marzec diabetologia

dzieci do wszystkiego się przyzwyczają???

CD DIABETOLOGIA
Przenoszę się w tamtem okres i od razu mam łzy w oczach.
Widzę moje cierpiące dziecko i naszą bezradność. Pamiętam jak odłączali ją po kolei od różnych urządzeń. W końcu mogła sama wstać i iść na własnych nóżkach. Do tej pory mam w oczach obraz jak Natusia stara się iść korytarzem i jak chwieje się ,podpiera o ściany,ale dzielnie IDZIE.. Doszła do dyżurki pielęgniarek i poszła im powiedzieć ,że ona chodzi , naprawdę chodzi…
Nie wiedziała jednak ,że teraz już zawsze będą potrzebne zastrzyki (lub ,DZIĘJI BOGU pompa insulinowa) ,żeby mogła żyć. PAMIĘTAM KAŻDY ZASTRZYK. Błagalne spojrzenie mojego dziecka ,jej wyrywanie się ,przeraźliwy krzyk i płacz podczas zastrzyku. Beznamiętne słowa pielęgniarek ,,przyzwyczai się , dzieci do wszystkiego się przyzwyczają”. Ale ja nie chcę,żeby ona musiała się do tego wszystkiego przyzwyczaić, chcę jak dawniej. Chcę normalności.
Nie potrafiłam pogodzić się z bólem i cierpieniem mojej córeczki. Perspektywa 6 iniekcji dzienni (1x insulina długodziałająca , na której stosowanie musiałam wyrazić zgodę ,bo nie była przeznaczona dla tak małych dzieci ,ale rodzice ,żeby zmniejszyć ilość ukłuć podpisywali zgodę na jej stosowanie , 5x insulina doposiłkowa).6 iniekcji jeśli wszystko dobrze, bo w przypadku złego cukru ilość iniekcji wzrasta… Do tego kłucie paluszków do pomiaru cukru i dieta ,normalnie idealne życie dla 3-letniego dziecka.Nie potrafiłam tego wszystkiego ogarnąć , płakałam jak bóbr, wstyd przyznać,ale zdarzało się, że Nataszka biegła do pielęgniarek mówiąc ,że mama płacze. Wiem ,że powinnam być dla niej dzielna i silna ,ale nie potrafiłam.
W zasadzie moje dziecko jest dla mnie wszystkim co mam, co mi się w życiu udało ,tak bardzo cieszyłam się ,że urodziła się zdrowa i dobrze się rozwijała. Nie jestem piękna, majętna ,nie mam w nikim 100% oparcia, moja mama zmarła jak miałam 18 lat, rodzeństwo ma mnie i moją córeczkę w dupie, czuję się niesamowicie samotna z tym wszystkim.

,,Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic … nic
Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil” -te słowa towarzyszyły mi przez cały pobyt na oddziale, w zasadzie muzyka ,,DŻEMU” grała mi w uszach , nie potrafiłam się pozbyć słów tej piosenki , a one sprawiały ,że jeszcze bardziej ryczałam ,bo przypominałam sobie sytuacje sprzed zachorowania małej ,kiedy np. na nią za coś krzyczałam ,albo byłam niecierpliwa w stosunku do niej ,a teraz to wszystko do mnie wracało i mnie przygnębiało , tak bardzo teraz pragnęłam ,żeby było jak dawniej ,żeby mi znowu dokuczała,żeby mi uciekała, bo teraz z perspektywy czasu ,były to najlepsze i najbardziej beztroskie chwile mojego i jej życia , były to te nasze ,,najpiękniejsze chwile” ,które miały już nie wrócić (tak wtedy myślałam).

Na oddziale spędziłyśmy prawie 3 tygodnie. Dokładnie nie pamiętam, bo będąc tam dni mijały mi bezimiennie, nie znałam dni tygodnia, dat ,bo one mnie nie interesowały. Ważne były szkolenia i dowiedzenie się jak najlepiej prowadzić dziecko z cukrzycą.

