Miesięczne Archiwa: Listopad 2014

JELITÓWKA CZY ZATRUCIE ???

Wściekła. Trzymałam Natkę w domu (w sensie ,że nie chodziła do przedszkola) , bo w naszej grupie panowała jakaś okropna jelitówka. Podobno   dwie dziewczynki nie schodziły z sedesu i w tym miejscu chcę pogratulować  pomysłowości rodzicom , którzy puszczają dzieci w takim stanie  do przedszkola. W takim przypadku nie  ma wymówek ,że ,,PRACA” , sorry ,ale po pierwsze narażają inne dzieci na chorobę . a po drugie narażają swoje własne dzieci na męczarnie i ośmieszenie. Wiadomo ,że przy biegunce dziecko może najnormalniej w świecie zabrudzić bieliznę , bo może być potem wykorzystywane przez rówieśników do ośmieszania delikwenta. Wina dziecka w tym żadna ,ale rodzice powinni pomyśleć.

Przetrzymałam tą moją córeńkę prawie dwa tygodnie. W końcu postanowiłyśmy pójść mając nadzieję ,że zagrożenie minęło. Byłyśmy w przedszkolu CAŁE 2 DNI!!! We wtorek w nocy pomiędzy 2 a 5 (czyli w zasadzie nad ranem) córcie dopadły straszne wymioty. Już chciałam jechać na dyżur ,ale na szczęście minęły. Oprócz wymiotów dopadła ją gorączka, która strasznie opornie spadała po lekach. Cukry nawet w normie. Bałam się spadków, bo jak podnieść cukier u dziecka ,które wymiotuje, więc od razu zmniejszyłam bazę , a cukry korygowałam drobnymi korektami.Udało się interwencja lekarza nie była potrzebna. Mogliśmy poczekać na ,,normalną wizytę w przychodni. 

Nataszka była przerażona tą całą sytuacją. Bardzo wystraszyła się wymiotów , które jej kojarzą się ze szpitalem. Bo dla niej  właśnie od nich rozpoczęła się nasza batalia z cukrzycą. W momencie rozpoznania choroby córcia była w stanie bardzo poważnym , miała silną kwasicę ketonową i charakterystyczne przy niej mdłości.Teraz myślała ,że znowu ją to czeka. Widziałam strach w jej oczach. Pytała ,,czy pojedziemy do szpitalka”? Uspokajałam ją mówiąc ,że nie , żeby się nie martwiła. Nie wiem ,czy ją uspokoiłam ,ale jeszcze powiedziała ,,lekarze mi pomogą ,uratują mnie… Pamięta wszystko , wszyściutko. Czasem mi opowiada co się działo jak leżała na intensywnej terapii, mówi ,że chciało jej się pić,ale nie mogła sama, że przyszła pani pielęgniarka i jej dała GORZKĄ herbatkę , bo ona miała poprzyklejane takie kółeczka. Że pytała o mnie ,że płakała ,że pani zadzwoniła po mnie i ja przyjechałam. Ja też to pamiętam , każdą sekundę. Pamiętam jak weszłam na salę na OIOMIE  , na której leżała Nataszka. Jej małe wychudzone ,zniszczone przez chorobę ciałko. Była taka malutka ,drobna. Miała suche usta , serduszko silnie biło ,a ona spała. Pierwszego dnia czekałam ,żeby się obudziła ,ale nie doczekałam się. Boże co ja wtedy czułam. Nikomu nie życzę. Nie robiłam jej wtedy zdjęć  , żadnych. nie chciałam takiej pamiątki , nie żałuję, wystarczy mi ,że mam przed oczami i w głowie każdą sekundę tego czasu. Każdą… Pamiętam wszystko ,każdą SEKUNDĘ dnia, w którym trafiliśmy do tego cukrowego piekła. 

Tego samego dnia (to była środa) poszliśmy do lekarza. Teraz to wszyscy mogą nam zazdrościć naszej pani doktór. Lekarka z prawdziwego zdarzenia. Powitała Nataszkę słowami ,,witam cukierkową panienkę”. Bardzo dokładnie ją zbadała, rozmawiała z nią , była miła. Dodam ,że to starsza doktórka, ale widać ,że z powołania. Podobno wcześniej jeździła z cukrzycową młodzieżą jako lekarz na obozy. Szkoda, że nie przyjmuje codziennie, tylko na zmianę z inna lekarką , która jakoś nie bardzo ma podejście do dzieci i nie wzbudza zaufania. Fajna pani doktór kazała przytrzymać małej dietę , w razie czego od razu zgłosić się do lekarza ,a jak wszystko będzie dobrze to przyjść na kontrolę w piątek. Od razu kazała zapisać córcie na kontrolną wizytę ,na konkretną godzinę. SZOK. Normalnie w końcu pediatra , który z szacunkiem traktuje małego pacjenta i rodziców. SKARB , UNIKAT.

