biegunka

Świąteczne wspominki , mamy cukrowej dziewczynki.

Co robi matka dziecka z cukrzycą od 20:00 wzwyż? Zaczyna obserwacje wchłaniania parówek skonsumowanych przez dziecko na kolację. A było ich sporo , trzy paróweczki zniknęły bezpowrotnie (mam nadzieję) w brzuszku. Jednak jak wiadomo ,kiedyś zaczną się wchłaniać ,więc trzeba być gotowym. Obecnie jest 2:00 nad ranem , po 3 dodatkowych porcjach insuliny (nie nazywam ich korektami celowo , bo zostały podane zanim cukier poszybował w górę) cukier na teraz wynosi 109. Mam nadzieję ,że już nic po drodze nie wyskoczy, tak jak np wczoraj, ni z gruszki ni z pietruszki o 3:00 nad ranem cukier poszybował sobie do ponad 300. Na szczęście korekta ładnie go zbiła Ale skąd taki wynik? Hormon wzrostu? Przerwa w drenie? Coś się jeszcze wchłaniało z jedzenia? Tego  nie wiem. Jedno co wiem to to ,że nie było to winą wkłucia.

Święta już dawno za nami. Miałam nadzieję ,ze odpocznę ,ale nic z tego. Natka w noc przed Wigilią dostała gorączkę. Podałam lek przeciwgorączkowy. Postanowiliśmy nie jechać do lekarza jeśli w wigilijną noc gorączki nie będzie. BYŁA.

Pierwszego świątecznego dnia, wylądowaliśmy na dyżurze. Ludzi multum, lekarz jeden. Do tego młody ,a więc bardzo przestrzegający wszelkich zasad, czyli oprócz diagnozy, recept wypisujący  każdemu kartę informacyjną. Na domiar złego oczom moim ukazał się młodzieniec ledwo żywy z wiaderkiem przy twarzy. Oczywiście Nataszka musiała żywo gestykulować grając w grę ,czym zwabiła owego typka z całym jego ,,zarazkowym bagażem”. Chłopcu od razu się poprawiło , a ja nie miałam śmiałości ostentacyjnie uciekać przed nim, co okazało się sporym błędem…

Ponieważ młody lekarz nie dawał sobie rady z ogarnięciem całej poczekalni pacjentów, którzy ciągle napływali, wezwano mu pomocnika, lekarza statecznego wieku , który z niejednego pieca chleb jadł ,a więc wołał pacjentów kiedy i jak chciał. Np okazało się ,że lepiej było przyjść 2 godziny po nas ,bo wtedy można było zamiast czekać kolejną godzinę jak my, wejść z marszu do lekarza. Fajnie. Oczywiście kiedy miała być nasza kolej powróciła do młodego lekarza jakaś niezadowolona z recepty mama , więc nasz czas oczekiwania znowu się wydłużył . Byłam już nieźle wściekła i kiedy pielęgniarka zapytała kto teraz jest pierwszy odpowiedziałam ,,my od pół godziny”-zrobiłam to specjalnie ,bo wiedziałam ,że inaczej mnie każe czekać do młodego ,który ma konfliktową pacjentkę ,a osobę za mną wyśle do starszego (tak już mnie wykolegowali te pół godziny wcześniej). Pani pielęgniarka chyba zrozumiała moją aluzję i zaprosiła nas do gabinetu lekarz nr.2. Weszłyśmy więc do gabinetu. Na wstępie powiedziałam ,że córka choruje na cukrzycę typ-1. Nie zauważyłam ,żeby zrobiło to jakieś wrażenie na lekarzu ,więc zaczęłam opowiadać całą historię zachorowania Natki (bo takie podziębienie trwało u niej już ze 2 tygodnie, ale cukry nie były złe ,nie było wysokiej temperatury ,więc podawałam leki dostępne bez recepty i przeszło). Pan doktor wywrócił oczyma , zorientowałam się ,że go średnio interesuje co było wcześniej, opieprzyłam się sama w głowie za moją nadgorliwość i powiedziałam z czym teraz jesteśmy. Doktor okazał się niezłym fachowcem z dziedziny cukrzycy, byłam w szoku. Zapytał o wyrównanie, pokręcił nosem na cukier 160 , pytał o naszego diabetologa. Przepisał duomox i  w razie czego kazał iść do lekarza prowadzącego. Czekałam na moją karteluszkę informacyjną ,dla pediatry Natki , która WYMAGA takich KORESPONDENCJI  w razie konieczności kontroli ,ale się nie doczekałam. Niepewnie poprosiłam o nią , lekarz zapytał czy to konieczne ,bo właśnie przez taką biurokrację jest tylu pacjentów ,bo jego młodszy kolega każdemu to wypisuje. Odpowiedziałam , zgodnie z prawdą,że nasza pani doktor od razu pyta o taką informacje ,a jeśli jej nie ma to z niedowierzaniem mówi ,że to niemożliwe. Lekarz wypisał mi więc z łaski karteczkę , kazał powiedzieć naszej lekarce ,żeby przyszła na dyżury , bo pediatrów brakuje i przydadzą się każde ręce do pracy. Podziękowałam za wszystko  co pan doktor zrobił dla nas z olbrzymią łaską , chyba oderwano go od świątecznego stołu , bo nie był zbyt zadowolony. W domu na spokojnie chciałam zobaczyć gdzie przyjmuje ten lekarz , bo chociaż nie był miły to jednak posiadał fachową wiedzę ,a to mi chodzi i okazało się ,że był to UWAGA….DIABETOLOG <–tadam. Też się tego nie spodziewałam…

