cukry

Znowu…

Znowu jestem kłębkiem nerwów, bo wkurza mnie wysoki cukier, który znowu wkradł się w nasze życie. Cukier na teraz -211, wkłucie zmienione. Czuwam. Najgorsze jest to ,że nie wiem kiedy się wyśpię. Nie potrafię normalnie spać. Nawet budzika nie muszę nastawiać , bo wybudzam się sama. Dwa tygodnie temu cukry były dobre, nocki eleganckie, więc mogłam sobie pozwolić pominąć niektóre nocne pomiary ,ale i tak budziłam się, Przyzwyczajenie. 

Wakacje w toku. Teraz pogoda nie rozpieszcza. Siedzimy w domu , brak ruchu , więc cukry te nas nie rozpieszczają. Upały też nie są mile widziane, bo grożą przegrzaniem insuliny. I tak źle i tak niedobrze, ale chociaż pobiegać można. W jeden z takich słonecznych dni wypuściłam Natkę samą na dwór. Ktoś powie, ,,też mi coś” , a dla mnie to wyzwanie. Boję się ,że spadnie jej cukier i gdzieś zasłabnie, albo pójdzie sobie gdzieś za dzieciakami. Niby słucha, ale to tylko dziecko. Miała ze sobą telefon i glukometr. Co jakiś czas dzwoniłam pytając jaki ma cukier. Nie zawiodła mnie, była z koleżanką przed klatką tak jak obiecała. Niestety zerwała się burza ,a moje dziecię zamiast do domu pobiegło do koleżanki. Na szczęście dobrze się znamy z mamą kumpeli Natki ,więc kiedy na dworze rozpętała się burza byłam informowana na bieżąco o cukrach. Coś mi nie pasowało , bo cukry utrzymywały się na za wysokim poziomie -180 , widocznie podekscytowała się samodzielnym pójściem do koleżanki. Bawiły się całkiem długo , potem jeszcze wyszły na dwór i grały w piłkę nożną. Dzielna ta moja córeczka. 

Z wakacyjnych wyjazdów mamy zaliczony weekend na wsi na działce przyjaciół. Fajnie było, cukry były genialne, więc jak tylko nadarzy się okazja to chętnie to powtórzę. Natka skakała na trampolinie ,jeździła na rowerze, wujek przewiózł ją motorynką , więc miała sporo atrakcji. Nawet popluskała się w malutkim basenie (dużego nie opłacało się rozkładać na jeden dzień). Podobało jej się ,ale chętnie też wróciła do domu. Lubi wypady do znajomych ,ale szybko tęskni za domem.

Cukier na teraz-221… Kolejna korekta i kolejne godziny snu wydarte mi przez chorobę ,ale nie to jest dla mnie najgorsze. Najgorsze jest to ,że organizm córeczki ,,meczy” się teraz z nadmiarem glukozy. To mnie zawsze smuci i wzbudza poczucie winy. Mogłam wcześniej zmienić wkłucie , ale z drugiej strony cukry były znośne. Rano byłyśmy na wakacyjnych zajęciach z bibliotece. Potem urodziny kolegi Natki i tort, po zjedzeniu którego cukier urósł ponad miarę. Po korekcje wszystko wróciło do normy , a potem znowu wybiło. Dla świętego spokoju zmieniłam wkłucie , ale czasem mamy tak ,że zanim wkłucie zacznie działać , a raczej cukier spadać to trochę insuliny korekcyjnej trzeba wpompować. Wkurza mnie to. Wszystko mnie wkurza ,przez ten nieszczęsny wysoki cukier…

A ja się boję…Rozterki matki chorego dziecka.

Boję się. W kwietniu kończy się gwarancja na pompę. Nie należymy do osób majętnych i ewentualny zakup nowej pompy to by był nie lada wyczyn (jeśli w ogóle ktoś by nam przyznał kredyt na taką sumę). Jestem wkurzona , bo kazano nam się zapisać na pompę dwa lata przed końcem gwarancji , ale kiedy zapytaliśmy co i jak pani nam powiedziała ,że takiej konieczności nie ma ,bo pompy są od ręki. Dopytywaliśmy co chwilę ,a ostatnio dowiedzieliśmy się ,że możemy nie dostać pompy, to było jak cios w żołądek. Podanie Nataszy insuliny za pomocą pena graniczy z cudem. Jeden, jedyny raz podawałam jej korektę penem przez 4 lata, na szczęście był mój tata i trzymał ją ,a mimo to igła wygięła się do granic możliwości , dobrze ,że nie pękła. Wiem ,że większość dzieci boi się zastrzyków i szkoda mi każdego małego diabetyka,ale z moim dzieckiem jestem każdego dnia i nie wyobrażam sobie takiego życia , pełnego płaczu , bólu , wyrzutów sumienia. 

