hipoglikemia

MAMUSIU SŁABO MI…

W poniedziałek po treningu judo Nataszka miała wysoki cukier , ponad 440. Nie spodziewałam się aż takiego wyniku, szczerze ,to spodziewając się za niskiego cukru przygotowałam małej kolację. Mierzę cukier i szok. No cóż , mój błąd, rutyna… Nataszka bardzo głodna , cukier masakryczny ,ale ponieważ kolacja bogatsza w białka i tłuszcze to pozwoliłam jej ją powolutku jeść ,a podałam solidną korektę i insulinę na jedzenie. 

Cukier bardzo szybko spadł. Z perspektywy czasu zastanawiam się ,czy nie powinnam powtórzyć wtedy pomiaru ,bo może wkradł się jakiś błąd? Ale mądry Polak po szkodzie. Zmierzyłam cukier po jakiejś godzinie (może trochę dłużej) a tam 63. Moja głupota, albo pewnie kolejny raz rutyna podpowiedziała mi ,żeby dać małej banana ,przynajmniej zje sobie bezkarnie owoc. Pewnie gdyby było mniej aktywnej insuliny to by się sprawdziło jak do tej pory. Za jakieś 15 minut słyszę głos Natki ,,mamo słabo mi”. Biegnę z glukometrem ,a tam 34. Szybko słodki napój, pamiętałam ,żeby nie był to mętny sok tylko coś przejrzystego (informacja ze szpitala- cukier z mętnych soków dłużej się wchłania). Mierzę znowu-36. Dobrze ,że nie spada. Nataszka zaczyna zasypiać. Wpadam w panikę. Błagam ,żeby nie spała. Mówię do niej , odpowiada na moje pytania, cały czas jest jej słabo. Biegnę po cukier , dosładzam nim słodki napój (robię bombę cukrową) , mała pije, dodatkowo daję łyżeczkę czystego cukru. Mierzę cukier 47!!! Rośnie, dzięki Ci Boże. 

Nataszka jeszcze oszołomiona pyta mnie: ,,ładnie powiedziałam ,że mi słabo , prawda mamusiu”? ,

,,Pięknie córeczko , jestem z Ciebie dumna , jesteś bardzo mądrą dziewczynką”- odpowiadam tuląc ją w ramionach.

Miałam i mam wyrzuty sumienia ,że tak wyszło z tym niskim cukier. Musiało być naprawdę mało ciekawie, skoro córcia już przysypiała. Przy okazji takich wpadek zdaję sobie sprawę jakie życie jest kruche ,jakim podstępnym lekiem jest insulina , która ratuje życie, ale podana  w za dużej dawce może je zabrać. Do tej pory mam przed oczami buźkę mojej księżniczki, jej splątane oczka, to jak była bezwolna , jak zaczynała się zapadać w sen…I ten strach , a jak będzie starsza i mnie przy niej nie będzie? Wolę nie myśleć ,nie gdybać ,ale takie sytuacje uświadamiają mnie jak bardzo życie człowieka z cukrzycą może być uzależnione od pomocy ludzi , całkiem obcych ludzi. Dociera do mnie ,że tak mało ludzi wie na czym polega hipoglikemia. Otoczenie myli  cukrzyków z ludźmi , którzy są pod wpływem różnych używek. Tymczasem przy cukrzycy dziwne zachowanie może być równoznaczne z wołaniem o pomoc.

Natszaka tego dnia dłużej do siebie dochodziła. Widziałam ,że też się bała tego co zaszło. Powiedziała:

,,Sprawdź mi cukier mamusiu”-chociaż wiedziałam ,że już jest dobry to dla jej spokoju zmierzyłam , dopytywała mnie jeszcze

-,,Dobry mam cukier? Dobrze ,że zmierzyłaś cukier, paski nie są ważne tylko ja prawda? ” , kiedy jej powiedziałam ,że cukier jest dobry to powiedziała ,że jeszcze źle się czuje. Odpowiedziałam jej ,że to normalne , bo miała bardzo niski cukier i niech już się nie martwi , bo ja czuwam i będę mierzyć cukier , bo paski mama zawsze kupi jak będą potrzebne. Szybko zabrałam telefon i pokazałam małej,że ustawiam alarmy.