 Natka była na diecie jakieś półtorej dnia (na takiej ścisłej diecie), w zasadzie nic nie chciała jeść. Mówiła ,że nie jest głodna. Nie wiem ,czy nie byłą głodna ,czy bała się wymiotów. Mówiłam jej ,że musi coś zjeść. Jadła dosłownie po pół biszkopta , kilka paluszków , herbatniczka. Cukry były dobre. W końcu , ponieważ nie było ani wymiotów, ani biegunki, temperatura też przeszła to postanowiłam zrobić naleśniki. Wiem ,że to niezbyt mądry pomysł ,ale już sama nie wiedziałam ,czy mała się tylko? struła ,czy miała jelitówkę. Oczywiście większość pracy wykonała moja mała pomocniczka. Naleśnik został zjedzony. Żadnych kłopotów ze strony brzuszka, tylko cukry wybiło. Potem zamarzyły mi się krokiety i jak pomyślałam to zrobiłam. Krokiet również nie wywołał żadnych kłopotów żołądkowych , a i cukry były piękne. Ucieszyłam się ,że wszystko wróciło do normy.

W piątek poszłyśmy na wizytę kontrolną. Powiedziałam pani doktor ,że wszystko ok. , że już nic się nie przydarzyło. Doktórka kolejny raz dokładnie zbadała małą , porozmawiała z nią , powiedziała jej ,że od razu widać ,że dobrze się czuje ,bo ma dobry humorek.  Potem jak zaczęła mówić o tym ,że w takim razie możemy powoli wprowadzać inne produkty ,a ja przypomniałam sobie naleśnik i krokiet to myślałam tylko o tym ,żeby mała mnie nie wydała… Brzydko z mojej strony ,wiem. W końcu przy samym wyjściu z gabinetu doktórka coś powiedziała o jedzeniu ,a na to moja córcia zaczęła ,,no ja jadłam tylko…” i tu jej przerwałam. Najważniejsze ,że Natka zdrowa (tylko gardełko mamy psikać tantum verde). W tym samym dniu byłyśmy już ja judo. Nataszka ćwiczyła bardzo dzielnie. Po treningu kupiłam jej jajko z niespodzianką, była taka spragniona słodyczy. Staram się je jej ograniczać ,ale czasem chcę zrobić jej frajdę. Z takim smakiem zajadała to jajeczko i jeszcze fajna niespodzianka jej się trafiła. Jeżyk na choinkę. To był udany dzień. 

Podczas tej ,,przygody” najbardziej bałam się niskich cukrów ,że nie dam rady ich podnieść. Czuwałam kolejne noce ,żeby nie wywindować cukrów w żadną stronę.

KOSZMAR ZAGUBIONEGO SERTERA…

KOSZMAR. Cukry dzisiaj nawet w normie, ale po treningu judo i kolacji okazało się ,że cukier urósł do 311, pierwsza myśl ,,zmiana wkłucia”. Co pomyślałam to postanowiliśmy uczynić. Natka czasem usuwa stare wkłucie jeszcze przed zrobieniem nowego, osobiście wiem ,że powinno się to stare przetrzymać jeszcze przez dwie godziny (informacja od edukatorki) ,ale czasem Natka oderwie, bo np, coś ją swędzi ,albo ma taką potrzebę. Dzisiaj coś jej opornie szło , nasmarowałam wkłucie balsamem (muszę zakupić benzynę apteczną , która świetnie sobie radzi z wszelkim plastrami ,ale zawsze zapominam to zrobić) i pół plasterka odeszło. Mała pociągała za wkłucie chcąc je oderwać ,ale jakoś nie mogła , ja też dwukrotnie chciałam się go pozbyć , na nic. Nagle słyszę głos taty Natki ,,nie ma sertera ,nie widziałaś go?” . Nie widziałam… HORROR ,  wszystko jest gotowe, dziecko ma cukier powyżej normy , grożący kwasicą , wkłucie teoretycznie zapchane sztuk jedna , sertera brak… Biegaliśmy jak opętani po domu W POSZUKIWANIU tegoż skarbu , bo co innego można zrobić po 20:00  , kiedy najbliższy sklep , w którym można zakupić za grubą kasę (ale nie to jest głównym problemem, bo kasę jak trzeba wyrwie się spod ziemi dla dziecka ) nowiutki serterek jest już dawno zamknięty i znajduje się spory kawał od nas. 