Zaraz przypomina mi się moje 3 i pół letnie dziecko krzyczące ,,zabijcie mnie” jak podawaliśmy jej insulinę, takie rzeczy się pamięta do końca życia , a gdyby ktoś mi powiedział przedtem ,że tak małe dziecko może chcieć tego co wykrzyczało moje dziecko to pewnie bym w to nie uwierzyła. Wiem ,że jak by musiała przejść na peny to przestanie jeść. Nie chcę tego znowu przeżywać. Znam dzieci , które jako kilkulatki same robiły sobie zastrzyki penami bez zająknięcia. Np. koleżanka z którą Natka chodziła do przedszkola, obie miały 3 latka ,Natasza jeszcze była zdrowa , a Marysia była na penach. Sama wbijała sobie pena i nawet się  nie skrzywiła, BOŻE jak ja jej wtedy współczułam , jak ją podziwiałam. Takie małe dziecko ,a takie dzielne. Nie mogłam wyjść z podziwu a serce mi się krajało ,bo już wtedy wiedziałam na czym polega cukrzyca. Minęło pół roku i zachorowała moja Nataszka, mój skarb jedyny. Ona wszystko pamięta , nie może do tej pory wybaczyć profesorce ,że obiecała jej pompę od razu ,a wypuściła do domu z penami. Wtedy przeżyliśmy takie jazdy ,że nie wiem jak myśmy to przeżyły. Byłam na skraju załamania ,nie wyobrażałam sobie takiego życia dla córki , ona nie akceptowała zastrzyków, aż w końcu zrozumiała ,że jak nie będzie jadła to uniknie większości z nich, Nie jadła nic!!! Błagałam ją , kupowaliśmy jej hamburgery , piekłam ciasteczka, mówiłam ,że może zjeść co tylko zechce, ale ona nie chciała nic. Płakałam jak bóbr, wszyscy rozkładali ręce, podane pomocne numery ,pod które można było dzwonić z problemami okazały się być do d… 

Kiedy jechaliśmy na podpięcie pompy z mojego dziecka zostały tylko skóra i kościki , była taka osłabiona. Na początku nie chciano nam wierzyć ,że Natka nie chce jeść. Dopiero przyznano rację jak podpięta już pod pompę Natka nadal nic nie jadła , cukry spadały łeb na szyję. Ale ona bała się zastrzyków… Musieli podpiąć jej wenflon zwany pieszczotliwie motylkiem , bo glukoza podawana doustnie nie nadążała podnosić cukru, dopiero po podaniu dożylnym glukozy cukier poszedł w górę. Pielęgniarki i my tłumaczyliśmy jej ,że jak zacznie jeść to nie będzie zastrzyków,bo insulina będzie podawana teraz za pomocą pompy i zdejmą jej wenflon . Początkowo nie wierzyła , patrzyła na nas tymi swoimi wielkimi nieufnymi niebieskimi oczami , które wyróżniały się niesamowicie w jej wychodzonej buźce i zastanawiała się co robić. W końcu ugryzła kanapkę. Jeden, drugi gryz. Obserwowała nas nieufnie, czekając z której strony nastąpi atak , kto tym razem ją unieruchomi ,a kto zrobi jej znienawidzony zastrzyk. Ale to nie nastąpiło. Podaliśmy jej insulinę za pomocą pompy,a ona była najszczęśliwszym dzieckiem na świecie. Zajadała się tym razowym chlebem aż jej się uszy trzęsły. Wtedy zrozumiałam ,że możemy jakoś żyć, bo wcześniej różne myśli przychodziły mi do głowy…

Nie chcę ,żeby znowu musiała to przeżywać, Natka nawet jak się przewróci to najpierw każe sprawdzić co z pompą , a dopiero potem sprawdza co jej się stało. Tak bardzo bym chciała ,żeby nie bała się zastrzyków ,próbowałam z misiem, tłumaczyłam ,że to nic nie boli ,robiłam sobie zastrzyki (Natka płakała i opatrywała moje ,,rany”). Chciałam,żeby na mnie ćwiczyła. Niestety. Dzieci są różne , mają różne fobie , ona boi się zastrzyków. Być może przyczyniło się do tego to ,że przed diagnozą przyjmowała serię bolesnych zastrzyków dwa razy dziennie. Pamiętam ostatni zastrzyk ,jak odetchnęłam z ulgą, a tu za niedługo okazało się ,że zastrzyki to będzie codzienność mojego brzdąca. Ryczę ,bo pisanie tego wszystkiego to jak rozdrapywanie ran i posypywanie ich solą. Z drugiej strony nie mam z kim się podzielić moimi problemami i strachem ,który odczuwam z powodu pompy. Mam nadzieję ,że nic się z nią nie stanie po gwarancji, ale z drugiej strony byłam bardziej niż pewna, że moje dziecko nie zachoruje na żadną chorobę ,że jak urodziła się zdrowa to tak już zostanie ,więc teraz też nie mam pewności ,a to mnie dobija. 