Wizyta na dyżurze zebrała swoje żniwa dwa dni później..Dzień po świętach pojechaliśmy do sklepu, wierząc skrycie ,że są jakieś megapromocje. Nie było. Za to zrobiło mi się dziwnie słabo , ni to niedobrze , ni to żołądek. Całe moje ciało pokryły zimne poty i zapragnęłam powrotu do domku. Do własnej , choć ciasnej toalety. Po  powrocie do domu położyłam się do łóżka , kilka minut później rozpętało się piekło… Oczywiście otrzymałam całe dobrodziejstwo jelitówkowych objawów ,z czym to się wiąże każdy wie. Nie byłam pewna czy to jelitówka , mogłam tez zatruć się uszkami , które leżały w temperaturze pokojowej całą noc,a potem zostały odgrzane przez mego tatę (myślałam ,że odgrzewał te z lodówki) , więc pomiędzy atakami wiadomo czego i czego , mamrotałam w stronę niewinnego (jak się okazało) ojca ,że właśnie mnie otruł…Jednocześnie czułam ,że to jednak jelitówka i bałam się ,żeby nie zaatakowała Natki.

Gehenna trwała do samego rana , a nieżyt żołądka towarzyszył mi jeszcze z tydzień. Że to jednak jelitówka okazało się rano, kiedy Natka zwymiotowała. Taka biedna.  Serducho mi się łamało jak widziałam jaka jest dzielna. Kazała dać sobie miseczkę w razie wymiotów i zrobić gorącej , gorzkiej herbaty , do tego co chwilę pytała ,,ale jestem dzielna”. Była bardzo dzielna, zresztą jak zawsze. Nigdy nie marudzi jak coś jej dolega. Na szczęście przeszło jej szybciej niż mnie. Bałam się powrotu gorączki, bo nie dostała zaleconej dawki antybiotyku ,ale na szczęście nic takiego nie nastąpiło. Cieszę się ,że udało nam się opanować samym sytuację, że poradziłyśmy sobie z cukrami i ketonami , i nie musiałyśmy jechać do szpitala.

Ostatni był tata Natki… Szczęściarza ominęły wymioty. Cieszę się ,że to ja dostałam cały pakiet ,a nie padło n Natkę. W każdym razie w Święta nie odpoczęłam. Przed Sylwestrem złapało mnie jakieś choróbsko, ból gardła i ogromny katar , który nie dawał mi spać w nocy. Na szczęście są tabletki z pseudoefedryną , no bez nich nie funkcjonuje przy katarze. Sylwester był smutny, jakoś tak byłam wykończona. Nataszka usnęła przed fajerwerkami ,z trudem ją obudziłam ,żeby sobie je pooglądała chociaż przez okno. 

Teraz mamy NOWY ROK, więc Nowa Ja , ale marzenie pozostaje nadal to samo…

KOLEJNA JELITÓWKA …?

Ostatnio pisałam o jelitówce. Otóż to nie ostatnia taka nasza ,,przygoda”. Ale zacznę od czegoś przyjemniejszego. W piątek 5-go grudnia organizowano w przedszkolu mikołajki. Nataszka wierzy w Mikołaja , ale wie ,że ten w przedszkolu to przebrana pani lub pan. W tym roku również nie dała się nabrać. Śmiech mnie ogarniał ,kiedy widziałam jak zerka na sztuczną brodę i dokładnie się jej przygląda , już wtedy wiedziałam ,że i tym razem nie dała się nabrać. W paczuszkach było trochę słodyczy. Po drodze do domu weszłyśmy di piekarni po chlebek ,a tam różności świąteczne. Natka wybrała babeczkę z bałwankiem. W domu od razu się do niej dobrała. Jak ona mlaskała, jak pochłaniała tą babeczkę ,aż dosłownie uszy jej się trzęsły. Potem ze słodkości zjadła Mikołajka lizaka czekoladowego i to by było na tyle , bo jednak wiadomo co za dużo to niezdrowo szczególnie w cukrzycy… 