-,,Dobrze mamusiu , bo ja to wiesz . śpię bardzo twardo”- odpowiedziała wyraźnie uspokojona. 

-,,A Ty nie musisz spać twardo mamo?” -zapytała Natka. Co mogłam odpowiedzieć? Powiedziałam: 570064.3

-,,Ja jestem duża i nie muszę dużo spać , Ty potrzebujesz snu , bo jesteś malutka i jeszcze rośniesz i dlatego masz ,,twardy sen”,ale nic się nie martw mama ma lekki sen i będę mierzyć cukier”. Nataszka przytuliła się do mnie i w końcu zasnęła , taka ufna. Kocham ją nad życie. 

Czemu takie małe dzieci muszą mieć takie problemy? W marcu mijają trzy lata odkąd zawalił się nasz świat. Każdego dnia podnosimy się od nowa. Każdego dnia walczę o lepsze życie dla mojego dziecka, o jej zdrowie. O dobre cukry i brak powikłań. Takie życie na krawędzi. Ciężko utrzymać cukry w ryzach ,ale staram się jak mogę. Nataszka też stara się jak może dostosowywać do tych wszystkich zakazów i nakazów.

A MNIE JEST SZKODA.

W końcu zrobiłam co sobie obiecywałam. Zredukowałam bazę. Noc całkiem spokojna, bez dopajania, dopiero przed 9:00 niemiła niespodzianka -cukier 59. Podałam sok i od razu zredukowałam bazę. Zobaczę jak będzie jutro. 

Do tej pory zamiast redukować bazę to zmniejszałam ją procentowo i muszę przyznać ,że nie dawało to rezultatów (chociaż nie wiem czemu). 

W Wigilię brat chciał mnie pocieszyć i powiedział ,że jeszcze trochę i Nataszka sama będzie sama sobie radzić z cukrzycą i mnie odciąży. Szczerze , to takie hasła mnie nie pocieszają ,raczej mnie dołują ,bo niby mnie ,,odciąży” ,ale sama będzie miała to wszystko na głowie. Boję się już teraz chwili , kiedy sama zacznie wychodzić. Nie ,nie jestem jakąś chorą despotką , która chce zatrzymać dziecko w domu na siłę ,ale wiem ,że będzie mnie wtedy paraliżował strach. Tak mało ludzi wie jak pomóc w hipoglikemii. Tak mało ludzi… Wiem ,że ludzie ,z którymi będzie przebywać córka będą wiedzieć co i jak ,ale będą momenty , kiedy będzie sama , sama wśród tłumu ludzi. Są  święta i pewnie nie powinnam teraz rozgrzebywać takich historii ,ale akurat ta rozmowa z bratem obudziła we mnie takie refleksje. Wiem ,że chciał dobrze, nie sprzeczałam się , nie chcę znowu się pokłócić. Teraz jest super. 

Mam czas na takie refleksje, bo jestem sama w domu. Nataszka z tatą są u przyjaciół. Nie poszłam ,bo albo się czymś strułam ;albo mam jelitówkę i nie chcę nikomu tego ,,sprzedać”. Pamiętam jak pisałam ,że dziwi mnie to ,że tylko Nataszka chorowała, no to teraz nie mam przyczyny ,aby temu się dziwić. Tylko czemu akurat w święta.

