stoi przy telewizorze, a ja patrząc na jej minkę wzruszam się na maxa. Czemu nie może być tak jak wtedy??? Czemu każdego dnia muszę drżeć o nią. Boję się ją zostawiać sama (w sensie beze mnie i bez Pawła). Nie cierpię tego uczucie bezradności… Wczoraj położyłam się koło Nataszki i ona zasypiając wtuliła się we mnie. Moja mała pieszczocha… Zasnęłyśmy obie. Ja po 15 minutach oprzytomniałam i przypomniałam sobie ,że trzeba zmierzyć cukier. Nie chciało mi się odklejac od mojego szczęścia i znowu pomyślałam jak to by było pięknie tak sobie razem być bez trosk , zasnąć sobie od tak po prostu, bez tych kłuć , korekt.
Zauważyłam ,że miejsca po wkłuciach nie najlepiej się goją. Tzn, pozostają ślany… Niby lekarka powiedziała,ze jest dobrze i gorsze rzeczy widziała ,ale jak bym wolała ,żeby nic nie zostawało.

Jeszcze kwestia ubrań. Zaczęły się wyprzedaże ,więc szperałyśmy troszkę z Nataszką po sklepach. Podobały jej się spodnie, bardzo łądne, ale niestety my musimy szukać czegoś co oprócz Nataszki zmieści jeszcze pompę (nosimy ją pod ubraniem) ,więc pomimo fajnej ceny (20zł) musiałyśmy się obejść smakiem… Na szczęscie udało mi się znaleźć takie rozciągliwe spodnie, chyba mówi się na nie bryczesy , w każdym razie też 20zł. do tego pasek , więc nie dość ,że ładne i dziewczęce to jeszcze zmieszczą pompę.
Rośnie to moje dziewczę jak na drożdżach…
Weszłyśmy też do Smyka, tam wyprzedaż koszulek nocnych (fajne piżamki były ,ale przy pompie lepiej sprawdza się koszulka nocna-przynajmniej u nas). Stoję z tą koszulka nocną przy kasie ,a tu moje dziecię co chwilę przybiega z jakąś zabawką i mówi ,że to taka super zabawka (moze i tak ale cena też super…), mówiłam ,że zabawki sa swietne ,ale niech je odniesie na miejsce. Nataszka zapytała ,,czy KANGUR” jej to przyniesie”? Hmmmm, jak to się mówi ,,dobry pomysł nie jest zły”, jak nie Mikłołaj ,Gwiazdka ,Zajączek itp. to a nóż widelec uda się przekonać do tego zakupu Kangura. Na szczęście Nataszka nie należy do wymuszaczy zabawek płaczem. pooglada, podotyka i odłoży.

Zastanawiam się, czy nie iśc jutro z Natką do przedszkola,bo w tym czasie Paweł by umył okna?? Zobaczę jak się będzie czuła.

Mikołajowe przygotowania wśród zęba borowania :)

Wczorajsza noc tak jak przypuszczałam do najłatwiejszych nie należała. Cukier spadał sobie powolutku ,a ja położyłam się koło córci i byłam pewna ,że poczuwam jeszcze przynajmniej do 2:00 i nie zasnę, więc budzik ponastawiałam na późniejsze godziny. Zerwałam się w nocy z duszą na ramieniu , patrzę a tu 2:30… Słabo mi się zrobiło ,bo najnormalniej w świecie zasnęłam i przespałam sobie w najlepsze 2 godziny!!! O zgrozo , płakac mi się chciało, od razu sprawdziłam ,czy mała oddycha i szybko sięgnęła po glukometr. Cukier-47!!!! BOŻE , dziękuję Ci ,że obudziłam się. Podałam córci sok i tak mocno się do niej przytuliłam , gładziłam ją po główce i mówiłam do niej. Byłam strasznie roztrzęsiona. Dwukrotnie dopajałam Natuśke w nocy.

