wspomnienia marzec 2012 dom

,,zabijcie mnie” —słowa 3 letniej dziewczynki…

marzec 2012 wspomnienia. Powrót ze szpitala do domu.

Powrót do domu z penami to była masakra. Przyjechała do nas mama taty Nataszki , również chora na cukrzycę. Podawaliśmy małej zastrzyki na zmianę, babcia Natki też została do tego wmanewrowana, ja spasowałam… Nataszka za każdym razem uciekała, chowała się ,płakała. Ale tutaj jedynym wyjściem było zrobienie zastrzyku , innegoi wyjścia nie było ,ale jak powiedzieć to 3 i pół letniemu dziecku , tzn. jak taki maluszek ma to zrozumieć , że najbliższe mu osoby robią mu ,w jego mniemaniu krzywdę. Kiedyś znajdowała w moich ramionach ukojenie , teraz moje ramiony trzymały ją w uścisku , żeby można było podać hormon ratujący jej życie. Nie wyobrażałam sobie takiego życia dla niej… Babcia Natki starała się nas pocieszać, ale jej słowa sprawiały nam jeszcze większy ból i trafiały w ścianę,a nie do naszych zmaltretowanych krzykiem ukochanego i jedynego dziecka, uszu.
Wiem ,że wiele razy uraziłam mamę Pawła ironizując z jej dobrych rad ,ale wtedy inaczej nie potrafiłam , bo np. na słowa ,że Natka przecież będzie mogła zjeść wszystko ,tylko z odpowiednią dawką insuliny i przy dobrym cukrze mówiłam- no faktycznie, będziemy mówić do Natki ,że jak przebiegnie dookoła bloku i spali cukier to dostanie batona…
Widziałam na oddziale dzieci , które dużo czasu spędzały będąc w ruchu , który sprzyja dobrym cukrom i bolało mnie to ,że tak muszą ,a nie chcą…
Sport sprzyja lepszym cukrom (oczywiście przy odpowiednio dobranej dawce insuliny). Oczami wyobraźni widziałem te dzieciaki , które ćwiczą nie dlatego ,że sprawia im to przyjemność ,ale np. po to ,żeby zjeść batonik , napić się coli… Ludzie nie wiedzą jak to jest , nie zastanawiamy się nad tym co i jak dzieje się z jedzeniem, jemy i tyle.
Moja córeczka tak wiele sobie obiecywała w związku z powrotem do domu , dom miał być jej oazą ,końcem tego co w szpitalu , a w domu okazała się, że koszmar trwa nadal. Pamiętam jej oczy przy pierwszym zastrzyku domowym. Nie było to spojrzenie mojej słodkiej księzniczki , zawsze pewnej siebie, hardej, były to oczy pokrzywdzonego przez los dziecka . Oczy pełne bólu , pretensji ,żalu i smutku. Serce podchodziło mi do gardła ,chiałam ,żebyśmy obie ,,nie istniały” ,jeśli tak ma dalej być… Czekałam tylko na pompę insulinową odliczając każdy dzień . Dni dłużyły się niemiłosiernie. Nataszka miała bardzo duży apetyt, organizm nadrabiał straty ,kiedy bez insuliny głodował.Potrafiła dosłownie ,,wchłonąć” dużą ilość jedzenia, a za chwilę znowu być głodna. Niestety w cukrzycy nie można sobie jeść od tak sobie, kiedy ma się na to ochotę , więc musiałam jej odmawiać. Zdarzyło mi się zobaczyć jak zbiera okruszki z dywanu… Nie da się opisać co wtedy czułam… Wszystkie ubrania wisiały na córci , tak schudła. Kiedy poszłyśmy pokazać się w przedszkolu panie nie wierzyły ,że Natka taka chuda , normalnie sama skóra i kosteczki. W grupie przedszkolnej Natki była już od września dziewczyna z cukrzycą-Marysia , pamiętam jak było mi strasznie żal tej małej dziewczynki , powiedziałam Pawłowi ,,zobacz jaka biedna i dzielna” , nie spodziewałam się,że za pół roku moja córcia będzie w takiej samej sytuacji.Myślałam jednak ,że skoro panie zajmują się Marysią to musiały przejść specjalne szkolenie, niestety okazało się, że nie i w zasadzie Marysia była cały czas zagrożona , jej mama pracowała obok przedszkola w szkole i przychodziła podawać insulinę ,nawet dzwoniono do niej ,żeby przyszła podać glukagon jak Marysia traciła przytomność, bo nie przeszkolone panie doprowadzały do jej odcukrzenia!!!!! Kilkakrotnie interweniowała karetka, a wystarczyła odrobina dobrej woli i chęci pomocy… Dla mnie to podłe i trzeba nie lada tupetu i braku wyoberaźni ,żeby przyjmować do przedszkola dziecko z cukrzycą ,bo tak wypada,a potem mieć wszystko w dupie!!! Mama Marysi od nowego roku przedszkolnego przeniosła ją do przedszkola obok swojego miejsca zamieszkania i tam znalazła przedszkole z prawdziwego zdarzenia. Ja zostałam w tym , starałam się walczyć o szkolenia itp. Dyrekcja okłamywała mnie, że nie dostała ofert ze szkoleniem , tylko czemu w jednej z ropzmów wyszło ,że te,,kilkaset” złotych za szkolenie to dużo?? Potem dowiedziałam się,że to nie jest obowiązkiem nauczyciela mierzyć cukier (prosiłam o 1 pomiar!!!!) ,inne czynności bym wykonywała sama , ale potem poddałam się. Kazano mi pisać skargi do kuratorium itp , ale jak potem zostawię dziecko wśród ludzi , którzy jej nie chcą i nie tolerują jej obecności , dla których jest jak ,,wrzód na dupie” , w końcu jednego takiego wrzoda już się pozbyły… Proponowano mi przeniesienie małej do innego przedszkola,ale co to za interes dla mojej córki budzić ją skoro świt , czekać na przystankach tramwajowych ,żeby w zimę marzła?? Wolę już siedzieć z nią w tym przedszkolu blisko domu ,bo na to samo nam wyjdzie…

