babcia

TO był bal , na sto par :) Szczęście cukrowej księżniczki :)

I po balu. Nataszka była najpiękniejszą księżniczką jaką można sobie wyobrazić. Stała dumnie na scenie i pytała co chwilę ,,mamo ,a gdzie dziadek”? Na szczęście dziadek dotarł na czas, bo inaczej chyba by przedstawienie się nie odbyło , bo Natka nawet jak pani dyrektor zaczęła przemawiać zadawała to samo pytanie ,,mamo , a gdzie dziadek”. Dopiero jak go zobaczyła to się uśmiechnęła i uspokoiła. Swoją drogą nie miałam pojęcia ,że aż tak bardzo zależało jej na obecności dziadka. Dobrze ,że zdążył. W tym roku przedstawienie zaczęło się nieco wcześniej stąd jego spóźnienie. Nataszka pięknie wyrecytowała swój wierszyk , była taka dumna , my też pełni zachwytu wpatrywaliśmy się w naszą małą królewnę. Potem pierwszy pokazowy taniec w wykonaniu przedszkolaków i w końcu pan Heniu* zaczął karnawałową zabawę w przytupem (*pan Heniu-gra co roku na wszystkich przedszkolnych imprezach na syntezatorach , złośliwi twierdzą ,że gra za głośno i dzieci się boją).

Bal połączony był z obchodem święta babci i dziadka ,więc od razu wcześniej wymienieni zostali obdarowani przez swoje wnuki pięknymi prezentami wykonanymi przez dzieci z pomocą pań ,albo raczej przez panie z pomocą dzieci. W każdym razie każdy był zadowolony. 

Jedynym minusem w tym wszystkim był cukier Nataszki po występach , glukometr pokazał ponad 400. Nie wiem co zawiniło , bo było mnóstwo czynników, choćby stres związany z występem (Natka mówiła ,że jej się rączki aż trzęsły) , czy strach ,że dziadek nie przyjdzie ,czy czysto cukrzycowe problemy , falt faktem ,że poszła solidna korekta i Nataszka nie mogła jak inne dzieci jeść przygotowanych słodkości. Długa suknia trochę przeszkadzała Natce w tańcu , ale jak dzień wcześniej ją nieco skróciłam (fastrygą) to Natka powiedziała ,że jest krzywa i żeby zrobić jak dawniej (no miało rację dziecko ,sukienka do prostych nie należała po maminych przeróbkach) , wróciliśmy więc do poprzedniej długości. Najważniejsze ,że jak obie poszłyśmy w tany to nic nam nie przeszkadzało. nataszka był taka szczęśliwa ja razem z nią. Cały czas patrzyła mi w oczy i hulałyśmy na całego. W końcu nie byłam tylko mamą ,która ją kłuje, nie daje jej jeść, pilnuje na każdym kroku, tylko mamą z którą miło spędzała czas. Cały czas patrzyłyśmy sobie w oczy, uśmiechy nie schodziły z naszych twarzy. W końcu Nataszka powiedziała ,,nigdy tego nie zapomnę mamusiu” , odpowiedziałam ,że ja tak samo. Cudowny czas, oczywiście wcześniej cukry doszły do odpowiednich wartości. 

Potem był obiadek ,a po nim wszystkie dzieciaki szły na wspólną zabawę już bez rodziców i dziadków. A ponieważ bale w przedszkolu były aż trzy (każdego dnia po dwie grupy) ,to jeszcze dwukrotnie miałyśmy okazję pobrylować na parkiecie po obiadku. I jeszcze raz usłyszałam z ust Natki słowa ,że nigdy tego nie zapomni. 