Cukry dzisiaj (prócz rannego 59)  dobre (dzwoniłam się dowiedzieć) ,świetnie bawi się z kolegą ,a ja mam czas na rozgrzebywanie ran i rozmyślanie o tym wszystkim. Boję się powikłań , czasem czytam wpisy na stronach cukierasów i dowiaduję się ,że młodzi ludzie borykają się z różnymi powikłaniami. Zawsze wtedy wpadam w panikę. Mam wyrzuty sumienia ,że nie potrafię utrzymać idealnych cukrów u córki i kolejny raz uświadamiam sobie na nowo ,że cukrzyca to nie taka sobie ,,przypadłość” , o której piszą głupoty jacyś pseudo dziennikarze (bo prawdziwy dziennikarz wie o czym pisze) ,tylko bardzo poważna ,nadal nieuleczalna choroba , która wyniszcza organizm. Choroba może zabić, i insulina , który ,,ratuje” diabetykom życie też może to zrobić. Jest bardzo subtelna różnica pomiędzy dawką terapeutyczną a śmiertelną. Na działanie insuliny , intensywność jej działania wpływa tak wiele czynników ,że trudno nad tym wszystkim zapanować , a jednak diabetycy i rodziny diabetyków robią to , starają się jak najlepiej zapanować nad cukrzycą. Jednak NIKT ,kto nie ma do czynienia z tą chorobą na co dzień nie zrozumie i nie pojmie ogromu pracy , którą trzeba wykonać ,żeby postarać się ujarzmić cukry. Ale jak można dziwić się ,,zwykłym ludziom” skoro sami lekarze (poza diabetologami) nie potrafią zrozumieć ,że cukrzyca typ-1 to bardzo trudny przeciwnik. Wydaje się im ,że wystarczy podać insulinę ,a wszystko inne robi się samo. Do tego większość ludzi myśli ,że pompa insulinowa jest równoznaczna z wyleczeniem ,że jest to taka sztuczna trzustka, która robi wszystko. Bardzo często słyszę hasła typu ,,a czemu siedzisz w przedszkolu skoro córka ma pompę insulinową  , to ona wszystkiego nie reguluje?”. Tłumaczę wtedy co i jak , oczywiście jak ktoś jest tym zainteresowany.

No i w zasadzie już po świętach, spadło u nas trochę śniegu. Może jeszcze dopada , to ulepimy bałwana i pójdziemy na sanki. 


CHORE RZEWLEKLE DZIECKO W PRZEDSZKOLU,, TE CUKRY MNIE DRĘCZĄ” -CUKRZYCO DAJ NORMALNIE ŻYĆ.

Dawno nic nie pisałam. Trochę zaległości się zrobiło. Miałam zacząć od wakacji , które w oczach Natki nie były wakacjami ,bo nie pojechała do babci za którą bardzo tęskniła. Zacznę jednak od przedszkola.

Od 1-go września Natka jest w najstarszej grupie, są to zajączki. Ma teraz dwie panie i całkiem nową ,młodą bardzo sympatyczną panią pomoc. Pierwszego dnia wszystko odbyło się bez większych zgrzytów. Muszę tylko popracować nad bazą, bo przed śniadaniem miała cukier ok 70 , więc ją trochę dosłodziłam, bo śniadanko miało być za ok.20 minut. Potem cukier urósł nam za bardzo ,ale mogły za to odpowiadać też inne  czynniki—>przytkane wkłucie i ekscytacja. Potem już wszystko było ok. Po przedszkolu wróciliśmy do domu. W tym samym dniu poszłyśmy też z córcią na judo!!! Była zachwycona.  Judo zostało wybrane tylko dlatego ,że jest blisko naszego miejsca zamieszkania , omijamy więc kwestię dojazdów, która w zimę może w naszym przypadku być trudna do przeskoczenia , ponieważ ciężko mi jest wyobrazić sobie pomiary cukru na mrozie (kiedy glukometr potrafi odmówić posłuszeństwa) , czy podanie ewentualnej korekty dziecku w kombinezonie. No niby do odważnych świat należy ,ale mam takie obawy i nic na to nie poradzę. Po drugie zajęcia nie są drogie i odbywają się trzy razy w tygodniu po godzinie. Koszt 40 zł. Postanowiliśmy zamienić angielski i rytmikę z przedszkola na rzecz judo , bo tu będzie znacznie więcej ruchu zaleconego przez lekarzy. No cóż coś za coś. Najważniejsze jest to ,że Natka była zadowolona, a pani trenerka nie robiła żadnych problemów z tym ,że mała ma cukrzycę. Dodatkowo już na miejscu okazało się ,że przyszedł też chłopczyk z grupy Nataszki ,więc oboje byli zadowoleni. Byłam taka dumna z niej ,jak jako najmniejsza uczestniczka zajęć starała się wykonywać wszystkie polecenia trenerki. Jak każda matka, już oczami wyobraźni widziałam moje dziecko zdobywające medal co najmniej Olimpijski. Widziałam ,że podoba jej się na treningu ,a kiedy ,,nowi” mieli usiąść  i tylko patrzeć na wyczyny ,,starych” usłyszałam moją córkę ,,proszę ani ,czy ja też mogę spróbować?” I próbowała. Dzielna. Cukry miała dobre, aż za dobre. Więc musiała wypić sok.  