Dzisiaj Natce nie chciało się wstać do przedszkola, nie dziwię jej się , bo przypuszczam ,że po nocy z takimi wahaniami cukru to organizm był najnormalniej w świecie zmęczony. Sama też byłam zmęczona.
Na 14:30 umówieni byliśmy u stomatologa, bo Natuśka miała dziurkę w zębie. Mała nigdy nie przepadała za dentystą, pewnie dlatego ,że bardzo wcześnie musiała leczyć sobie ząbki, które pomimo tego ,ze nie jadła słodycz to strasznie jej się posypały , szczególnie na górze , bo na dole to te dwa ostatnie były leczone. Góra w zasadzie nie istnieje. Dzisiaj Nataszka starała się być dzielna, nie chciała siadać sama na fotel ,wolała z Pawłem. Troszkę się wyrywała ,ale pani pomoc ją pogładziła po policzku i mówiła do niej ciepłym głosem i maluka się uspokoiła. Tak mi jej żal było ,ale mus to mus. Przynajmniej nie będzie jej ten ząbek bolał. W nagrodę dostała malutkiego konika i wszyscy byliśmy z niej dumni. Kontrolna wizyta za dwa miesiące. Pani doktór mówiła ostatnio ,że Nataszka ma w bardzo dobrym stanie (odpukać) dziąsełka. Chociaż tyle. Staramy się pilnować ,żeby myła ząbki regularnie, zresztą sama tego bardzo pilnuje (chyba nawet bardziej niż my) i płuka buźkę płynem elgydium dla dzieci , używamy pasty elmex ,albo elgydium. Po dentystce obiecany McDonalds i ,,szczęsliwy posiłek”. Potem eskapada po sklepach , czasem fajnie tak pochodzić, pooglądać co w sklepach piszczy.
A potem powrót do domku i przygotowania na Mikołaja. Więc babeczka i mleko na parapecie (oczywiście sama zainteresowana prezentami najchętniej powyższą babeczkę by skonsumowała, ale czego się nie robi dla Mikołaja). Dzisiaj mocno wieje ,więc w łazience nawet rury się ruszały. Natasza się wystraszyła, ale Paweł jej powiedział ,że to Mikołaj jeździ saniami i daje dzieciakom prezenty , więc Nataszka szybko umyła ząbki i połozyła się spać. Zmierzyłam cukier -60. Dopoiłam ją (chociaż już miała nadzieję na Mikołajową babeczkę). Teraz sobie śpi.
Nie wiem czy jutro nie wybierzemy się do lekarza, bo wokół wkłuć porobiła się jej jakby wysypka, takie czerwone chrosteczki. Posmarowałam kremem ,ale nie wiem od czego to jest. Mam nadzieję ,że to nie żadne uczulenie na insulinę. Pooglądam to i w razie czego to będziemy musieli jeszcze prze świętami jechac do diabetologa, bo jakoś tak średnio wierzę ,że w zwykłej przychodni jej pomogą.
Jutro Mikołaj. Wiem ,że nie powinniśmy tego robić ,ale paczka ze słodyczmi też zrobiona. Parę takich pierdołek. Będzie sobie dobierała do posiłku.
Cukier 169-coś za bardzo rośnie, pewnie kolacja wybiła, mogłam jednak nie zatrzymywać bolusa przedłużonego… Puściłam delikatną korektę i muszę kontrolować. Ale by się przydały sensory do stałego monitorowania cukru, ciekawe tylko czy Natka by chciała nosić dwie rzeczy jednocześnie?…

Śmierdzące cukry …

Pięknie… Cudownie… Czemu jak jest w miarę to potem musi być źle. Cukier 369!!! Wkłucie zmieniona niecałą godzinę temu , cukier jeszcze nie drgnął. Zazwyczaj tak mamy jak zmnieniamy wkłucie na wysoki cukier.
Wcześniej podejrzanie wyglądało mi to wkłucie. Po śniadaniu cukier był spoko 130 , ale to obiedzie już ponad 200. Tylko Natka była dziś w przedszkolu z Pawłem i trudno mi powiedzieć czy dał odpowiednią dawkę insuliny. Po korekcie cukier spadł ,ale wolno. Kolejny posiłek i cukier ponad 300!!! Od razu chciałam zmieniac wkłucie, ale Nataszka tak prosiła ,,spróbuj jeszcze dać korektę mamusiu ,może nie będzie trzeba zmienić wkłucia”… Wiem ,że nie powinnam ulec tym prośbom ,ale po korekcie cukier ładnie spadł. No i po kąpieli kolacyjka i mamy teraz efeky… Winię za to siebie. Gdybym wcześniej zmieniła wkłucie to teraz moja córcia pewnie by już miała wyrównane cukry ,a tak musi się męczyć. Walczyć. Dodatkowo zauważyłam ,że wkłucie zmieniane na śnie ładniej działa , pewnie dlatego ,że ,mała się nie napręża, jest rozluźniona.
Dzisiaj Natka jak już nadmieniałam była w przedszkolu ze swoim tatusiem. Okazało się,że chce szybciej wrócić i płakała ,bo tęskni za mną… O RANY… Jak nie miała cukrzycy to w wieku 3 latek jako jedna z nielicznych zostawała w przedszolu bez płaczu , a teraz biedna tęskni. Przyzwyczaiła się do mojej obecności.