Każdego roku przed balem mam doła. Rozmyślam o tym ,że w tym właśnie okresie zachorowała Nataszka, Wtedy miała iść na swój pierwszy bal ,ale była taka zmęczona ,że nie dała rady. Pamiętam jak mówiła przytulona do mnie ,że ona nie chce na bal tylko chce do domku. Tam czuła się bezpiecznie, Wiedziała ,że coś ją niszcz w środku ,ale jako trzyletnie dziecko nie wiedziała co to , czy tak ma być i jak nam o tym powiedzieć. Do tej pory gryzie mnie sumienie ,że nie postąpiłam wtedy inaczej ,że chociaż miałam przeczucie ,że mała jest chora to dałam sobie wciskać kity przez najbliższych i lekarzy. Dużo by to nie zmieniło ,bo i tak córcia by była chora ,ale pewnie nie trafiłaby na OIOM.
http://nasza-natasza.crazylife.pl/2013/01/27/74/?preview=true&preview_id=74&preview_nonce=8078aa03c0&post_format=standard&hash=c228498837757015b9c76f84a616a630&t=54ce02a594356f8e17f

CHORE RZEWLEKLE DZIECKO W PRZEDSZKOLU,, TE CUKRY MNIE DRĘCZĄ” -CUKRZYCO DAJ NORMALNIE ŻYĆ.

Dawno nic nie pisałam. Trochę zaległości się zrobiło. Miałam zacząć od wakacji , które w oczach Natki nie były wakacjami ,bo nie pojechała do babci za którą bardzo tęskniła. Zacznę jednak od przedszkola.

Od 1-go września Natka jest w najstarszej grupie, są to zajączki. Ma teraz dwie panie i całkiem nową ,młodą bardzo sympatyczną panią pomoc. Pierwszego dnia wszystko odbyło się bez większych zgrzytów. Muszę tylko popracować nad bazą, bo przed śniadaniem miała cukier ok 70 , więc ją trochę dosłodziłam, bo śniadanko miało być za ok.20 minut. Potem cukier urósł nam za bardzo ,ale mogły za to odpowiadać też inne  czynniki—>przytkane wkłucie i ekscytacja. Potem już wszystko było ok. Po przedszkolu wróciliśmy do domu. W tym samym dniu poszłyśmy też z córcią na judo!!! Była zachwycona.  Judo zostało wybrane tylko dlatego ,że jest blisko naszego miejsca zamieszkania , omijamy więc kwestię dojazdów, która w zimę może w naszym przypadku być trudna do przeskoczenia , ponieważ ciężko mi jest wyobrazić sobie pomiary cukru na mrozie (kiedy glukometr potrafi odmówić posłuszeństwa) , czy podanie ewentualnej korekty dziecku w kombinezonie. No niby do odważnych świat należy ,ale mam takie obawy i nic na to nie poradzę. Po drugie zajęcia nie są drogie i odbywają się trzy razy w tygodniu po godzinie. Koszt 40 zł. Postanowiliśmy zamienić angielski i rytmikę z przedszkola na rzecz judo , bo tu będzie znacznie więcej ruchu zaleconego przez lekarzy. No cóż coś za coś. Najważniejsze jest to ,że Natka była zadowolona, a pani trenerka nie robiła żadnych problemów z tym ,że mała ma cukrzycę. Dodatkowo już na miejscu okazało się ,że przyszedł też chłopczyk z grupy Nataszki ,więc oboje byli zadowoleni. Byłam taka dumna z niej ,jak jako najmniejsza uczestniczka zajęć starała się wykonywać wszystkie polecenia trenerki. Jak każda matka, już oczami wyobraźni widziałam moje dziecko zdobywające medal co najmniej Olimpijski. Widziałam ,że podoba jej się na treningu ,a kiedy ,,nowi” mieli usiąść  i tylko patrzeć na wyczyny ,,starych” usłyszałam moją córkę ,,proszę ani ,czy ja też mogę spróbować?” I próbowała. Dzielna. Cukry miała dobre, aż za dobre. Więc musiała wypić sok.  