Cukier na teraz 133 -jupi. 

Wiem ,że są dzieciaki na penach , wiem,że świetnie sobie radzą i jest mi strasznie źle z tym ,że moje dziecko ma taki problem przy takiej chorobie. O ile łatwiej by nam teraz było ,gdyby mała nie bała się pena. W razie co bez problemu przeczekałybyśmy ewentualny okres oczekiwania ,a tak to nie mogę już całkiem spać w nocy jak sobie o tym pomyślę. Może popytam o możliwość wypożyczenia sprzętu. Same stresy. Moim zdaniem każde dziecko powinno mieć zapewnioną pompę bez czekania. Nauka na penach wystarczy w razie czego w szpitalu , ewentualnie w domu 1 tydzień za sprawdzenie i decyzję ,czy pompa już czy jednak peny ,ale dla dzieci , które mają prawo bać się igieł powinny dostępne jak najszybciej pompy, po co zaburzać im i tak trudne dzieciństwo? Zapewne odezwie się całe pokolenie dorosłych cukrzyków ,,dlaczego tylko dzieciakom” a ja odpowiem ,,jeśli nie wiesz czemu to idź na oddział diabetologi dziecięcej i posłuchaj płaczu tych wszystkich maluchów, dla których na początku nawet nakłucie do pomiaru cukru to wielka rana ,z której leci krew, więc jest strasznie , a potem poczekaj ,aż będą dawać im insulinę w zastrzykach”. Taki płacz swoich dzieci z oddziału rodzice pamiętają do końca życia , i te odgłosy chodaków w korytarzu ,kiedy nocą pielęgniarki przychodziły co dwie godziny mierzyć cukier, od razu wiadomo na której sali jest ,,ŚWIEŻAK” ,bo słychać stamtąd płacz dziecka. Tego nie da się zapomnieć, wymazać z pamięci. Pamiętam jak już przewieźli nas z OIOM-u przychodzili do nas rodzice dzieci , które już żyły jakiś czas z cukrzycą, chociaż nie znali nas ,  mieli łzy w oczach , kiedy ją widzieli , po diagnozie , całą pokłutą , posiniaczoną, podpiętą kablami do sprzętu , który ją monitorował i dozował leki(miała kwasicę ketonową , była w bardzo ciężkim stanie. Anestezjolog stwierdził ,że nie wiadomo jak to się skończy).

Mnie jest szkoda i tych małych i tych starszych ,i tych najstarszych. Uważam każdego cukrzyka ,który radzi sobie z chorobą za bohatera. 

MAMUSIU SŁABO MI…

W poniedziałek po treningu judo Nataszka miała wysoki cukier , ponad 440. Nie spodziewałam się aż takiego wyniku, szczerze ,to spodziewając się za niskiego cukru przygotowałam małej kolację. Mierzę cukier i szok. No cóż , mój błąd, rutyna… Nataszka bardzo głodna , cukier masakryczny ,ale ponieważ kolacja bogatsza w białka i tłuszcze to pozwoliłam jej ją powolutku jeść ,a podałam solidną korektę i insulinę na jedzenie. 

Cukier bardzo szybko spadł. Z perspektywy czasu zastanawiam się ,czy nie powinnam powtórzyć wtedy pomiaru ,bo może wkradł się jakiś błąd? Ale mądry Polak po szkodzie. Zmierzyłam cukier po jakiejś godzinie (może trochę dłużej) a tam 63. Moja głupota, albo pewnie kolejny raz rutyna podpowiedziała mi ,żeby dać małej banana ,przynajmniej zje sobie bezkarnie owoc. Pewnie gdyby było mniej aktywnej insuliny to by się sprawdziło jak do tej pory. Za jakieś 15 minut słyszę głos Natki ,,mamo słabo mi”. Biegnę z glukometrem ,a tam 34. Szybko słodki napój, pamiętałam ,żeby nie był to mętny sok tylko coś przejrzystego (informacja ze szpitala- cukier z mętnych soków dłużej się wchłania). Mierzę znowu-36. Dobrze ,że nie spada. Nataszka zaczyna zasypiać. Wpadam w panikę. Błagam ,żeby nie spała. Mówię do niej , odpowiada na moje pytania, cały czas jest jej słabo. Biegnę po cukier , dosładzam nim słodki napój (robię bombę cukrową) , mała pije, dodatkowo daję łyżeczkę czystego cukru. Mierzę cukier 47!!! Rośnie, dzięki Ci Boże. 

