Miesięczne Archiwa: Październik 2014

Cukrowe koszmarki. Wojna z bazą.

Zmieniłam bazę. Jest dużo lepiej ,ale daleko jeszcze do ideału. Muszę prześledzić cukry i dokonać drobnych korekt. Po kolacji cukier nam rośnie, więc dołożę 2 h i 1 h przed posiłkiem (może też ,ale nie od razu w godzinie posiłku) 0,05 jednostki do bazy. Obecnie o tych godzinach cukier nam wywala ,więc konieczne są korekty. W nocy mamy spadki ,ale mam problem , bo nie ustaliłam jeszcze ,czy te spadki są spowodowane korektą ,czy insuliną bazową. Muszę poobserwować ,żeby to ustalić ,ale niestety wiadomo ,że inaczej się do tego nie dojdzie jak tylko metodą prób i błędów. Mam nadzieję ,że szybko uda mi się nad tym zapanować ,żeby córcia chociaż na jakiś czas miała spokój z tymi całymi wahaniami cukrów. 

Cukry przy śniadaniu też nie są najgorsze, ale czeka mnie mała zmiana, bo 2 godziny po posiłku jest 163 ,a przed obiadem 63 , więc muszę ,,zaczarować tak” ,żeby dwie godziny po posiłku było 140 ,a przed obiadem w granicach 80-100. 

Z tego co zauważyłam  czytając wypowiedzi innych mamuś cukierasów to sporo dzieciaków ma właśnie teraz problemy z cukrami. Może to jakieś przesilenie jesienne? Bo  dziwne to jest dla mnie. 

Ostatnio Natka zrobiła się małym łobuziakiem w przedszkolu. Bije się z kolegami. W sumie to od zawsze miała większy kontakt z chłopakami niż z dziewczynkami , ostatni rok to zmienił ,ale widzę ,że chęć ,,chłopakowych ” zabaw jej nie opuściła. Podobno tata Natki wszedł do sali ,żeby zmierzyć jej cukier ,a tam Natka na środku sali atakowana przez dwóch chłopców dzielnie odpierała atak. Dodam ,że trzeci napastnik wybiegł z toalety ,ale chyba też nie zmniejszyło to chęci obrony u Natki. Tata Natki  tak to zabawnie opowiedział ,że się uśmiałam. Pewnie nie wypada ,ale nie było ofiar w dzieciach. Natka cała i chłopcy też . W sumie to chyba była jakaś zabawa ,nie wiem o co chodziło ,bo ja tego nie widziałam. Tłumaczę córci ,że nie powinna tak się bawić ,bo można sobie ,albo komuś zrobić krzywdę.  Nie trwa to długo ,bo od jakiś 2 dni. Zastanawiam się ,czy nie jest to spowodowany tym ,że Natka obrywała od jednej z koleżanek. Oczywiście pani wkraczała do akcji ,ale wszystkiego nie wychwyci ,a mnie mówiła Nata o tym dopiero w drodze powrotnej do domu. Od wczoraj (dziwnym zbiegiem okoliczności) już są z tą dziewczynką koleżankami. Dodam ,że ta dziewczynka wcześniej wdawała się we wszelakie bójki (ale to całkiem inna historia) ,zastanawiam się czy Natka nie stała się narzędziem   w jej rękach? Mam nadzieję ,że nie daje sobą manipulować  ,ale różnie to bywa. Przyjrzę się tej sprawie bliżej. Może chce popisać się przed rówieśnikami?  Dzisiaj po przedszkolu powiedziała ,że jej się tam nudzi. Ciekawa jestem ,czy bardziej nie chodzi o to ,że trzeba siedzieć bez gadania  i słuchać pani. Mam nadzieję ,że to przejściowy problem. 

 

WYSOKIE CUKRY CD.

