Miesięczne Archiwa: Czerwiec 2016

Nie zawsze ma się to na co ma się ochotę…

Jak ja nie cierpię tej całej cukrzycy. Są dni, kiedy wmawiam sobie nie jest aż tak źle ,ale generalnie nie marzę o niczym innym jak tylko o leku na to dziadostwo.

Jest mi smutno, chciałam zrobić córci frajdę i zafundować jej chociaż jedne zajęcia w stadninie koni. Niestety nie ma zupełnie orientacji w terenie i sama obawiam się ,że nie znajdę tego miejsca, a tata Natki zrobił masakryczną aferę o to ,że zapisałam Natkę na taką wizytę. Była taka szczęśliwa, pewnie będzie jej strasznie smutno jak się dowie o odwołanej wizycie. Postaram się dowiedzieć sama jak tam dojechać i wtedy na spokojnie spróbuję ją umówić. Żałuję tylko ,że narobiłam jej nadzieję. Nie rozumiem też taty Natki, czasem jest ok, a potem potrafi mi ,,wyrzygać” ,że był z Natką tu czy tam i robi to w taki sposób, że wydaje mi się ,że robi mi nie wiadomo jaką wielką łaskę i przysługę. Chore to , przecież to też jego dziecko. Niby podjedzie z nią czasem gdzieś ,ale ile to mnie kosztuje nerwów , proszenia to tylko ja wiem. Słabe to wszystko. Widzę ojców, którzy bez problemu wożą swoje dzieci na różne dodatkowe zajęcia , pełni dumy i radości. Zazdroszczę tego. 

W zeszłym tygodniu byłyśmy z klasą Natki w kinie na ,,Angry Birds”. Zakupiłam córci popcorn, Cukier przed seansem i popcornem nieco ponad 80. Pomyślałam podam insulinę jak cukier zacznie rosnąć (nie wiem co mną kierowało) , niestety jak zaczął rosnąc to wybił na prawie 200 zanim podana insulina zaczęła działać. Bajka była bardzo fajna. W sali kinowej była tylko nasza klasa, więc warunki jak w prywatnym kinie. Podobało mi się , Natce też , już zaplanowała kolejną wizytę w kinie , tym razem na ,,Alicję po drugiej stronie lustra”. Po kinie MC Donald , obowiązkowe lody dla dzieci z pieniędzy klasowych, a potem co kto lubi. Moja wybrała zestaw. Co jak co ,ale apetyt to córcia ma. Niestety po takiej porcji przysmaków, a może przez nie całkiem dobre wkłucie cukry do idealnych nie należały. Fajnie jest tak razem wyjść do kina. Fajnie tak czasem oderwać się od codziennych trosk (no nie całkiem oderwać, bo cukrzyca nie daje takiej możliwości ,ale chociaż choć na moment odwrócić od niej uwagę).

Po powrocie z kina obowiązkowy dyżur na podwórku, coraz częściej Natka zauważa ,że cukrzyca ją ogranicza. Nie puszczam jej jeszcze samej, bo boję się ,że nie wyczuje niskiego cukru , albo zamiast być pod blokiem poleci gdzieś z koleżankami. Nie może iść zaproszona do koleżanki ,bo mamusia by musiała iść razem z nią . co nie zawsze wchodzi w grę. Czy jestem nadopiekuńcza? Hmmmm ,  nie sądzę. ale lubię mieć małą pod kontrolą, co nie znaczy ,że biegam wszędzie za nią. Ona bawi się gdzie i z kim chce ,a ja co jakiś czas pytam (najczęściej krzycząc, bo jak to z dziećmi bywa lubią zabawy z dala od ciekawskich  dorosłych) ,,jak się czuje” , na co moje dziecko odkrzykuje często z odległych krzaków ,,żyję”. Co jakiś czas wołam ją do pomiaru cukru i przyznam ,że czasem łapę ją na niskim cukrze, ostatnio miała po takim ,,przywołaniu” cukier 68 ,a nic nie mówiła ,że jej słabo. Wypiła sok, zmniejszyłam dawkę i mała ruszyła dalej bawić się z dzieciakami.