Pamiętam pierwszą wizytę kontrolną po szpitalu w poradni diabetologicznej. Nie zapomnę jej z prostego powodu , moja córka po zastrzyku z pena w gabinecie pani doktór zaczęła krzyczeć ,,ja tak nie chcę , ZABIJCIE MNIE”… Doktórka spojrzała wymownie, ale nie powiedziała nic, mnie zamurowało , szok , nie wiedziałam ,że 3 i pół letnie dziecko może wypowiedzieć takie słowa… Aż teraz mam gęsią skórkę na rękach i chce mi się wyć…

Na kilka dni przed planowanym podłączeniem pompy Nataszka odmówiła jedzenia. Nie chciała jeść dosłownie nic!!! Zrozumiała ,że jedzenie=zastrzyk i odmówiła jedzenia. Nie pomogło wspólne pieczenie jej ukochanych babeczek , pozwalanie jej na jedzenie czego chce i co lubi ,nawet happy meala nie chciała jeść… Wzięła hamburgera do ręki ,ale ja objęłam ją ręką , w której miałam karteczkę zwiniętaq w rulon i ona pomyliła to z penem i odłożyła hamburgera…
Kolejna sytuacja, Natuśka zasypia. Coś mnie tknęło ,żeby zmierzyć jej cukier. Mój tata mnie ochrzanił ,że ją budzę ,a tu cukier 34!!! Jakoś udało mi się ją wybudzić, na wpół przytomna wypiła sok ,nie chciała pić ,ale ją zmusiłam!!! Potem chciałam iśc do lekarza ,ale okazało się ,że pediatry już nie ma, do szpitala nie mogłam jechać, bo nie miałam skierowania. Zadzwoniłam na pogotowie i tam dowiedziałam się,że jeśli nie ma pediatry to mogę iśc do innego lekarza, nawet dla dorosłych ,bo musi być w przychodni lekarz, który sprawuje pieczę nad zdrowiem pacjentów. Mam zarządać przyjęcia. Poszłam więc tam , lekarz zgodził się przyjąc Natkę, wypisał skierowanie do szpitala . Pojechaliśmy więc na dyżur pediatryczny ,ale jak byliśmy na miejscu to już było lepiej (pewnie cukier z soku zaczął działać).puszczono nas do domu , dodam ,że Natka skarżyła się na bóle brzuszka, ale nic niepokojącego nie stwierdzono. Dzwoniłam z tym problemem pod podane w szpitalu po szkoleniu numery telefonu , niby miała być taka ogromna pomoc,a zostałam totalnie olana!!!! Natka była taka słaba, nie podawałam insulinydo posiłku ,bo nie było takiej potrzeby , wystarczyła insulina bazowa.Natka czasem zjadła parę paluszków, bo miała obiecane ,że nie będzie zastrzyku (i nie było) i dawałam jej do picia odrobinę soku czy coli z cukrem ,żeby nie wpadła w ketony głodowe. Insulina wystarczała ta bazowa. W takich kombinacjach wytrwaliśmy do upragnionego poniedziałku , nie mogłam się doczekać ,kiedy zobaczymy jak bedzie z pompą, która była dla mnie czymś co może pomóc mojemu dziecku , czekałam na tą pompę ,bo w tamtym okresie było to dla nas takie ,,być albo nie być”.