Wczoraj po rosołku cukier był dobry. Reszta dnia tak sobie , bez skrajności i bez rewelacji. Nocka z korektami. Niestety. Cukier spadał dosyć opornie, ale rano nie było 300 jak wczoraj tylko 104. Postanowiłam zmienić wkłucie. W przedszkolu przed śniadaniem kolejna niespodzianka , cukier urósł do 134. To jakoś wytłumaczyłam nowym wkłuciem. Zmierzyłam cukier po 30 minutach (nie robię tak jak cukier jest dobry ,ale teraz mamy jakiś sajgon!) ,a tu 194.  Pomyślałam ,że może zawiniła zbyt późno podana insulina na śniadanie. Nie dodawałam insuliny, bojąc się spadku. Mierzę cukier po godzinie a tu 302! Poczułam niesamowity gniew ,żal i smutek. Podałam solidną korektę i od razu zwiększyłam bazę , prawie o każdej godzinie. I tu niespodzianka ,bo (odpukać) od tej pory mamy dobre cukry. Nie składam jednak jeszcze broni , bo przede mną noc i jutrzejsze śniadanie. 

Chyba wzrosło nam zapotrzebowanie. Zawsze mnie to dziwi ,bo przynajmniej u nas dzieje się tak z dnia na dzień. Zobaczę , czy to tylko chwilowe, gdzie jeszcze dodać w bazie więcej insuliny ,a gdzie ją odjąć. Kolejne całkowicie nieprzespane nocki ,ale przy cukrzycy dziecka to normalka.

Dzisiaj Natka była na treningu. Stara się jak może. Udało mi się dzisiaj usiąść w miejscu , z którego widziałam jak ćwiczy. Nataszka była taka zadowolona, co chwilę mnie nawoływała ,żeby mi pokazać co potrafi już zrobić. A potrafi wiele. Mój palec cały czas wskazywał ,,lubię to”. Mała uśmiechała się do mnie i widziałam ,że chce mi sprawić przyjemność. Troszkę się popłakała ,bo na koniec wchodzili po linie ,a jej się nie udało (do tej pory pani pomagała ,a dzisiaj musieli sami). Powiedziałam jej ,że poszło jej superowo ,że jestem z niej dumna, bo prawie jej się udało ,ale nie dała się przekonać. Koleżanka ją pocieszała ,że jej tez się nie udało ,a się nie przejmuje. W końcu się udobruchała. 

Przed treningiem i odłączeniem pompy zawsze najpierw sprawdzam cukier. Jak jest za niski to dają małej destro ,jak za wysoko to przed odpięciem podaję odpowiednią korektę. Po treningu sprawdzam cukier. Następnie przepuszczam przez dren odrobinę insuliny (jakieś 0,3 jednostki) , ponieważ często dochodzi do zapowietrzenia, czy wyschnięcia insuliny u góry drenu. Dodatkowo po podłączeniu pompy puszczam jeszcze 0,3 jednostki insuliny ,żeby wypełnić kaniulę znajdującą się w ciele. U nas to się sprawdza, wydaje mi się ,że przez tą godzinę bez pompy kaniula w ciele się ,,osusza” ,bo insulina się wchłania i robi się przerwa. 

CUKIER PONAD 500!!! KTO LUB CO ZAWINIŁO??

W piątek Natuśka była z tatą na judo. Coraz bardziej jej się podoba. Widzę ,że na treningach daje z siebie wszystko. Ostatnio udało jej się zrobić przewrót w tył , z którym miała do tej pory problemy i bardzo się denerwowała ,że jej nie wychodzi. Na szczęście mają super trenerkę, która zachęca ich do ćwiczeń, mobilizuje, pomaga,a jak trzeba to ochrzani. Jestem dumna z mojej córeczki. Widzę ,że treningi sprzyjają dobrym cukrom . poprawiła jej się kondycja  i mam nadzieję ,że dzięki treningom uda nam się zapanować nad jej wagą. 