chore dzieci są bardzo dzielne, bo muszą wcześniej dorosnąć

cd
Kolejny ranek bez Nataszki w domu. Pustka , lęk ,smutek i żal. Paweł poszedł ze sobą do lekarza, bo na nasze szczęście leczył się na kręgosłup i w tamtym czasie był na zwolnieniu. Czekałam na niego , bo chciałam jak naszybciej pojechać do Nataszki, zapakowane torby od poprzedniego dnia leżały w bagażniku i miałam nadzieję ,że tym razem już przeniosą małą na inny oddział i będę mogła z nią być. Nagle zadzwonił telefon , byłam bardzo przestraszona, a w słuchawcew głos lekarza, na szczęście z dobrymi informacjami ,że córcia już obudzona czeka na nas ,pyta o mnie i płacze. Ucieszyłam się i powiedziałam ,że przyjadę najszybciej jak to będzie możliwe ,na szczęście wrócił Paweł więc bez zastanowienia ruszyliśmy do naszej córeńki. Tak bardzo żałowałam ,że nie pojechaliśmy wcześniej , ale Paweł musiał iść na kontrolę.
Po przyjeździe do szpitala okazało się ,że córcia jest na diabetologii. Szybko się tam udaliśmy. Jak mnie zobaczyła to powiedziała ,,zostawiłaś mnie mamusiu”… , serce mnie zabolało, ale wytłumaczyłam jej ,że nie mogłam być z nią na OIOM-ie ,ale teraz już będziemy razem. To ją uspokoiło ,a ja tak bardzo się cieszyłam ,że mogę z nią być, przytulić ją , pogłaskać , wycałować i pocieszyć. Chociaż sama byłam mega przygnębiona. Takie dziwne uczucie mną miotało ,z jednej strony z powodów oczywistych cieszyłam się ,że Natusia lepiej się czuje , ale świadomość tego ,że już nigdy nie będzie jak dawniej strasznie mnie przygnębiała. Na sali były jeszcze 3 osoby , dwoje pacjentów , chłopak i dziewczynka i ojciec tej dziewczynki , oni byli na badaniach kontrolnych. Pan tata powiedział ,że Nataszka się denerwowała , bo każdy kto do niej przychodził mówił jej ,że ma fajną małpkę i pytał o imię małpki ,a ona z uporem odpowiadała ,że małpka nazywa się Małkpa. Wyjęłam książki, które dla niej przywiozłam i czytałam bajeczki . Wtedy najchętniej słuchała bajki o słoniku DUMBO, a mnie ta bajka wtedy zasmucała, bo opowiadała o inności , odmienności , nie akceptowaniu i wyśmiewaniu ,,inności”.
Nataszka byŁa taka dzielna, taka posŁuszna, baŁa się nawet ruszyć , przesunąć. Mam żal do pielęgniarek ,bo nie powiedziały mi co mogę przy niej robić i sama bałam się ją przesuwać, inaczej kłaść , sama się kapnęłam ,że mogę ją troszkę poprzesuwać .Pamiętam starszą pielęgniarkę, bardzo fajna kobieta, powiedziała Nataszce, że jak ta będzie jadła , to będzie silna i niedługo jej to wszystko poodłanczają i jak ona będzie miała kolejny dyżur to Nataszka będzie już chodziła. Natusia chyba nie bardzo w to wierzyła.
Była taka słabiutka, bała się mierzenia cukru. Nie zapomnę jej płaczu przy każdym pomiarze.
w nocy też pielęgniarki mierzyły cukier , Nataszka wybudzała się za każdym razem i w ciszy korytarzy szpitalnych słychać było jej przeraźliwy płacz i krzyk. A ja nie mogłam w żaden sposób jej pomóc, wiedziałam ,że te wszystkie czynności są konieczne, ale czemu to wszystko ją spotkało??? Ona jest taka malutka, jeszcze nic w życiu nie użyła, całe życie przed nią.

Pamiętam zeszłoroczny DZIEŃ KOBIET, Nataszka była jeszcze podłączona do szpitalnej pompy infuzyjnej , nie mogła chodzić, i bała się ,że tak będzie zawsze. Ja bałam się momentu odłączenia od tegoż urządzenia, bo wiedziałam ,że wtedy w użycie pójdą peny. Tata Nataszki przyniósł po bukiecie tulipanów. Włożyłam je do słoików. Nataszki tulipany początkowo lekko oklapły.Potem jednak podniosły się i ja w swojej naiwności miałam nadzieję ,że to taki znak ,że moje dziecko wyzdrowieje… Swoją drogą zeszłoroczne kwiaty trzymały się bardzo długo, nawet panie pielęgniarki nie dowierzały ,że to wciąż te same.
Nie mam żadnych zdjęć z tamtego okresu , nie chciałam mieć takich wspomnień, wystarczy mi obraz w mojej głowie i pamięć każdej sekundy z tamtych dni.