Nataszka jeszcze oszołomiona pyta mnie: ,,ładnie powiedziałam ,że mi słabo , prawda mamusiu”? ,

,,Pięknie córeczko , jestem z Ciebie dumna , jesteś bardzo mądrą dziewczynką”- odpowiadam tuląc ją w ramionach.

Miałam i mam wyrzuty sumienia ,że tak wyszło z tym niskim cukier. Musiało być naprawdę mało ciekawie, skoro córcia już przysypiała. Przy okazji takich wpadek zdaję sobie sprawę jakie życie jest kruche ,jakim podstępnym lekiem jest insulina , która ratuje życie, ale podana  w za dużej dawce może je zabrać. Do tej pory mam przed oczami buźkę mojej księżniczki, jej splątane oczka, to jak była bezwolna , jak zaczynała się zapadać w sen…I ten strach , a jak będzie starsza i mnie przy niej nie będzie? Wolę nie myśleć ,nie gdybać ,ale takie sytuacje uświadamiają mnie jak bardzo życie człowieka z cukrzycą może być uzależnione od pomocy ludzi , całkiem obcych ludzi. Dociera do mnie ,że tak mało ludzi wie na czym polega hipoglikemia. Otoczenie myli  cukrzyków z ludźmi , którzy są pod wpływem różnych używek. Tymczasem przy cukrzycy dziwne zachowanie może być równoznaczne z wołaniem o pomoc.

Natszaka tego dnia dłużej do siebie dochodziła. Widziałam ,że też się bała tego co zaszło. Powiedziała:

,,Sprawdź mi cukier mamusiu”-chociaż wiedziałam ,że już jest dobry to dla jej spokoju zmierzyłam , dopytywała mnie jeszcze

-,,Dobry mam cukier? Dobrze ,że zmierzyłaś cukier, paski nie są ważne tylko ja prawda? ” , kiedy jej powiedziałam ,że cukier jest dobry to powiedziała ,że jeszcze źle się czuje. Odpowiedziałam jej ,że to normalne , bo miała bardzo niski cukier i niech już się nie martwi , bo ja czuwam i będę mierzyć cukier , bo paski mama zawsze kupi jak będą potrzebne. Szybko zabrałam telefon i pokazałam małej,że ustawiam alarmy.

-,,Dobrze mamusiu , bo ja to wiesz . śpię bardzo twardo”- odpowiedziała wyraźnie uspokojona. 

-,,A Ty nie musisz spać twardo mamo?” -zapytała Natka. Co mogłam odpowiedzieć? Powiedziałam: 570064.3

-,,Ja jestem duża i nie muszę dużo spać , Ty potrzebujesz snu , bo jesteś malutka i jeszcze rośniesz i dlatego masz ,,twardy sen”,ale nic się nie martw mama ma lekki sen i będę mierzyć cukier”. Nataszka przytuliła się do mnie i w końcu zasnęła , taka ufna. Kocham ją nad życie. 

Czemu takie małe dzieci muszą mieć takie problemy? W marcu mijają trzy lata odkąd zawalił się nasz świat. Każdego dnia podnosimy się od nowa. Każdego dnia walczę o lepsze życie dla mojego dziecka, o jej zdrowie. O dobre cukry i brak powikłań. Takie życie na krawędzi. Ciężko utrzymać cukry w ryzach ,ale staram się jak mogę. Nataszka też stara się jak może dostosowywać do tych wszystkich zakazów i nakazów.

A MNIE JEST SZKODA.

W końcu zrobiłam co sobie obiecywałam. Zredukowałam bazę. Noc całkiem spokojna, bez dopajania, dopiero przed 9:00 niemiła niespodzianka -cukier 59. Podałam sok i od razu zredukowałam bazę. Zobaczę jak będzie jutro. 

Do tej pory zamiast redukować bazę to zmniejszałam ją procentowo i muszę przyznać ,że nie dawało to rezultatów (chociaż nie wiem czemu). 

W Wigilię brat chciał mnie pocieszyć i powiedział ,że jeszcze trochę i Nataszka sama będzie sama sobie radzić z cukrzycą i mnie odciąży. Szczerze , to takie hasła mnie nie pocieszają ,raczej mnie dołują ,bo niby mnie ,,odciąży” ,ale sama będzie miała to wszystko na głowie. Boję się już teraz chwili , kiedy sama zacznie wychodzić. Nie ,nie jestem jakąś chorą despotką , która chce zatrzymać dziecko w domu na siłę ,ale wiem ,że będzie mnie wtedy paraliżował strach. Tak mało ludzi wie jak pomóc w hipoglikemii. Tak mało ludzi… Wiem ,że ludzie ,z którymi będzie przebywać córka będą wiedzieć co i jak ,ale będą momenty , kiedy będzie sama , sama wśród tłumu ludzi. Są  święta i pewnie nie powinnam teraz rozgrzebywać takich historii ,ale akurat ta rozmowa z bratem obudziła we mnie takie refleksje. Wiem ,że chciał dobrze, nie sprzeczałam się , nie chcę znowu się pokłócić. Teraz jest super. 