Drugi dzień w przedszkolu już nie był taki kolorowy. Przegięłam z dawką insuliny do śniadania , bo dzień wcześniej mała miała za wysoko. Potem weszłam na chwilę do sali ,sama nie pamiętam po co i słyszę jak pani mówi:-,,ale ona jest płaczliwa ,zabrałam jej nożyczki ,a ona marudzi”. Przyznałam delikatnie rację , bo faktycznie zdarza się ,że Nata płacze o byle co ,ale coś mnie tknęło i zmierzyłam cukier ,a tam 45!!!!!!! Ludzie , trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam. Poszłam do pani i powiedziałam że mała miała bardzo niski cukier i stąd to jej zachowanie i kolejny raz poprosiłam ją ,że w razie takiej sytuacji niech wysyła córeczkę do mnie. Wkurza mnie to ,bo nie po to siedzę pod salą ,żeby dziecko wpadało w takie hipo. Nauczycielka zdziwiła się ,ale wydaje mi się ,że pomyślała sobie, że przesadzam. Nie wiem co o tym myśleć. Mam wrażenie,  że pani uważa ,że zachowanie małej to fanaberia, a nie reakcja na bardzo złe samopoczucie. Dodam ,że pani jest bardzo dobrym pedagogiem ,ale akurat naszego problemu nie potrafi ogarnąć.  Wzięłam małą na korytarz i dałam soku, córeczka była bardzo roztrzęsiona. Przytuliła się do mnie i strasznie płakała. Myślałam ,że o te nożyczki ,ale kiedy zapytałam ją czemu płacze to odpowiedziała ,,ŻE TE CUKRY JĄ DRĘCZĄ”. Boże… Czemu… Powoli dochodziła do siebie ,ale przyszła pani i kazała jej wracać do sali. Nie wiem czemu nie odezwałam się ,że jeszcze nie pora, chyba podświadomie czuję ,że ,,ONI ROBIĄ MI ŁASKĘ” , że ,,PRZESZKADZAMY” i przemilczam pewne rzeczy. Potem powiedziała jeszcze do Natki ,,JAK NIE PÓJDZIESZ DO SALI TO PANI DYREKTOR KAŻE IŚĆ MAMIE DO DOMU” , to też przemilczałam ,ugryzłam się w język dla swojego i dziecka dobra, ale zagotowało się we mnie strasznie. Jak można straszyć dziecko , które zdaje sobie sprawę ze swojej choroby ,że zostanie samo bez żadnej pomocy i opieki??? Wytłumaczyłam Natce ,że to nieprawda i ,że ja nigdzie nie pójdę. Po chwili mała poczuła się lepiej i wróciła do sali. Na nasze szczęście przed obiadem  przyszła druga pani (nauczycielki się wymieniają) , która na dzień dobry  powiedziała mi ,,Proszę iść do małej ,bo mówi ,że jej słabo ,chociaż raczej w to nie wierzę , ale zawsze warto sprawdzić”. SPRAWDZIŁAM cukier 56. Mała dopiła sok. Podziękowałam nauczycielce, że nie zignorowała mojego dziecka i nie potraktowała jak rozkapryszonej pannicy. Jednak można jak się chce. Nie wiem już co robić ,nie chcę nikomu zaszkodzić , nie chcę konfliktów ,ale też nie chcę siedzieć na tym przedszkolnym korytarzu jak na igłach i ryzykować zdrowia dziecka.