WIDZĘ JEDNO WYJŚCIE. Podjechać z małą na oddział diabetologiczny , może tam jest jakiś serter. Chociaż pamiętam jak tam leżałam z małą ,że serter znajdował się w pokoju pielęgniarki edukatorki i był zamknięty na klucz. Jedna z dziewczyn miała sobie zrobić w nocy wkłucie ,ale ponieważ nie wzięła własnego sertera to podała sobie korektę z pena i musiała czekać do rana. Dla nas ostateczne wyjście. Mała panicznie boi się pena. Już widzę jej płacz , ucieczkę i oczy pełne żalu. Sytuacja się zagęszcza. Nie mamy numeru do pokoju pielęgniarek ,a na stronie kliniki nie ma. 

PANIKA. Nataszce udziela się nasz strach. Chodzi po domu i pyta nas ,,czy będzie żyła” , Boże… Mówię jej ,że pewnie ,że tak , że nie ma się co martwić ,że wszytko będzie dobrze. Robi mi się gorąco , strasznie boli mnie głowa. Mała uspokaja się i idzie rysować mi laurkę.

 Dom wywrócony do góry nogami, nie ma wyjścia , trzeba uruchomić pena. Na samą myśl gula rośnie mi w gardle, jestem wściekła na siebie ,że nie kupiłam dodatkowego sertera , ale to spory wydatek zawsze odkładany na później. Jeszcze tli się nadzieja. Mierzę cukier , spadł, chociaż pompa odłączona… Każę tacie Natki podłączyć pompę do starego ledwie trzymającego się wkłucia , puszczam korektę. Teraz szukam plastra ,żeby dokleić to co zostało ze starego wkłucia. Na szczęście plaster jest.

Nadal szukamy sertera. Może gdzieś się znajdzie. Nie ma. Tata Natki pamięta jak odkładał go do pudełka, w którym zawsze go trzymamy. Oboje jednak wiemy ,że musiał położyć go w inne miejsce ,bo nikt od ostatniego wkłucia (poniedziałek w nocy) go nie używał. Zaczyna się zastanawiać ,czy nie wyrzucił go do śmieci razem z igłą. Zaprzecza jednak temu z dużą pewnością. Ja jednak podejrzewam ,że chyba faktycznie serter jest w śmietniku ,a śmieci dawno wyniesione i wywiezione na wysypisko. Pomimo takich podejrzeń nadal go szukamy , mając ciągle nadzieję ,że gdzieś jest.

NADZIEJA. Mierzę cukier z dusza na ramieniu. SPADA!!!! SUPER!!! Perspektywa dostrzykiwania całą noc insuliny dziecku, które panicznie boi się igieł jest istnym koszmarem. Wiem , powinnam mieć w domu insulinę o długim czasie działania , przez długi czas ją miałam , a teraz nie mam. Nawet bym nie wiedziała ile mam jej podać , więc i tak bym musiała jechać na oddział z małą.

Nataszka pokazuje mi laurki, chwalę ją za super pracę. Mała rozkleja się , płacze ,że ona chce być dzidziusiem i nie mieć pompy ,bo jak była dzidziusiem to była zdrowa. Staram się ją zagadać , mówię jej ,że w sobotę pojedzie na basen i będzie uczyć się pływać. Uspokaja się. Przytulam ją. Myjemy ząbki i mała idzie spać. Cukier 67. Podaję sok. Pierwszy raz cieszę się ,że muszę podać sok. 

SERTERA NIE MA!!! Jutro tatę Nataszki czeka wyprawa po nowy sprzęt. Dobrze ,że taka niespodzianka nie przydarzyła się nam w piątek wieczorem , bo wtedy to już tylko wizyta na oddziale. Cieszę się też ,że to nie ja zawieruszyłam serter, bo by była afera na skalę światową , dlatego ja serter zawsze traktuję jak coś ,,świętego” i odkładam zawsze od razu na miejsce.  Zdarza mi się być roztrzepaną ,czy rozkojarzoną , szczególnie po nocnym czuwaniu ,dlatego mam zapas nakłuwaczy , glukometrów , lancetów, w razie gdyby… Ale robienie wkłuć to domena taty NATKI , chyba ,że nie mam wyjścia to robię to ja, a ponieważ on sądzi ,że jest taki poukładany to twierdził ,że nie potrzebuje zapasowego sertera. Najbardziej jednak się cieszę ,że nie udało nam się odkleić (nie wiem jakim cudem) tego starego wkłucia i że zadziałało!!!!