,

 

Cukier na teraz 172… Nie urywa wiadomo czego. Ale wstrzymam się z korektą. Chyba rano zmienię wkłucie.

Wkurza mnie to ciągłe walczenie o cukry, te ciągłe huśtawki, ta ciągła niepewność przy pomiarze. Nigdy nie wiadomo jaki będzie wynik. Czasem mnie to wszystko tak przygnębia, że wydaje mi się ,że jestem w pułapce bez jakiegokolwiek wyjścia. Wydaje mi się ,że się duszę. Tak bardzo mi żal córeczki , jak sobie pomyślę co ona musi przechodzić , i że nie mogę w żaden sposób sprawić ,żeby wyzdrowiała to czuję taką niemoc , tak jakbym zatapiała się w bezkresnej pustce. Nagle jest mi smutno , jestem zniechęcona i wydaje mi się ,że wszystko jest do kitu. Oczywiście staram się nie uzewnętrzniać swoich odczuć. Duszę to wszystko w sobie. 

Okulistka ,która zadziwia.

Natka od jakiegoś czasu ma małe problemy z oczkami. W zasadzie nie wiem do końca, czy coś jest z oczkami czy sobie coś umyśliła.  Zaczęło się od tego ,że w jeden dzień wtarła w oczka preparat przeciwko komarom, a na drugi dzień preparat do opalania… Oczko strasznie łzawiło , po zakropieniu lekiem na receptę przestało. Niby wszystko było ok.  

W międzyczasie miałyśmy wizytę kontrolną u pediatry , więc opowiedziałam o oczku. Lekarka dała skierowanie do okulisty , a oko po wyjściu id lekarza przestało doskwierać. Zauważyłam w kąciku oka coś co mnie zaniepokoiło ,ale jest to podobno miejsce z którego wyrastają rzęsy (w drugim oczku tego nie ma). W końcu w tą środę wybrałyśmy się do okulisty. Nic w oczku nie znalazła i zrobiła kompleksowe badania. Oczka są ok. Tylko jedno ma małą nadwzroczność, mamy przyjść w sierpniu sprawdzić ,czy będą potrzebne okularki.Przepisała kropelki do oczów , bepanthen  eye (dostępne bez recepty) ,które zakupiłam w aptece mającej  teoretycznie najlepsze ceny na leki , ale oczywiście okazało się ,że akurat  nie w przypadku tych kropli…   Najbardziej jednak pani doktor ,,urzekła mnie” tym ,jak na moje pytanie co mała ma w kąciku oka odpowiedziała – UWAGA CYTUJĘ- ,,To jest oko, nie grzebmy w nim”. Zdębiałam!!!!Przecież sama nie grzebię ,tylko przychodzę po pomoc do specjalisty  z kilkudziesięcioletnim stażem (sądząc po wieku) . Gdyby tak do sprawy podchodzili wszyscy lekarze, to w zasadzie służba zdrowia by padła. Postanowiłam ,że chyba jeszcze z kimś to muszę skonsultować, może jednak jakiś lekarz okulista ,,pogrzebie” w oku. Dodam ,że nie dostałam żadnej kartki zwrotnej dla pediatry ,więc znowu będzie draka i poruszenie ,ale czy to moja wina ,że specjaliści nic nie wypisują? 

Po okuliście spędziłyśmy cały dzień włócząc się po mieście. Natka okorowała loda ,a potem zestaw (wiadomo chyba jaki) , wybrała figurkę z wściekłym/zagniewanym ptakiem , kupiła sobie 4 klockowe ludki minecraftowe  po ,,pięcioku” , nalegała jeszcze na poduszkę ,,kupę” za którą była gotowa oddać mi pieniądze, jednak stanęło na tym ,że może następnym razem , i że może nie kupa a inny emotikon. Ogólnie było superowo. Nie chciało nam się wracać do domu. Cukry tego dnia też były genialne , więc generalnie dzień był superowy.