Drugi dzień w przedszkolu już nie był taki kolorowy. Przegięłam z dawką insuliny do śniadania , bo dzień wcześniej mała miała za wysoko. Potem weszłam na chwilę do sali ,sama nie pamiętam po co i słyszę jak pani mówi:-,,ale ona jest płaczliwa ,zabrałam jej nożyczki ,a ona marudzi”. Przyznałam delikatnie rację , bo faktycznie zdarza się ,że Nata płacze o byle co ,ale coś mnie tknęło i zmierzyłam cukier ,a tam 45!!!!!!! Ludzie , trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam. Poszłam do pani i powiedziałam że mała miała bardzo niski cukier i stąd to jej zachowanie i kolejny raz poprosiłam ją ,że w razie takiej sytuacji niech wysyła córeczkę do mnie. Wkurza mnie to ,bo nie po to siedzę pod salą ,żeby dziecko wpadało w takie hipo. Nauczycielka zdziwiła się ,ale wydaje mi się ,że pomyślała sobie, że przesadzam. Nie wiem co o tym myśleć. Mam wrażenie,  że pani uważa ,że zachowanie małej to fanaberia, a nie reakcja na bardzo złe samopoczucie. Dodam ,że pani jest bardzo dobrym pedagogiem ,ale akurat naszego problemu nie potrafi ogarnąć.  Wzięłam małą na korytarz i dałam soku, córeczka była bardzo roztrzęsiona. Przytuliła się do mnie i strasznie płakała. Myślałam ,że o te nożyczki ,ale kiedy zapytałam ją czemu płacze to odpowiedziała ,,ŻE TE CUKRY JĄ DRĘCZĄ”. Boże… Czemu… Powoli dochodziła do siebie ,ale przyszła pani i kazała jej wracać do sali. Nie wiem czemu nie odezwałam się ,że jeszcze nie pora, chyba podświadomie czuję ,że ,,ONI ROBIĄ MI ŁASKĘ” , że ,,PRZESZKADZAMY” i przemilczam pewne rzeczy. Potem powiedziała jeszcze do Natki ,,JAK NIE PÓJDZIESZ DO SALI TO PANI DYREKTOR KAŻE IŚĆ MAMIE DO DOMU” , to też przemilczałam ,ugryzłam się w język dla swojego i dziecka dobra, ale zagotowało się we mnie strasznie. Jak można straszyć dziecko , które zdaje sobie sprawę ze swojej choroby ,że zostanie samo bez żadnej pomocy i opieki??? Wytłumaczyłam Natce ,że to nieprawda i ,że ja nigdzie nie pójdę. Po chwili mała poczuła się lepiej i wróciła do sali. Na nasze szczęście przed obiadem  przyszła druga pani (nauczycielki się wymieniają) , która na dzień dobry  powiedziała mi ,,Proszę iść do małej ,bo mówi ,że jej słabo ,chociaż raczej w to nie wierzę , ale zawsze warto sprawdzić”. SPRAWDZIŁAM cukier 56. Mała dopiła sok. Podziękowałam nauczycielce, że nie zignorowała mojego dziecka i nie potraktowała jak rozkapryszonej pannicy. Jednak można jak się chce. Nie wiem już co robić ,nie chcę nikomu zaszkodzić , nie chcę konfliktów ,ale też nie chcę siedzieć na tym przedszkolnym korytarzu jak na igłach i ryzykować zdrowia dziecka.

Kiedy tego drugiego dnia wychodziliśmy z przedszkola , Natka zauważyła takie pudełeczko z napisem. Zapytała mnie co na nim pisze ,a kiedy odpowiedziałam ,że ,,SKRZYNKA ŻYCZEŃ” to powiedziała ..to ja jutro napisze życzenie ,,ŻEBYM NIE MIAŁA CUKRZYCY” -może się spełni , co mamusiu?” , standardowo w takich sytuacjach -załamał mi się głos i zaszkliły oczy ,a w gardle poczułam gulę ,ale odpowiedziałam ,,kto to wie , może się spełni. Ja też napisze takie życzenie , tata , dziadek , wujek , ciocia i Karolcia , nawet Fredek. Wszyscy chcą żebyś była zdrowa. Potem padło pytanie ,,a czemu tak mało ludzi choruje na cukrzycę?” , nie wiedziałam jak odpowiedzieć, w końcu powiedziałam ,,wcale nie tak mało , pamiętasz Marysię , dzieci ze szpitala i z przychodzi?” .Nataszka dodała- ,, i jeszcze babcia. Ale wiesz co mamusiu ja nie chcę być chora na cukrzycę i nie chcę ,żeby te inne dzieci i dorośli chorowali na cukrzycę”- przy tych ostatnich słowach głos jej się załamał. Nie mogę uwierzyć ,że to się dzieje naprawdę…  Potem poszłyśmy na chwilę do domku , a  potem już do wieczora na dworze.