Martwię się cukrami. Od dwóch dni nie mogę ich ogarnąć. Po piątkowych powrocie z judo (choć podczas ćwiczeń cukier był dobry) cukier wywindował nam do ponad 500!!! Dopiero dwie porządne korekty doprowadziły go do porządku . Cukier spadał bardzo wolno , kontrolowałam go na bieżąco ,ale niestety nie uniknęłam hipo , bo w ciągu 30 minut spadł z 140 do 49 (dlatego bardzo ważne są częstsze pomiary cukru w takich sytuacjach nawet co 15 , 20 minut) . Zmiana wkłucia za dużych rezultatów nie dała ,bo cukier w sobotę po śniadaniu ponad 300. Jakaś masakra.  Zmieniłam kolejny raz wkłucie (stare nie było ani zagięte ,ani przytkane, nie wypłynęła też z miejsca po wkłuciu krew czy insulina), podałam korektę , niby cukier spadł , ale jakoś tak opornie. Ktoś pewnie podejrzewałby odbicie po porannym hipo ,ale podobno po hipo podawana korekty działają bardzo szybko i też trzeba częściej kontrolować cukier i podawać mniejsze korekty jeśli podejrzewamy odbicie. Po kolejnych posiłkach wychodziłyśmy z cukrami nie najgorzej. W nocy cukier o 3:00 wynosił 165 , dałam małą korektę, mierzę cukier o 6:00 ,a tu NIESPODZIANKA! cukier 320!!! Ręce mi opadły. Nie wiem jak to możliwe. Podana korekta zadziałała. Może wkłucie źle działa , jest przytkane i nie przepuszcza bazy? Obstawiam jeszcze bąbel w drenie , albo jakąś infekcje (mała miała katar) , ale prędzej ten bąbel , bo jak odpięłam wkłucie i przepuściłam insulinę , to zanim pokazała się u góry w drenie to przepuściłam jakieś o,2 jednostki.

Dzisiaj na śniadanie dałam jej płatki z mlekiem (dawno nie jadła ) , podałam tyle insuliny ile dawałam na nie zazwyczaj i cukier był ok. Zmierzyłam po 2 godzinach , a tam 200. W sumie lepiej niż wczoraj po zbilansowanym śniadanku , więc raczej to nie wkłucie. Teraz zwiększyłam bazę na 130% , Natka je rosołek i zobaczę co się będzie działo. 

MOTYLA NOGA, czemu zawsze są jakieś problemy z cukrami? Dawno nie miałam problemów z tymi całymi bąblami w drenie, może wkłucia jakieś wadliwe ,albo zbiorniki na insulinę? Niby już były używane z tych samych paczek i wkłucia i pojemniki ,ale może parę sztuk w paczce jest zepsutych?  Przekichane, zanim człowiek dowie się o przyczyny to osiwieje, albo najczęściej nie pozna przyczyny , bo cukry wracają do normy tak nagle jak nagle zaczęły od tej normy odbiegać , tylko szkoda ,że dzieje się to kosztem zdrowia dzieci i rodziców małych diabetyków. Na szczęście udało nam się uniknąć ketonów w moczu.

Dożywocie z cukrzycą….

Cukier 340!!! Bravo. Dlaczego w tej pokręconej chorobie nie ma nic pewnego? Mogłam wcześniej zmienić wkłucie ,ale myślałam,że kotleciki ziemniaczane wybiły. Po zdjęciu wkłucia insulina  za zewnątrz. Nie ma łatwo… Żeby teraz było dobrze. 

Ostatnio kilka nocy z rzędu mieliśmy nie najlepszych. Jestem wykończona , Natka pewnie też. Dziwne ,bo w dzień spoko ,a przychodzi noc i d…. Dziś zwiększyłam bazę ,ale dopiero jutro okaże się czy potrzebnie. Dziś zmieniłam wszystko co się dało , tzn. tata Tuśki zmienił. Oby pomogło , bo idzie się wściec. 