W czasie ,w którym my świetnie bawiłyśmy się , nasz pies emeryt miał usuwaną jakąś brodawkę  z powieki oka (drugi raz). Na szczęście wrócił do nas w jednym kawałku ,ale ponieważ nic nie jadł cały dzień (zalecenie weterynarza) strasznie marudził. W nocy spać się nie dało. Poszedł nawet wyszwuniać czy czegoś nie ma w koszu na śmieci. Tak się trzaskał ,że w końcu wstałam  i moim oczom ukazała się otwarta szafka na kosz na śmieci i wystający z niej psi ogon (kosz był w myciu). Po wyjęciu z szafki  głodnego psiego emeryta , merdającego ogonem , okazało się ,że do pyszczka ma przyczepiony listek cebuli. Wyglądał przeuroczo. Dał mi popalić tej nocy, nie dość ,że trzeba mierzyć cukry córci to jeszcze zasnąć się nie dało , bo psi dziadziuś marudził  głodny. Na drugi dzień mieliśmy jechać po lekcjach z klasą Natki do kina. Ale to już inna historia. 

Oszczędności? ;)

Wczorajsza wycieczka rowerowa była bardzo udana. Nataszaka  za mną tęskniła, nawet uroniła łezki. Przejechali w sumie ok. 30 kilometrów. Cukier rewelacyjny , jednak wypiła przy okazji sporo soków i coli. Tata Natki zapomniał ,że w pompie jest coś takiego jak ,,ustawianie dawki tymczasowej” , którą w takim przypadku osobiście ustawiłabym maksymalnie na 50% (a może i niżej ,gdyby cukry nadal były niskie). Następnym razem będzie lepiej. 

Po powrocie do domu (a było już dobrze po 21:00) , Natka wzięła szybką kąpiel zjadła jogurt (na który podałam insulinę) i poszła spać. Dwa razy musiałam podać jej w nocy sok, bazę ustawiłam na 40%. Rano bałam się ,że cukier za bardzo wybiło (przez niską bazę) ,ale nie było źle-111. Natka była mega wykończona wczorajszymi atrakcjami i tak smacznie spała ,że niepedagogicznie postanowiłam ,że pójdziemy na 3-cią lekcję. W sumie już jest prawie koniec roku, testy pozaliczane ,więc nie miałam wyrzutów sumienia.Na spokojnie zjadła sobie śniadanko. Przed wyjściem do szkoły okazało się ,że cukier jest dosyć niski ,więc dojadła sobie pół jabłka ,a w szkole okazało się ,ze nadal jest nisko (oczywiście bez jakiegoś wielkiego spadku ,ale na moje wyczucie zbyt niski jak na ten okres po posiłku). zmniejszyłam bazę ,wypiła pół soku i poszła na lekcję. Na przerwie , przed zajęciami fizycznymi potocznym wuefem (chyba dobrze piszę) okazało się ,że ma cukier 96. Dostała bez dodatkowej insuliny jabłuszko.  Bałam się ,że w końcu znowu za dużo podskoczy nam ten cukieras,ale na całe szczęście NIE. Po zajęciach wuefu cukier 86 , a ponieważ kanapki zostały w domu w lodówce , więc poszłyśmy do sklepiku zamówić tosty. Natka szpanowała nimi jak szalona. Była taka dumna jak koleżanka powiedziała ,,o masz tosty , do tego dwa”. Tym razem nie obyło się bez insuliny. Tosty zostały skonsumowane przed ostatnią lekcją. 