I TAK ŹLE I TAK NIEDOBRZE, CZYLI ZA NISKIE I ZA WYSOKIE CUKRY.

Kurde. Znowu niskie cukry. Zmniejszam przeliczniki, zmniejszam bazę ,a cukry nadal niskie. Pewnie dlatego , że Natka nie chce jeść. Jeszcze niedawano odganiałam ją od jedzenia, bo miała smaka a to na to ,a to na tamto ,a teraz zjedzenie pół kromeczki chleba z masłem trwa godzinę… Masakra. Boję się. Już kiedyś tak było , ale jakoś się przełamała i zaczęła jeść. Teraz nie chce jeśc zupełnie nic!!! Paweł w piątek po 19:00 pojechał do MC.DONALDA po Happy Meal , ale tylko podziobała troszeczkę. Do tego nie wiedziałam ile i czy w ogóle dawać jej insulinę ,ale ze strachu przed spadkiem nie podałam. Dopiero o 23:00 cukier podniósł się do 170 , podałam małą korektę i … przespałam pomiar cukru ,a o po 3:00 glukometr pokazał ponad 300!!! Oczywiście nie koniec na tym , bo mała też mniej pije ,więc w porannej porcji moczu były KETONY!! Cholera jasna!!! Na szczęście wypiła sok z cytryny i udsało nam się pozbyć tych niechianych ciał.
Martwię się. Doszło do tego ,że powiedziałam małej ,że jak nie będzie jadła do pójdzie do szpitala. Potem miałam wyrzuty sumienia, bo przecież jak mogę straszyc czymś co i tak nas czeka ,bo prędzej czy później wyślą nas na badania kontrole.
W sobotę cukier cały czas od samego rana poniżej 60!!! Nie wiedziałam już co robić ,baza na 0 , nawet kazałam w końcu córci jeść cukier łyżkami… Poszliśmy do znajomej , bo Natka miała ponawić się z jej córeczką (razem chodzą do jednej grupy w przedszkolu). Kasia chciała dać coś Natce do jedzenia ze słodyczy , kazała jej wybrać za moją zgodą coś na co ma ochotę ,a Natka nie chciała nic!!! Dawno tak nie było ,żeby nie chciała nic jeść. Błędne koło. Nie je -ma niskie cukry ,a przez niskie cukry boli ją brzuś i nie może jeść. Chore to wszystko. W końcu wypiła szampana(oczywiście dla dzieci)i po jakims czasie cukier ponad 300. Fajnie… Takie skoki cukrów.
Z powodu tych niskich cukrów mamy wcześniej wizytę u diabetologa.
Dzisiaj córcia też nie bardzo chciała jeść. Pani w przedszkolu zachęciła ją do zjedzenbia zupy i udało się (oczywiście zupa zjedzona bez insuliny na cukier 75, wybiła do 140 ,a potem się trzymało). W domu kopytka, oczywiście insulina zaniżona, po jakimś czasie wybiły do 200 ,więc dałam korektę. Kolacji nie chciała jeść , więc baza na razie na 60% i zobaczę jak to będzie. Dzisiaj jednak ma powód bo jest przeziębiona, boli ją gardełko i ma katar. Mam nadzieję ,że to zwykłe przeziębienie, bo w środę mają bal w przedszkolu połączony z dniem babci i dziadka , i moja córeczka sama zgłosiła się do wierszyka. To by był jej pierwszy taki występ samej. Jest zadowolona ,że będą jej klaskac ,ale troszkę się wstydzi. Mam nadzieję ,że wszystko wróci do normy , oczywiście nie tęsknię za wysokimi cukrami ,ale za tymi prawidłowymi to tak.
Cukier na teraz 119. Aby taki uzyskać zjadła pół cukierka (więcej nie chciał -cukierek pewnie może jeszcze wybić), troszke chleba z masełkiem (nie za dużo może na jakieś 15-20 kcl) i wypiła ponad 100 ml coli z cukrem (nie dostała nic insuliny ,a baza na 60%). Muszę trzymać rękę na pulsie, żeby znowu za bardzo nie wybiło ,albo ,żeby nie było za nisko. Czyli właściwie standard. I tak źle i tak niedobrze, taka to już wątpliwa uroda cukrzycy.