Mam czas na takie refleksje, bo jestem sama w domu. Nataszka z tatą są u przyjaciół. Nie poszłam ,bo albo się czymś strułam ;albo mam jelitówkę i nie chcę nikomu tego ,,sprzedać”. Pamiętam jak pisałam ,że dziwi mnie to ,że tylko Nataszka chorowała, no to teraz nie mam przyczyny ,aby temu się dziwić. Tylko czemu akurat w święta.

Cukry dzisiaj (prócz rannego 59)  dobre (dzwoniłam się dowiedzieć) ,świetnie bawi się z kolegą ,a ja mam czas na rozgrzebywanie ran i rozmyślanie o tym wszystkim. Boję się powikłań , czasem czytam wpisy na stronach cukierasów i dowiaduję się ,że młodzi ludzie borykają się z różnymi powikłaniami. Zawsze wtedy wpadam w panikę. Mam wyrzuty sumienia ,że nie potrafię utrzymać idealnych cukrów u córki i kolejny raz uświadamiam sobie na nowo ,że cukrzyca to nie taka sobie ,,przypadłość” , o której piszą głupoty jacyś pseudo dziennikarze (bo prawdziwy dziennikarz wie o czym pisze) ,tylko bardzo poważna ,nadal nieuleczalna choroba , która wyniszcza organizm. Choroba może zabić, i insulina , który ,,ratuje” diabetykom życie też może to zrobić. Jest bardzo subtelna różnica pomiędzy dawką terapeutyczną a śmiertelną. Na działanie insuliny , intensywność jej działania wpływa tak wiele czynników ,że trudno nad tym wszystkim zapanować , a jednak diabetycy i rodziny diabetyków robią to , starają się jak najlepiej zapanować nad cukrzycą. Jednak NIKT ,kto nie ma do czynienia z tą chorobą na co dzień nie zrozumie i nie pojmie ogromu pracy , którą trzeba wykonać ,żeby postarać się ujarzmić cukry. Ale jak można dziwić się ,,zwykłym ludziom” skoro sami lekarze (poza diabetologami) nie potrafią zrozumieć ,że cukrzyca typ-1 to bardzo trudny przeciwnik. Wydaje się im ,że wystarczy podać insulinę ,a wszystko inne robi się samo. Do tego większość ludzi myśli ,że pompa insulinowa jest równoznaczna z wyleczeniem ,że jest to taka sztuczna trzustka, która robi wszystko. Bardzo często słyszę hasła typu ,,a czemu siedzisz w przedszkolu skoro córka ma pompę insulinową  , to ona wszystkiego nie reguluje?”. Tłumaczę wtedy co i jak , oczywiście jak ktoś jest tym zainteresowany.

No i w zasadzie już po świętach, spadło u nas trochę śniegu. Może jeszcze dopada , to ulepimy bałwana i pójdziemy na sanki. 


Znowu koszmarne cukry. Jakiś czas był spokój , ale za dobrze by nam było. Podwyższyłam bazę i nie szczędzę insuliny. Teraz cukier 91 . Trochę za nisko według mnie jak na noc , jak będzie mieć tendencję spadającą to podam trochę soku i zmniejszę bazę.                                                                                                                          Średnia z glukometru wywołuje u mnie poczucie winy i wściekłość. Jakoś tak wysokie cukry mnie wyprowadzają z równowagi. Wiem ,że dzieje się coś złego istocie ,którą kocham ponad wszystko. Jestem zła, na siebie, że nie mogę tego wszystkiego wyregulować ,ogarnąć , na córcie ,że chce coś zjeść a ma wysoki cukier, albo kaprysi przy jedzeniu ,a insulina podana ,a ja muszę kombinować (co nie zawsze jest dobre dla cukrów). Wiem ,że to nie jest niczyja wina , tylko cukrzycy ,ale czasem nie wyrabiam. Wtedy najczęściej wychodzę z małą na dwór. Żeby ona nie myślała o jedzeniu ,a ja żebym nie zamartwiała się cukrami.                                                    Cukrzyca. Wątpię ,że ktoś znajdzie na nią lek i wybawi od niej ludzi. Czytam wpisy mam ,których dzieci od niedawna chorują i czuję ogromny smutek. Czemu tak musi być? Kolejna mała istota została SKAZANA na coś czego nawet dorośli nie potrafią ogarnąć. Współczuję rodzicom , którzy do tej pory martwili się zapewne pierdołami , które teraz wydają im się takie błahe i nic nie znaczące. Teraz prym wiedzie ona-CUKRZYCA. Ona dyktuje warunki , nie ma od niej urlopu ,przerwy. Te straszne początki , kiedy niektórzy jeszcze nie zdają sobie sprawy ,że tak już będzie zawsze. Wyjście ze szpitala i BUUUUUM. Za szpitalnymi ścianami też są ograniczenia , też trzeba robić zastrzyki , mierzyć cukier, czekać na posiłki. Za wysoko-źle ,za nisko-jeszcze gorzej. 