Kiedy tego drugiego dnia wychodziliśmy z przedszkola , Natka zauważyła takie pudełeczko z napisem. Zapytała mnie co na nim pisze ,a kiedy odpowiedziałam ,że ,,SKRZYNKA ŻYCZEŃ” to powiedziała ..to ja jutro napisze życzenie ,,ŻEBYM NIE MIAŁA CUKRZYCY” -może się spełni , co mamusiu?” , standardowo w takich sytuacjach -załamał mi się głos i zaszkliły oczy ,a w gardle poczułam gulę ,ale odpowiedziałam ,,kto to wie , może się spełni. Ja też napisze takie życzenie , tata , dziadek , wujek , ciocia i Karolcia , nawet Fredek. Wszyscy chcą żebyś była zdrowa. Potem padło pytanie ,,a czemu tak mało ludzi choruje na cukrzycę?” , nie wiedziałam jak odpowiedzieć, w końcu powiedziałam ,,wcale nie tak mało , pamiętasz Marysię , dzieci ze szpitala i z przychodzi?” .Nataszka dodała- ,, i jeszcze babcia. Ale wiesz co mamusiu ja nie chcę być chora na cukrzycę i nie chcę ,żeby te inne dzieci i dorośli chorowali na cukrzycę”- przy tych ostatnich słowach głos jej się załamał. Nie mogę uwierzyć ,że to się dzieje naprawdę…  Potem poszłyśmy na chwilę do domku , a  potem już do wieczora na dworze.

KONTROLNE BADANIA DZIECKA Z CUKRZYCĄ CZĘŚĆ-1. C

Zacznę od początku.
Jak ogólnie wiadomo , badania w szpitalu muszą się odbyć. Z tego co zaobserwowałam to trwają one od 3 do 4 dni. Szczerze mówiąc uważam ,że wszystkie badania mogą odbyć się w ciągu doby ,ale rozumiem ,że lekarze chcą ,,poprzyglądać się bazie”.

Naszą przygodę z badaniami rozpoczęłyśmy w czwartek. W tym dniu nic oczywiście się nie odbyło. Jedyną rzeczą ,która mnie zaniepokoiła to było mierzenie cukrów teoretycznie odbywało się to 15 minut przed posiłkiem ,ale przy pełnym pacjentów oddziale między zmierzeniem cukru a jedzeniem posiłku mijało nawet 45 minut!!! Dla mnie to gruba przesada, ponieważ moje dziecko w tym czasie mogło już mieć o wiele niższy cukier niż przy badaniu. Ale cóż , w końcu byliśmy wśród fachowców.
Do tego insulina podawana w bolusie prostym , zanim dziecko zje. Hmmm ,dla mnie sprawa dyskusyjna ,ale robiłam co mi kazali.
Przed pójściem spać dostaliśmy dwa pojemniki na mocz-jeden mały, drugi duuży (dobowa zbiórka moczu).
W nocy przy cukrze 67 nie podano córci nic, ale cukier zmierzono po 15 minutach. Niby urósł do 74 ,więc wszysko było dobrze. Wiem ,że może jestem przewrażliwona, ale nie przepadam za tak ,według mnie niskimi cukrami w nocy, więc sama na własna rękę podałam dziecku odrobinę soku (następny pomiar w szpitalu miał być za jakieś 2 godziny ,a bazę mamy też dosyć solidną. Kolejny pomiar cukru wynosił też niewiele ponad 70. (Osobiście bym zmniejszyła bazę o jakieś 20%).