wakacje z cukrzycą…

Pakowanie , pakowanie i jeszcze raz pakowanie.
Jutro wyjazd. Jedziemy pociągiem do rodziców Pawła. Przyznam ,że mam mega stresa… Chętniej bym jechała autokarem , jakoś tak według mnie bezpieczniej ,ale Paweł się uparł.
Najbardziej się boję,że czegoś zapomnę. Oczywiście nie chodzi mi o ubrania ,ale o rzeczy związane z cukrzycą. Wydaje mi się,że wszystko spakowane, jeszcze tylko insulina. Tu mam problem , bo nie mam specjalnej torby do insuliny ,a jutro szykuje się niezły upał. Mam tam jakąć torbę termoizolacyjną ,w której jako wkład posłuży mi zamrożone piwo… Tylko ciekawe jak długo wytrzyma w taki upał. W razie czego wypiszemy insulinę na miejscu ,bo tym razem nie zapomnieliśmy zapakować dokumantacji choroby.
Żeby już być na miejscu!!!!!
Nataszka jeszcze nie śpi, tata czyta jej bajkę do snu. Musimy jeszcze jej zmienić wkłucie przed podróżą , więc czekam aż zaśnie. Oby tylko nie płakała… Obawiam się jednak ,że dzisiaj może spać czujnie. Staram się już nie pokazywać emocji przy wkłuciach , zauważyłam ,że wtedy Natusia też mniej płacze. Żal mi jej niemiłosiernie. Dzisiaj mówiła, że chce spać z babcią. Niestety babcia pewnie będzie się bała ,że nie obudzi się na pomiary. Ona też ma cukrzycę… Pamiętam jak w zeszłym roku pouczała nas przez SKYPE na temat cukrzycy ,a jak byliśmy u niej to mała wracała ze sklepu z lizakiem w buzi. Mama Pawła denerwowała się jak jej zwracałam uwagę, miała łzy w oczach mówiąc,że nie może sobie poradzić i nie potrafi jej odmówić lizaka za 20 groszy. Tak to już jest ,że łatwiej się radzi na odległość ,a gorzej to wszystko wychodzi w praktyce. Rozumiem ją , bo mnie też zawsze smutno w podobnych sytuacjach.

,,zabijcie mnie” —słowa 3 letniej dziewczynki…

marzec 2012 wspomnienia. Powrót ze szpitala do domu.