Widziałam nowe zachorowania u dzieciaków jak byłam na badaniach kontrolnych. Byłam na sali z dwoma chłopcami w wieku 8 i 10 lat. Dzieli mali chłopcy. W ich głowach tliła się iskierka nadziei ,że to tylko w szpitalu ,że przecież w domu będzie tak jak kiedyś. Ich mamy , które zgrywały przy nich twardzieli , a jak tylko zamykały się za nimi drzwi to ryczały. Podziwiam je ,że nie płakały przy chłopcach. Te tłumaczenie dzieciakom ,że w domu będzie tak jak w szpitalu. Tak chyb a jest zawsze ,że po zachorowaniu robi się wszystko zgodnie z wytycznymi , dopiero potem kolejno padają poszczególne mity , kolejne zakazane owoce zostają na nowo poznawane. Pizza, hamburger, lody ,słodycze, podjadanie między posiłkami. To wszystko było kiedyś na wyciągnięcie ręki , teraz trzeba nauczyć się tak dawkować te przyjemności ,żeby nie zaszkodziły dziecku.                                                                                                                                                                                      Mam przed oczami jednego z chłopców. Strasznie płakał ,długo utrzymywał mu się wysoki cukier , był bardzo głodny ,a nic nie mógł jeść. Wiedziałam w czym tkwił problem -nosił on nazwę PARÓWKI. Powiedziałam o moich podejrzeniach mamie chłopca, sceptycznie do tego podeszła, bo skoro pielęgniarki pozwalają? Dopiero jak kolejny raz cukier po nich urósł to chyba zrozumiała na czym rzecz polega, że parówki ,,lubią” wybijać , i podawanie ich na noc nie jest dobre. Pamiętam ich spojrzenia jak Nataszka żuła gumę. Oczywiście taką bez cukru, poczęstowała chłopców. Oni tak bardzo chcieli ją żuć , poczuć odrobinę słodyczy ,ale rodzice nie bardzo wiedzieli co robić ,bali się ,że guma podniesie cukier. Jak wolałam nie ingerować za bardzo ,bo bałam się ,że cukier wybije po czymś innym ,a oni będą mieć niewypowiedziane pretensje. Ciekawe co u nich. Jak dają sobie radę  ? Jakie maja cukry? Czy ich mamy jeszcze szperają po internecie w nadziei ,ze znajdą lek. 

Cukier-59!!! Podałam soku , zmniejszyłam bazę. Ciekawe co to będzie. Tu nigdy nie ma pewności, może spaść ,urosnąć ,albo pozostać na stałym poziomie. 

Rano zmieniliśmy wkłucie ,bo cukier 209… choć w  nocy utrzymywał się na poziomie 150 ,130-nie jest to super wynik ,ale ja też czasem potrzebuję pospać bez nerwów i strachu. Nataszka była dzielna.. Po zdjęciu córci starego wkłucia wypłynęła z niego krew. Nie wiem jakim cudem działało w miarę ok. przez te 2 dni?   Wiem natomiast , że robienie wkłucia jednak boli ,bo sama raz sobie je zrobiłam. Samo wkłucie nie bolało ,ale po kilku sekundach poczułam coś w rodzaju ,,rozrywania” tkanek. Z  czystym sumieniem powiem,że do przyjemnych to nie należy. 

Musimy zmienić miejsce do robienia wkłuć ,bo pupa jest w opłakanym stanie. Brzuch odpada. Nóżka kiedyś nas zawiodła, raczka zawiodła nas ostatnio (chociaż wcześniej cukry były przy wkłuciu na rączce super. Teraz jednak jak jest gorąco to wystawianie wkłucia i drenu na słońce może nie być najlepszym pomysłem?