NAUCZKA. Dobrze ,że naszym kosztem ,a nie dziecka. Trochę nas pociągnie za kieszeń ten nie planowany wydatek ,ale dobrze ,że tylko na tym się skończyło. 

Mierzę cukier 107. Byle do jutra. 

 

ZAŁAMKA………………………

Cukry dzisiaj dobre. Ostatnie wkłucie do najlepszych nie należało. Dawniej najlepsze były pośladki i ich okolice do robienia wkłuć , teraz rączka i nóżka lepiej się sprawdzają. Zastanawiam się ,czy nie wezmę opakowania wkłuć z dłuższą kaniulą? Ostatnie wkłucia pozostawiły bardzo brzydkie ślady. Muszę przepisać u lekarki triderm w maści. Świetnie się sprawdza w takich sytuacjach. 

Tęsknię. To taka dziwna tęsknota , bo dotyczy normalnego życia dla mojego dziecka.Wyobrażam sobie jak zaprowadzam małą do przedszkola, dajemy sobie buziaka, podprowadzam ją pod salę i sama idę do pracy. Przyziemne? Nawet bardzo. Chciałabym dać mojemu dziecku ZDROWIE. Wygonić tą paskudę. Celebruję każdą sekundę życia sprzed zachorowania ,kiedy wszystko było takie łatwe, normalne, zwykłe. Pamiętam jak bardzo cieszyłam się po porodzie ,że jest zdrowa, że słyszy. Trzy najpiękniejsze lata naszego życia. Paluszki ,które kiedyś były obsypywane tylko całuskami teraz katuję nakłuwaczem. Można sobie wmawiać ,że to nie boli ,ale tak do końca nie jest. Pupka , rączki , nóżki muszą znosić dziesiątki wkłuć. Coraz więcej blizn , mimo największych chęci i maści przeciw nim. A jeszcze niedawno biegała beztrosko , nie znając bólu jaki odczuwa teraz po uwolnieniu sertera z wkłuciem. Kiedyś goniłam ją po całym domu , teraz mniej się boi ,ale wiem ,że ją to boli. Przed każdą zmianą wkłucia biegnie się załatwić. Wiem ,że to z nerwów i ze strachu. Potem czasem płacze , czasem odgrywa twardziela. A ja tak bardzo bym chciała ,żeby mogła się bez tego obejść. Dławię się w środku , wypełnia mnie nieopisany ból , poczucie bezsilności. Znowu zaczynam wyłapywać z pamięci momenty ,które mogły być zapalnikiem tego nieodwracalnego niszczycielskiego procesu i kolejny raz ogarnia mnie poczucie winy. Już nie zamęczam tymi pytaniami otoczenia, ale samą siebie. Jak to się stało? Dlaczego?  Może gdybym… 

Nataszka zadaje coraz częściej pytania ,, a gdyby nie cukrzyca to mogłabym…” ? i tu padają propozycje. Staram się minimalizować takie jej przemyślenia. Nie chcę ,żeby czuła się inna. Ale ona bardzo dobrze wie ,że ta choroba ją ogranicza. Już nie raz płakała po przyjściu z przedszkola ,że czegoś nie mogła przez tą głupią cukrzycę. Wczoraj miała wysoki cukier po obiedzie w przedszkolu, nie jadła nic od 12:00 do 18:00 , była poddenerwowana. Płakała. Początkowo tata Natki myślał ,że ten cukier wybił po wyłączeniu bolusa przedłużonego , ale raczej chodziło o wkłucie. Po zmianie wkłucia na razie spokój. 

Życie z cukrzycą to taka nieustająca walka. Ludzie ,którzy nie mają z nią styczności nie są w stanie sobie wyobrazić jak ciężką batalie każdego dnia prowadzą mali i duzi diabetycy. Nieustające i wszechobecne jest  zagrożenie hipoglikemią , która jest efektem ubocznym dążenia do cukrów idealnych. Strach przed powikłaniami , które często prowadzą do… . Im wcześniej cukrzyca zapanuje nad ciałem  tym większe  ma szanse na spustoszenia organizmu. Wkurza mnie ten cały układ odpornościowy , że zaprogramował organizm na autodestrukcję. Czemu nie ma żadnego ,,przycisku bezpieczeństwa” , komórek ,,naprawczych”. A niby jesteśmy tacy doskonali.