Powrót do domu z penami to była masakra. Przyjechała do nas mama taty Nataszki , również chora na cukrzycę. Podawaliśmy małej zastrzyki na zmianę, babcia Natki też została do tego wmanewrowana, ja spasowałam… Nataszka za każdym razem uciekała, chowała się ,płakała. Ale tutaj jedynym wyjściem było zrobienie zastrzyku , innegoi wyjścia nie było ,ale jak powiedzieć to 3 i pół letniemu dziecku , tzn. jak taki maluszek ma to zrozumieć , że najbliższe mu osoby robią mu ,w jego mniemaniu krzywdę. Kiedyś znajdowała w moich ramionach ukojenie , teraz moje ramiony trzymały ją w uścisku , żeby można było podać hormon ratujący jej życie. Nie wyobrażałam sobie takiego życia dla niej… Babcia Natki starała się nas pocieszać, ale jej słowa sprawiały nam jeszcze większy ból i trafiały w ścianę,a nie do naszych zmaltretowanych krzykiem ukochanego i jedynego dziecka, uszu.
Wiem ,że wiele razy uraziłam mamę Pawła ironizując z jej dobrych rad ,ale wtedy inaczej nie potrafiłam , bo np. na słowa ,że Natka przecież będzie mogła zjeść wszystko ,tylko z odpowiednią dawką insuliny i przy dobrym cukrze mówiłam- no faktycznie, będziemy mówić do Natki ,że jak przebiegnie dookoła bloku i spali cukier to dostanie batona…
Widziałam na oddziale dzieci , które dużo czasu spędzały będąc w ruchu , który sprzyja dobrym cukrom i bolało mnie to ,że tak muszą ,a nie chcą…
Sport sprzyja lepszym cukrom (oczywiście przy odpowiednio dobranej dawce insuliny). Oczami wyobraźni widziałem te dzieciaki , które ćwiczą nie dlatego ,że sprawia im to przyjemność ,ale np. po to ,żeby zjeść batonik , napić się coli… Ludzie nie wiedzą jak to jest , nie zastanawiamy się nad tym co i jak dzieje się z jedzeniem, jemy i tyle.
Moja córeczka tak wiele sobie obiecywała w związku z powrotem do domu , dom miał być jej oazą ,końcem tego co w szpitalu , a w domu okazała się, że koszmar trwa nadal. Pamiętam jej oczy przy pierwszym zastrzyku domowym. Nie było to spojrzenie mojej słodkiej księzniczki , zawsze pewnej siebie, hardej, były to oczy pokrzywdzonego przez los dziecka . Oczy pełne bólu , pretensji ,żalu i smutku. Serce podchodziło mi do gardła ,chiałam ,żebyśmy obie ,,nie istniały” ,jeśli tak ma dalej być… Czekałam tylko na pompę insulinową odliczając każdy dzień . Dni dłużyły się niemiłosiernie. Nataszka miała bardzo duży apetyt, organizm nadrabiał straty ,kiedy bez insuliny głodował.Potrafiła dosłownie ,,wchłonąć” dużą ilość jedzenia, a za chwilę znowu być głodna. Niestety w cukrzycy nie można sobie jeść od tak sobie, kiedy ma się na to ochotę , więc musiałam jej odmawiać. Zdarzyło mi się zobaczyć jak zbiera okruszki z dywanu… Nie da się opisać co wtedy czułam… Wszystkie ubrania wisiały na córci , tak schudła. Kiedy poszłyśmy pokazać się w przedszkolu panie nie wierzyły ,że Natka taka chuda , normalnie sama skóra i kosteczki. W grupie przedszkolnej Natki była już od września dziewczyna z cukrzycą-Marysia , pamiętam jak było mi strasznie żal tej małej dziewczynki , powiedziałam Pawłowi ,,zobacz jaka biedna i dzielna” , nie spodziewałam się,że za pół roku moja córcia będzie w takiej samej sytuacji.Myślałam jednak ,że skoro panie zajmują się Marysią to musiały przejść specjalne szkolenie, niestety okazało się, że nie i w zasadzie Marysia była cały czas zagrożona , jej mama pracowała obok przedszkola w szkole i przychodziła podawać insulinę ,nawet dzwoniono do niej ,żeby przyszła podać glukagon jak Marysia traciła przytomność, bo nie przeszkolone panie doprowadzały do jej odcukrzenia!!!!! Kilkakrotnie interweniowała karetka, a wystarczyła odrobina dobrej woli i chęci pomocy… Dla mnie to podłe i trzeba nie lada tupetu i braku wyoberaźni ,żeby przyjmować do przedszkola dziecko z cukrzycą ,bo tak wypada,a potem mieć wszystko w dupie!!! Mama Marysi od nowego roku przedszkolnego przeniosła ją do przedszkola obok swojego miejsca zamieszkania i tam znalazła przedszkole z prawdziwego zdarzenia. Ja zostałam w tym , starałam się walczyć o szkolenia itp. Dyrekcja okłamywała mnie, że nie dostała ofert ze szkoleniem , tylko czemu w jednej z ropzmów wyszło ,że te,,kilkaset” złotych za szkolenie to dużo?? Potem dowiedziałam się,że to nie jest obowiązkiem nauczyciela mierzyć cukier (prosiłam o 1 pomiar!!!!) ,inne czynności bym wykonywała sama , ale potem poddałam się. Kazano mi pisać skargi do kuratorium itp , ale jak potem zostawię dziecko wśród ludzi , którzy jej nie chcą i nie tolerują jej obecności , dla których jest jak ,,wrzód na dupie” , w końcu jednego takiego wrzoda już się pozbyły… Proponowano mi przeniesienie małej do innego przedszkola,ale co to za interes dla mojej córki budzić ją skoro świt , czekać na przystankach tramwajowych ,żeby w zimę marzła?? Wolę już siedzieć z nią w tym przedszkolu blisko domu ,bo na to samo nam wyjdzie…