Po szkole postanowiłam iść na zakupy. Z przyczyn ekonomicznych podzieliłam je na dwie tury (w każdym sklepie coś ma lepszą cenę). Skończyło się na tym ,że Natka wyprosiła jakieś nowe cukierki czekoladowe ,wielkości tic-taków w opakowaniu z Małymi Kucykami , jakieś puddingi (nie wskazane, zabronione ,więc pewnie smaczne) i loda (na niski -ale nie bardzo-cukier). Nie żałuję jej ( ale wolałabym ,żeby wybierała jakieś zdrowsze rzeczy) , ona sobie to wszystko podzieli , bywa zapalczywa na jedzonko ,ale wie ,że musi uważać z takimi słodyczami. Większość mamb z dnia dziecka leży przy telewizorze,  a spora ilość lizaków ,żelków itp. zakupionych ,bo inne dzieci kupowały leży w szafie w reklamówce, mała kupuje coś a potem na szczęście o tym zapomina. Musimy uważać z takimi przysmakami , nawet nie tak bardzo ze względu na chorobę (bo odpowiednio przeliczone słodycze nie wybijają nam cukru) ,ale ze względu na tendencję do tycia , a co za tym idzie na możliwość wystąpienia insulinooporności. Wracając do wątku głównego ostatecznie nie zaoszczędziłam nic, chociaż w sumie  ujmę to inaczej, zaoszczędzone pieniądze wydałam na przyjemności dla córeczki, więc obie jesteśmy zadowolone.

Ruch to zdrowie.

Nataszka ma dziś bardzo intensywny dzień z tatą. Rano pojechali na basen. Przed wyjściem cukier 85 ,więc wypiła mleko czekoladowe. Co za gratka. Po basenie wycieczka rowerowa i to nie byle jaka , przejadą kilkadziesiąt kilometrów w obie strony. Pojechali ze znajomymi ,więc mają jeszcze grillować. Cukry idealne. Kolejny raz potwierdza się ,że cukrzyca boi się ruchu. Pewnie padnie jak wróci. Mam nadzieję ,że w nocy nie będzie żadnych spadków. Uwielbiam tak patrzeć na nią jak jest szczęśliwa. Wyglądałam z okna i widziałam jak zaiwaniając na rowerze śpiewa ,,życie jest czadowe” -to lubię. 

Od dwóch miesięcy córcia chodzi na tańce. Późno zdecydowaliśmy się i zostały tylko miejsca na dancehall-u ,ale Natka zadowolona ,więc ja też. Już dawno zrezygnowała z judo ,więc nie będzie Olimpijskiego medalu , teraz zapewne zostanie wybitną tancerką światowej sławy. Widzę ,że taniec bardziej jej odpowiada. Miała już dwa występy , jestem taka dumna. Cukry w czasie treningów są idealne. 

Niedawno był dzień dziecka , oczywiście obchodzony w szkole bardzo ,,cukierkowo” ,a Natka jak na złość obudziła się z wysokim cukrem , który nie chciał odpuścić. Biedna chodziła z olbrzymią paczką mamb , dwoma krówkami i kawałkiem czekolady po szkole. Trochę się buntowała, ale wie ,że to dla jej dobra. Cukier nie chciał spaść ,więc poszłam do domu po nowe wkłucie , po czym okazało się ,że cukier spadł… Widocznie stare wkłucie się wystraszyło. Zjadła upragnione gumy i cukier był oki. Dodam ,że w pośpiechu nie mogłam znaleźć psikacza ze środkiem odkażającym  ,więc wzięłam gaziki i małą buteleczkę alkoholu (też służącego do odkażania ,jak zapodzieję gdzieś owy psikacz) . Mina niektorych bezcenna .kiedy Natka z rozpędu na przerwie wyjęła buteleczkę. Na szczęście wcześniej rozmawiałam na temat odkażania i śmiałam się ,że czasem przy łóżku leży mi butelka z alkoholem ,kiedy wymieniamy wkłucie w nocy i wygląda to dosyć jednoznacznie. Oczywiście pośmiałyśmy się ,że teraz już wiedzą czemu daję radę wysiedzieć w szkole ,a jedna z nauczycielek zażartowała ,że też skorzysta. Zabawnie było ,a że cukier spadł to uśmiałam się przednio. Nie wiem skąd ten wysoki cukier u Natki. Może była podekscytowana ,bo jej obiecałam ,że na trzy ostatnie lekcje (miała je ze swoją wychowawczynią) zostanie sama w szkole. Paplała o tym przez całą drogę do szkoły. Niestety nie udało się. Było jej przykro ,ale przecież w tym tygodniu możemy spróbować.