BADAŃ DZIEŃ DRUGI-PIĄTEK
Wstaliśmy rano. Ważenie, sikanie i pomiar cukru. Następnie badania krwi. Nie cierpię ich. Natka strasznie płakała i się wyrywała. Pielęgniarka chwilę ,,grzebała” igłą zanim dostała się do żyły.
Obchód. Pytam lekarki (była nasza) na kiedy są planowane pozostałe badania , pada odpowiedź na poniedziałek… Pytam czy uda nam się wyjść do domu w poniedziałek , lekarka mówi ,że nie powinno być problemu (odczuwam ulgę).
Śniadanie. Spora ilość insuliny puszczonej w bolusie prostym. Natka zjadła sporo białek-tłuszczy. Wszystko ok. Pomiar przed drugim śniadaniem , coś nieco ponad 80. Insulina podana w bolusie prostym. Jemy drugie śniadanie. Nataszka zjadła wstała z łóżka. Poszłam za nią. Nagle moje dziecko upadło , tak jakby nóżki stały się jak z waty. Mówi ,że jej słabo. Biegnę do dyżurki. Mierzymy cukier 39!. Pielęgniarka chce podać jej glukozę. Mała nie chce pić .Pytam o sok. Pozwala. Podajemy sok. Mierzymy za chwilę cukier 34. Nataszka słabnie. Podajemy więcej soku. Przychodzi druga pielęgniarka i pyta czemu zamiast soku nie podano małej glukozy ,ale takiej smakowej w żelu. Sok , który podajemy nie jest dobry ,bo nie jest przejrzysty i dłużej się wchłania. Mierzymy cukier. ROŚNIE!!! ULGA. Widzę też ulgę na twarzy pielęgniarki. Ale zaczyna się problem następny. Ciekawe jak wysoko urośnie?
Nataszka zasypia. Wykończył ją ten niski cukier.
Kontroluję cukier. Początkowo jest dobry ,ale po jakimś czasie zaczyna rosnąć. Finalnie mamy Nieco mniej niż 280. Potrzebna jest korekta. Na oddziale trwa szał ,,testowania kalkulatora bolusa”. Może i to urządzenie nie jest najgorsze, ale z pewnością nie wie jak dużo węglowodanów spożyło moje dziecko na niski cukier. ,,MĄDRE URZĄDZENIE” każe podać 1 jednostkę. Nie jestem do tego przekonana podaję 1,3. Czekamy na efekty. Tata Natki wkurzony. Brakiem badań i wahaniami cukrów. Dosyć głośno mówi o swoich wątpliwościach. Szkoda mi tylko pielęgniarki. Chyba ma poczucie winy, że ten cukier tak urósł , że pozwoliła mi podać za dużo soku. Ja nie mam do niej żadnego żalu. Wręcz przeciwnie , jestem jej wdzięczna ,że pozwoliła mi podać małej sok ,a nie katowała ją rozpuszczoną w wodzie glukozą.Wydaje mi się ,że to nie sok tak wybił cukier tylko skumulowane w organiźmie białka i tłuszcze zaczęły się wchłaniać (w domu w takiej sytuacji , gdybym widziała ,że cukier zaczyna rosnąć to bym podała dodatkową insulinę w bolusie złożonym-oczywiście wiąże się to z częstszym sprawdzaniem cukru ,ale lepsze to niż wywindowanie cukru do 300 ,a potem ,,ciapanie” korektami).
Ale wracając do tematu , pomimo podanej korekcie (większej niż mówił kalkulator bolusa) cukier cały czas stał w miejscu. Nataszka była głodna , ale nie marudziła za bardzo. Kochana jest. W końcu zjawiła się pani doktór. Nie wytrzymałam i pytam ,,Pani doktór, a co z nami? Nataszka prawie cały dzień ma cukier prawie 300, w domu staram się szybko zbijać takie cukry, jest zmęczona, ma podkrążone oczka, zaraz będzie miała zły humor , ja już go mam.”
Pani doktór , odpowiedziała ,,że niepotrzebnie”. I w końcu kazała podać kolejną dawkę korekty , która wraz z ruchem szybko zbiła cukier i Nataszka w końcu mogła zjeść obiad na kolację.
Kolejne dni opiszę w następnym poście. CDN

Dziecko z cukrzycą MUSI być pod ciągłą kontrolą.