Szybko zasnęła. O ok. 24:00 zaczęła się strasznie wiercić. Leżałam obok niej i udawałam ,że śpię (nie chciałam ,żeby zauważyła prezent od Mikołaja, bo pewnie by już nie usnęła). W końcu jednak zapytałam co się dzieje, czy chce piciu ,albo siku ,ale nie chciała nic. Cukier był w normie. Zasnęła. Spała niespokojnie. Obudziła się o ok. 5 rano z powiedziała ,że ją boli brzuszek. Zaczęłam go masować. Po chwili jednak okazało się ,że Natka ma mdłości , zaczęła wymiotować i dołączyła do tego biegunka. Do tego gorączka. MASAKRA. Nie wiem ,czy to wina babeczki , czy kolejnego ataku jelitówki. Oprócz tego złapał ją katar i kaszel.  Mikołajki były dla Natki dniem diety  ,ale nie bulwersowała się  , przypuszczam ,że bałaby się nawet coś zjeść , że znowu zwymiotuje. Cukry w sobotę jeszcze w miarę. A od niedzieli bardzo niskie. W zasadzie zapotrzebowanie na insulinę zmniejszyło się trzykrotnie ,a momentami odłączałam jej pompę , bo cukry leciały na łeb na szyję. Nie wiedziałam ile podawać insuliny do posiłku. Bazę ustawiona na 30 procent, (albo odłączona pompa) a cukry nie przekraczały 100. Mogła jeść  co chciała i kiedy chciała. Ale nie miała apetytu. W poniedziałek zaczęłam jednak już w nią trochę wmuszać jedzenie . oczywiście dalej dietka. Cukry były aż za dobre. Zaczęłam się martwić ,czy wszystko w porządku. Z drugiej strony cieszyłam się ,że córcia może trochę pofunkcjonować jak jej rówieśnicy. 

W tą środę poszłyśmy na judo , po dłuższej przerwie. Cukry strasznie spadały. Żałowałam ,że podałam jej insulinę do posiłku. Żeby podnieść cukier Natka wypiła 200 ml. soku, zjadła 3 ciastka z dżemem i dextro na ok. 40 kcl. Cukier podniósł się do 120… To było takie piękne uczucie , pomarzyć ,że może stał się CUD ,ten jeden na miliony i trzustka Natki zaczęła pracować. BOŻE oddałabym za to wszystko. Bałam się oczywiście ,czy wszystko jest w porządku , bałam się tych niskich cukrów ,  taka sytuacja miała u nas miejsce drugi raz. Po treningu pompa wylądowała w torebce. Poszłyśmy do sklepu , patrzyłam na nią , widziałam ją bez pompy , była jak jej rówieśnicy. Choć ten krótki czas nie potrzebowała insuliny.  Jak pięknie było wyobrazić sobie ,że nie będzie już potrzebna. Wiem ,że bujałam w obłokach ,ale czasem tak sobie właśnie marzę. Bez pompy Natka była kilka godzin. Cudownych , pełnych nadziei ale i lęku godzin. Kiedy cukier urósł to 135 podłączyłam pompę , dałam mała korektę i puściłam zredukowana bazę. CZAR PRYSŁ. 

Dzisiaj cukry też dobre (odpukać) ,ale pompa cały czas w użytku. Widać jedzonko zaczyna się już dobrze wchłaniać. Przypuszczam , że te dobre cukry to  wina jelitówki ,albo zatrucia. 

Nataszka łobuzuje w przedszkolu. Chce pokazać rówieśnikom ,a w szczególności chłopakom swoją siłę. Tłumaczyłam jej ,że tak nie powinna ,że tak nie wypada młodej damie, że jak będzie tak robić to na bal zamiast za księżniczkę przebiorę ją za zapaśnika. Odpowiedziała mi na to ,żebym jej kupiła taki worek treningowy do boksowania to mi pokaże jaką ma siłę.  Może ma to związek z judem? Ale nie zrezygnuję z treningów, bo wiadomo ,że ruch korzystanie wpływa na cukry. Zobaczę jak to będzie.

W przedszkolu dowiedziałam się ,że jelitówka nadal szaleje. Podobno kolejne dzieciaki są zabierane z przedszkola z jej objawami. Mam cichą nadzieję ,że nam już odpuści. Ale swoją drogą czemu nikt z nas nie zachorował? Przecież podobno to bardzo zaraźliwe choróbsko. Nie wnikam  w szczegóły. Pewnie jeszcze ospa mas w tym roku dopadnie. Dwa razy uniknęłyśmy ,ale może jednak warto było przechorować? Zastanawiał się nad szczepieniem.