urodzinki u kolegi

Wczoraj mieliśmy pracowity dzień. Rano Nataszka była u diabetologa. Lekarka zadowolona z cukrów ,Nataszka straciła troszkę na wadze i urosła o całe PÓŁ centymetra.
Na 16 godzinę córcia była zaproszona na urodziny do kolegi. Już od kilku dni czekała na tą imprezkę , odliczała każdy dzień. Imprezka była superowa. Kolega organizował zabawę w bawilandii i muszę przyznać ,że dzieci miały super zorganizowany czas i nie miały ani chwili na nudę. Były tańce, malowanie twarzy , zabawa w ganianego i mnóstwo innych atrakcji. Przyznam szczerze, że nawet mnie bardzo szybko upłynęły te 2 i pół godziny na podglądaniu dobrej zabawy dzieciaków.
Cukry? Za późno podałam insulinę na tort, bo nie byłam pewna czy go zje. Zjadła. Na szczęście wybiło ,,tylko” na nieco ponad 200 ,ale szybko się wyrównało.
Raz miałam stracha, jak pani wymyśliła zabawę w chowanego. Jakoś tak odczuwałam niepokój ,bo nagle córcia zniknęła mi z pola widzenia i nie mogłam jej namierzyć. Od razu zaczęłam zastanawiać się ,,jak tam cukry” , czy nie spadły za nisko. Na szczęście zauważyłam ją jak biegała po placu zabaw , więc mój niepokój odszedł w zapomnienie.

Spotkał Katar Nataszkę.

Niestety mimo chęci nie dotarłyśmy w tym tygodniu do przedszkola (byłysmy tam tylko w poniedziałek). Nataszka od kilku dni ma katar , no niby katar to nie choroba, ale jednak przy katarze jest obniżona odporność i szybciej może coś załapać w przedszkolu. Wolę dmuchać na zimnie,a że i tak na razie nie mogę pracować to po co mam męczyć dzieciaka i z zapchanym na maksa nochalem rzucać na pastwę przedszkolnych mikrobów?
Z cukrami bywa różnie, wczoraj w nocy miałam dwa spadki ,a nad ranem dawałam dwie korekty , raz na cukier 170 , następnie na cukier 156. Muszę przyjrzeć się bazie. Tylko najgorsze jest to ,że nie ma stałości w tych za niskich i za wysokich cukrach , więc trudno mi jest cokolwiek wywnioskować. Dodatkowo nie wiem ,czy tak się dzieje ,bo córcia jest przeziębiona, czy też to jakaś trwała zmiana.
Z przeziębieniami w tym roku mamy masakrę. Dopiero co siedziała w domu z tego samego powodu , poszła raz do przedszkola, w przedszkolu poszli na spacer , a potem ja po przedszkolu poszłam z nią na spacer i znowu katar. Zastanawiałam się już czy nie ma na coś alergii (chyba na wczesne wstawanie do przedszkola), powiedziałam na głos przy córci :
-Kurcze, a może to jakaś alergia??
Natka ,bystre dziecko podłapała temat:
-A na co?
-Pewnie na czekoladę -odparłam ,czekając na jej reakcję.
-Nie ma mamo ,ja mam tą ENERGIĘ NA SZYNKĘ… -no i chciałam być cwana a wyszło jak zawsze.

Martwię się co bedzie w przyszłym roku , jak już bedzie przygotowywana do szkoły. Podaję jej syropki na odporność z różnymi substancjami mającymi zdziałać cuda , ale efekty jak do tej pory mizerne. Chociaż to pewnie moja wina, bo nie robię tego systematycznie, zdarza mi się przegapić dawkę,bo np. cukier za wysoki , a potem zapominam. Od dziś postaram się to robić systematycznie, bo już nam ręce opadają. Aż wstyd mi w przedszkolu , bo ostatnio chodzimy w mega kratkę. Pewnie panie sobie myślą,że to mnie nie chce się tam siedzieć i wolę córkę zostawić w domu , no tak , nie jest szczytem moich marzeń koczowanie pod drzwiami sali przedszkolnej mojej córeczki ,ale lubię tam chodzić z córeczką ,bo wiem ,że zawsze nauczy się czegoś nowego , pobawi się z rówieśnikami i będzie zadowolona.

Chwiejne cukry, spacer,przedszkole i inne swawole.