Pamiętam pierwszą wizytę kontrolną po szpitalu w poradni diabetologicznej. Nie zapomnę jej z prostego powodu , moja córka po zastrzyku z pena w gabinecie pani doktór zaczęła krzyczeć ,,ja tak nie chcę , ZABIJCIE MNIE”… Doktórka spojrzała wymownie, ale nie powiedziała nic, mnie zamurowało , szok , nie wiedziałam ,że 3 i pół letnie dziecko może wypowiedzieć takie słowa… Aż teraz mam gęsią skórkę na rękach i chce mi się wyć…

Na kilka dni przed planowanym podłączeniem pompy Nataszka odmówiła jedzenia. Nie chciała jeść dosłownie nic!!! Zrozumiała ,że jedzenie=zastrzyk i odmówiła jedzenia. Nie pomogło wspólne pieczenie jej ukochanych babeczek , pozwalanie jej na jedzenie czego chce i co lubi ,nawet happy meala nie chciała jeść… Wzięła hamburgera do ręki ,ale ja objęłam ją ręką , w której miałam karteczkę zwiniętaq w rulon i ona pomyliła to z penem i odłożyła hamburgera…
Kolejna sytuacja, Natuśka zasypia. Coś mnie tknęło ,żeby zmierzyć jej cukier. Mój tata mnie ochrzanił ,że ją budzę ,a tu cukier 34!!! Jakoś udało mi się ją wybudzić, na wpół przytomna wypiła sok ,nie chciała pić ,ale ją zmusiłam!!! Potem chciałam iśc do lekarza ,ale okazało się ,że pediatry już nie ma, do szpitala nie mogłam jechać, bo nie miałam skierowania. Zadzwoniłam na pogotowie i tam dowiedziałam się,że jeśli nie ma pediatry to mogę iśc do innego lekarza, nawet dla dorosłych ,bo musi być w przychodni lekarz, który sprawuje pieczę nad zdrowiem pacjentów. Mam zarządać przyjęcia. Poszłam więc tam , lekarz zgodził się przyjąc Natkę, wypisał skierowanie do szpitala . Pojechaliśmy więc na dyżur pediatryczny ,ale jak byliśmy na miejscu to już było lepiej (pewnie cukier z soku zaczął działać).puszczono nas do domu , dodam ,że Natka skarżyła się na bóle brzuszka, ale nic niepokojącego nie stwierdzono. Dzwoniłam z tym problemem pod podane w szpitalu po szkoleniu numery telefonu , niby miała być taka ogromna pomoc,a zostałam totalnie olana!!!! Natka była taka słaba, nie podawałam insulinydo posiłku ,bo nie było takiej potrzeby , wystarczyła insulina bazowa.Natka czasem zjadła parę paluszków, bo miała obiecane ,że nie będzie zastrzyku (i nie było) i dawałam jej do picia odrobinę soku czy coli z cukrem ,żeby nie wpadła w ketony głodowe. Insulina wystarczała ta bazowa. W takich kombinacjach wytrwaliśmy do upragnionego poniedziałku , nie mogłam się doczekać ,kiedy zobaczymy jak bedzie z pompą, która była dla mnie czymś co może pomóc mojemu dziecku , czekałam na tą pompę ,bo w tamtym okresie było to dla nas takie ,,być albo nie być”.