Nataszka nie chce coś chodzić do przedszkola. W tym roku jeszcze nie musi chodzić regularnie ,ale boję się co to będzie za rok? Nie wiem co ją zraziło do przedszkola, ostatnio mi powiedziała ,,co ja poradzę na to ,że lubię się wyspać…” Może to tylko to.

Dzisiaj zabrałam się za kontynuację porządków przedświąteczynych, cel-łazienka. Porządki rozpoczęłam oczywiście od pomiaru cukru-
11:34-cukier 187 -dosyć wysoko , ale nie dawałam korekty, bo było dużo aktywnej insuliny. Zabrałam się za porządki. Oczywiście co jakiś czas standardowo pytałam moją córcie jak się czuję ,a ona odpowiadała ,że dobrze. Po ponad godzince słyszę jak Nataszka idzie do mnie, obija się o ściany i woła ,,mamo , nie mogę iśc ,nogi mi się uginają”. Wybiegłam z łazienki, pociągnęłam ją w stronę pokoju, dałam jej szybko soku i zmierzyłam cukier a tam 38!! Wynik skontrolowałam na drugim glukometrze a tam -34!! Była 12:44.
Dosłownie 5 minut wcześniej mój tata pytał jej co robi i jak się czuje ,a córcia mu powiedziała ,że się uczy i żeby poszedł do siebie. Martwię się ,że mała nie odczuwa niskich cukrów odpowiednio wcześnie. A dzisiaj miałam kolejny dowód na to ,że zawsze trzeba być czujnym. Dziwi mnie to ,że moja córeńka przy tak niskim cukrze praktycznie normalnie funkcjonuje, chociaż zdarzyło się,że przy podobnym cukrze zaczęła zasypiać… Na szczęście była jeszcze świadoma i wystarczył sok ,ale najadłam się strachu , ona pewnie też. Dobrze ,że dzisiaj do mnie przyszła i mi powiedziała ,że coś z nią nie tak.
Nieco ponad godzina i z wysokiego cukru spadła tak nisko. I jak tu ograniczyć ilość pomiarów?????
Później już cukry wysokie, nawet za bardzo. Pewnie dlatego ,że po takich sytuacjach, które (nie ma co się oszukiwać) bezpośrednio zagrażają zdrowiu ,a nawet życiu – zazwyczaj podaję insulinę jakby ostrożniej , takie sytuacje wzmagają moją czujność i strach. Nobel dla tego kto wymyśli insulinę, która będzie się dezaktywować np. przy cukrze 80. To by była rewolucja w leczeniu cukrzycy ,bo w wynalezienie leku i całkowite wyleczenie jakoś uwierzyć czasem nie mogę, chociaż usilnie tego pragnę i o niczym innym nie marzę. Dziwi mnie jednak ,że nadal w mej podświadomości tli się ta nadzieja , ,,a może mojemu dziecku się uda i jutro wstanie zdrowa” , chyba ta absurdalna nadzieja pomaga mi z tym wszystkim nie zwariować.

Co do rozwolnienia,które męczyło moją córeczkę ,a na które pani doktór zaleciła dietę i dicoflor , które to za bardzo nie pomagały , to ja zaaplikowałam jej nifuroksazyd i wszystko przeszło po JEDYM dniu (oczywiście odpukać). Niby tabletki i kapsułki przeznaczone są dla dzieciaków od 6-go roku życia, ale kupiłam ENDIEX ,(nifuroksazyd w kapsułkach) ,otwarłam kaspułkę , wysypałam proszek na łyżeczkę ,wymieszałam z wodą i wyszło prawie jak zawiesina dla dzieci.
Swędzącą skórę mocno nawilżam (teraz stosuję ziajkę -do mycia ciała i krem do pielęgnacji dzieci i niemowląt , oraz nivea krem SOS=do bardzo wysuszonej skóry-on pozostwia taki tłusty film na skórze, który jakoś moja córeczka zaczęła tolerować-przedtem nie było mowy o niczym tłustym na jej skórze, kazała sobie zdejmować. Jeszcze mam zamiar dokupić krem do pielęgnacji dzieci- też nivea).