Wczoraj Paweł poszedł z Natką do przedszkola, jakimś cudem udało mi się ją wyciągnąc z łóżka, chociaż dzień ,a właściwie noc wcześniej nie mogła zasnąć. Oczywiście ubieranie odbyło się na tzw. śpiocha. Paweł miał wyjść do biblioteki , więc przy obliczaniu insuliny do sniadania zadziałałam nieco zachowawczo i efekt był taki ,że po jakiejś godzinie (po powrocie Pawła do przedszkola) cukier był mało imponujący -290 (chociaż w zasadzie chyba bardziej chodziło o to ,że za późno podał córci insulinkę , bo aż tak zachowawcza w obliczaniu nie byłam).Paweł podał korektę , potem przedszkolaki poszły na podwórko. Po korekcie i zabawie cukier spadł do 120. Na obiad Paweł podał 0,5 jednostki insuliny , potem wymieniłam go ja. Jak weszłam do sali Panie powiedziały ,że Natka praktycznie nic nie zjadła ,więc nie dokładałam insuliny , tylko zmierzyłam cukier , nie było nisko ,bo ok 170 ,ale nie chciałąm dokładac ,bo skoro nic nie zjadła…
Przed angielskim okazało się ,że chyba jednak coś zjadła ,bo cukier 200 , podałam odpowiednią korektę i pozostało mi tylko czekanie.
Po przedszkolu spacerek , przy okrzykach i marudzeniu mojej córeczki jak to bardzo bolą ja nogi itp. Po drodze weszliśmy do sklepu, Natka miała ochotę na jakiś serek w wafelku , pozwoliłam jej go wziąśc ,ale nie pozwoliam zjadać,bo nie zjadła nic w przedszkolu. Po wyjściu ze sklepu usłyszałam ,,słabo mi” , no i przyznam się bez bicia ,że myślałam ,że mała chce sposobem dostać się do tegoż serka w kształcie loda, oczywiście cukier zmierzyłam a tam 45!!!!!!! O litości… Od razu sok , i tenże serek. W drodze powrotnej do domu również nie obyło się bez jęków ,,bolą mnie nogi , jestem zmęczona, chce odpocząć” -zważywszy na chwiejny tego dnia cukier tak mogło być. Ale…
Jak tylko doszliśmy do placu zabaw, oczy mojego dziecka zrobiły się jak dwa spodki latjące, cała niemoc ,słabość ,ból nóg cudem ustąpiły a ich miejsce zajęły zabawy i harce z kolegami. Tym razem Paweł zaczął marudzić ,że chce do domu , bo w czasie spaceru udało mi się go zgarnąć jak wracał od lekarza.
Przekonaliśmy Natkę wspólnymi siłami ,żeby szła do domu. No dobra, przyznaję bez bicia użyliśmy podstępu ,że niby w domu jest niespodzianka. Na szczęście moje dzieciątko nie jest pazerniakiem i cokolwiek uzna za niespodziankę ,więc nie było płaczu.
Myślałam ,że po takim dniu i moje dziecię w domu będzie odpoczywać, no i tak było pierwsze 30 minut, potem szybko odzyskała werwę i była gotowa do zabawy. Cieszę się, że tak jest , że ma dobrą formę , że ma chęci do zabawy, że jest taka jak przed chorobą -radosna ,ciekawa świata.
W trakcie kąpieli usłyszałam jak moja córeczka powtarza ,,TODAY IS SUNNY” przyznam ,że duma rozpierała moją pierś i stwierdziłam ,że ma talent do języków (typowa mamuśka). Zapytałam córeczkę jak było na angielskim , odpowiedziała ,że sama bez podpowiedzi pani powiedziała ten zwrot, a na moje pytanie co pani na to Natka odpowiedziała ,że usłyszała od pani ,,,PERFECT” – dodam ,że córcia powiedziała to z akcentem. Jak to niewiele potrzeba mamom do szcześcia.
Na angielskim byłyśmy dopiero kilka razy , w przedszkolu są organizowane takie zajecia ,dla mnie to dodatkowy czas do spędzenia w przedszkolu , bo od tego roku zajęcia dodatkowe muszą odbywać się po przedszkolu.
Po kąpieli przyszedł czas na zmiane wkłucia, Nataka uciekła do dziadka, obiecałam ,że jak da sobie zrobić wkłucie to dostanie taki deserek z koroną. Poskutkowało. Nataszka dała sobie bez problemu zrobić wkłucie ,tylko kazała patrzeć dziadkowi jaka jest dzielna. Niestety dla niej i dla mnie okazało się ,że wkłucie nie zadziało jak trzeba i nocka była ,,do dupy” przepraszam za wyrażenie,ale inaczej tego nazwac nie mogę. Korekty w nocy i częste sprawdzanie cukru , do tego robienie picia. I w ten sposób mój plan regularnego uczęszczania do placówki zwanej przedszkolem upadł. Pewnie gdyby to byłą tylko ta jedna noc, to jeszcze jakoś bym dała radę ,ale ostatnie nocki nie są idealne, nie ma tragedii cukrowej ,ale odkąd wkłucie jest na ręce zdarza się w nocy koniecznośc podawania korekty (która bardzo szybko doprowadza cukier do porządku) , zastanawiam się ,więc, czy w czasie snu córcia nie przygniata gdzieś drenu i baza nie dociera tam gdzie powinna?
Mam wyrzuty sumienia ,że zamiast w przedszkolu siedzimy w domu. Mam nadzieję ,że jutro już nie będzie żadnych niespodziewanek.