We wtorek  Nataszka rozśmieszyła panią w przedszkolu , mnie zresztą też. Poszłam podać jej insulinę , standardowo kazałam popróbować czy wszystko jej smakuje. Nie smakowała jej tylko kapustka duszona. Podałam insulinę na jedzonko i wyszłam z sali. Drzwi były otwarte. Nagle usłyszałam jej nawoływanie ,a jak złapała moje spojrzenie to zaczęła wymachiwać rękami ,żebym przyszła. Pokazała ile zjadła. Wróciłam na miejsce i słyszę jak pani mówi ,,zjedz kapustkę ,spróbuj ,chociaż troszkę , może Ci posmakuje”. ,,Ale ja już próbowałam”-odpowiedziało zgodnie z prawdą moje dziecko  , na co pani znowu : ,,ale spróbuj , ona jest pyszna”. Nagle Natka wyjęła asa z rękawa ,,Ale mama mi nie dała insuliny na kapustę”… Pani zaczęła się śmiać , ja zresztą też. Ku mojemu zdziwieniu usłyszałam jak mówi do Natki : ,,ale na kapustkę nie potrzeba dużo insuliny , dużo to na ciastka , ryż” , czyli coś tam wie jednak , tylko się nie ujawnia.

W poniedziałek miałam rozmowę z drugą panią. Natka czasem ma ochotę wyjść do mnie , ja to rozumiem , że jak dziecko ma jakiś kłopot to szuka pomocy u najbliższej osoby ,a że ja jestem na miejscu to chce iść do mnie. Tak było przy poniedziałkowym obiedzie. Nata nie chciała dojeść ziemniaków i chciała mi o tym powiedzieć ,a pani chyba kazała jej je jeść. Więc chciała do mnie iść. Pani do mnie wyszła i mówi ,że muszę przeprowadzić z nią rozmowę ,że nie powinna wychodzić z sami ,  ja jej na to ,że nie mogę jej zabronić wychodzić z sali ,bo może być tak ,że źle się poczuje i nie będzie wiedziała czy ma do mnie wyjść czy nie. Pani na to ,że ona teraz dobrze się czuje , tylko ziemniaki jej nie smakują. Przyznałam jej racje ,ale dla mnie sprawa jest prosta, skoro Natka wie ,że jestem za drzwiami to rozwiązanie swoich problemów szuka u mnie i to jest naturalne, nic w tym nie ma nadzwyczajnego. Obiecałam jednak ,że porozmawiał z małą.

W środę nie byłyśmy w przedszkolu ,bo w nocy z wtorku na środę walczyłyśmy ze złymi cukrami , które unormowały się o 5 rano i do tego Natka miała urodziny. Obiecałam jej ,że będzie mogła jeść co chce i ile chce. Ostatecznie zjadła rządek czekolady , dwa michałki , 5 cukierków schoko bons-ów , pół paczuszki chrupek i to by było na tyle.  Cukry były ok. ,dopiero w nocy nie były idealne ,myślałam,że słodkości wybijają ,a to pewnie wkłucie nie było najlepsze.

Czuję ,że powoli nachodzi mnie jakiś dół. Jestem poddenerwowana , wybucham z byle powodu. Wydaje mi się ,że cukrzyca to takie więzienie o zaostrzonym rygorze ,z którego nie ma ucieczki. Serce mi pęka ,bo wiem ,że moje dziecko jest skazane na dożywocie. Staram się nie okazywać złości , która mnie przepełnia ,na zewnątrz. Przecież to nie jest niczyja wina i każdy ma swoje sprawy ,ale najchętniej bym krzyczała na całe gardło i waliła głową w ścianę. Tak bardzo bym chciała cofnąć czas i móc zapobiec cukrzycy, żeby moje dziecko miało szansę na normalne życie, żeby była zdrowa. Wiem ,że ona też tego chce, bo mówi o tym. 

 

 

LEKARZ?