Niezmiennie odczuwam straszny żal i smutek ,że nie może być jak na początku ,że moja jedyna ,wymarzona córeczka nie może żyć sobie normalnie , beztrosko. Ostatnio chodzę po domu i przypominam sobie różne rzeczy , które wywołują łzy. Staram się nie płakać przy małej , nie zawsze wychodzi…

Dzisiaj kolejna nieprzespana noc!! Pewnie jak cukier zacznie spadać ,to będę musiała podopająć moje maleństwo. Żeby tylko nie zasnąć…

Na koniec coś śmiesznego. Tak mnie się przynajkmnie wydaje. Otóż jak po kąpieli podpięłam córci pompę powiedziałam do siebie ,,coś mi tu śmierdzi”-miałam na myśli ,że wkłucie jest złe , na co Natszka -,,to pewnie Twoje nogi ,bo ja swoje już umyłam”… Rezolutną mam tą córeńkę.

,, To nie ja zatkałąm ,to dziadek ,bo wsypał kreta” -czyli dziecko prawdę Ci powie…

Cukier-150 , zaczął rosnąć, pewnie wchłania się mięso z kolacji. Nie puszczałam wczwśniej bolusa , bo pewnie bym musiała małą dopajać, a tak teraz puściłam trochę insuliny w bolusie prostym , a trochę w przedłużonym. Teraz nie pozostaje nic innego jak monitorowanie cukru. Ostatnio (odpukać) cukry dosyć dobre. Oczywiście zdarzają się wpadki , takie jak np. cukier prawie 300 po śniadaniu , ale któż ich nie ma.
Siedzę sobie teraz , słucham równego oddechu mojego dziecka i zastanawiam się, ile matek dzisiaj dowie się ,że ich dzieci mają cukrzycę… Wkurza mnie ta cała niewiedza , to bagatelizowanie cukrzycy. Nikt, kto nie przeżył dnia z tą chorobą nie wie ile trzeba włożyć wysiłku ,żeby okiełznać cukry. Nie ,nie oczekuję nobilitacji współczucia i ciągłego klepania po plecach, ale większego nagłośnienia tej choroby. Może jestem egoistą,ale bardzo bym chciała ,żeby Nataszka kiedy dorośnie mogła czuć się bezpiecznie wśród ludzi ze swoją cukrzycą. Boję się jednak ,że to tylko Pobożne życzenie i aktualnie będzie hasło ,,umiesz liczyć-licz na siebie”.
Kiedyś marudziłam i pisałam ,że nikt z bliskich mnie nie rozumie. Teraz wiem ,że na swój sposób chcieli mi pomóc,ale ja nie potrafiłam z nikim rozmawiać. Prawdą jest jenak ,że niektóre słowa nie powinny paść ,ale czasem emocje są górą.
Myślę,że śmiało mogę liczyć na rodzeństwo. Dużą pomoc uzyskałam też od przyjaciół i znajomych. Dzięki nim stanęła jako tako na nogi.

Z rzeczy przyziemnych. Ostatnio zatkał nam się odpływ pod wanną. Pan ze spółdzielni zgodził się zniwelować usterkę za niewielka opłatą. Pan poszedł po pomocnika. Nataszka jak ich zobaczyła powiedziała ,,zatkała nam się wanna, da się coś z tym zrobić”? Pan majster poszedł już do łazienki ,a pan pomocnik powiedział do mojej córci ,,to Ty to zatkałaś” , na te słowa moje dziecię niewiele myśląc odpowiedziało ,,To nie ja to dziadek , bo nasypał kreta…”. Potem chodziła po mieszkaniu z zatroskana miną i komentowała ,, a czemu pan zrobił dziurę ” (trzeba było powiększyć dziurę pod wanną) , ,,no niech próbują ,ale nie wiem czy to sie uda” , ,,jak nie jeden to może drugiemu się uda”, ,, i co my teraz z tą wielką dziurą zostaniemy” , ,,wątpię czy się uda ,ale spróbować mozna”- i tak komentowała to wszystko pod noskiem ,że nie wiem jak fachowcy ,ale ja pękałam ze smiechu.