Natka od poniedziałku przeziębiona. Poszłam z małą do lekarza , bo miała wysoką temperaturę ,zmienił jej się głos (straszna chrypka) , a rano jak się obudziła to nie mogła złapać oddechu , albo była tak bardzo zaflegmiona ,albo coś z krtanią. Córcia była przerażona, (ja też) poprosiłam ,żeby się uspokoiło i powoli doszła do siebie. Podałam jej lek wykrztuśny , tata oklepał jej plecki i zadzwoniłam umówić się do lekarza. Niestety lekarka nie wzbudziła mojego zaufania (byliśmy u niej pierwszy raz). Widać ,że traktuje pacjentów taśmowo. Takie jest moje pierwsze odczucie , może akurat w tym dniu miała gorszy humor. Chyba była zła, bo w godzinach pracy popijała sobie kawusię zamiast przyjmować pacjentów. Dodam ,że to było na samym początku jej zmiany , 0 10:00 ,więc zmęczona raczej nie powinna być. Rodzice małych pacjentów strasznie się burzyli na korytarzu ,więc w końcu pani doktor łaskawie weszła do gabinetu. My trafiliśmy na pierwszy ogień. Mam wrażenie ,że potraktowała nas strasznie powierzchownie, kiedy wyszliśmy z gabinetu zdziwione mamy spytały ,,to już?”. Standardowo zdrowa dostała wykaz leków i parafarmaceutyków za prawie 100 zł.  Kolejna mała pacjentka też została potraktowana podobnie, bo jeszcze zdążyliśmy spotkać się w aptece , która znajduje się w przychodni. Cóż ,albo pani doktor jest naprawdę super fachowcem ,albo bardzo spieszyło jej się na kawkę. Dodam ,że przepisała córci same syropy na cukrze ,a widziała wkłucie ,o które nawet nie zapytała ,więc wywnioskowałam ,że wie o co chodzi.  Do dnia dzisiejszego Natka ma straszną chrypkę, ale czekam cierpliwie. Szkoda , bo znowu omija nas przedszkole. Ostatnio ja byłam chora i mała straciła tydzień , teraz ona jest chora.                  

Rozumiem lekarzy , którzy mają po 40 pacjentów dziennie ,że po 20 robią sobie przerwę , żeby odświeżyć umysł. Ale nie rozumiem tych ,którzy bagatelizują swoich pacjentów. Przecież lekarz też człowiek i jest w pracy , jeśli na drzwiach gabinetu widnieje napis przyjmuje od 9:30 do 12:00 , to w tych godzinach  powinien być w pracy , tymczasem zdarza się ,że np. dzwonię o 11 z pytaniem o lekarkę ,a otrzymuje informację ,że właśnie wyszła do domu. Nie powinno tak być. 

          Nadal chodzimy z Natuśką na judo. Trenerka jest fantastyczna, dzieci uwielbiają chodzić na jej zajęcia. Teraz będziemy mieć tydzień przerwy, niby Natka się cieszy ,ale widzę ,że po tak intensywnym miesiącu przywykła do pewnego rytmu i nudzi się. Oczywiście nie ma tak kolorowo i nie mogę napisać ,że Nata jest zafascynowana wysiłkiem fizycznym ,bo jak są ćwiczenia, które sprawiają jej trudność to zaraz ,a to jest zmęczona, a to boli ją brzuch. Pani nie naciska , żeby ćwiczyła , ja czasem tak ,bo jednak nie po to tam chodzimy ,żeby siedziała pod ścianą ,więc staram się ja dopingować i motywować. 

         W przedszkolu też po staremu. (Przynajmniej do teraz ,bo od poniedziałku nas tam nie ma). Był ostatnio teatrzyk. No powiedzmy teatrzyk ,bo raczej był to występ faceta grającego na skrzypkach. Muszę przyznać ,że panie z naszego przedszkola wspaniale zajmują się dzieciakami. Są opiekuńcze , cierpliwe, szkoda ,że Natka nie może sama chodzić do przedszkola , szkoda ,że nie jest zdrowa. Nie ma dnia ,żebym o tym nie myślała.