kwasica ketonowa

Panika w szkole.

Znowu szkoła.Znowu chodzimy razem. Natka jest w klasie ,a ja grzecznie siedzę sobie na dole przy dyżurce. Jest lepiej niż w przedszkolu, bo chociaż mam do kogo  od czasu do czasu zagadać i panie są bardziej przystępne i wyrozumiałe. Zauważyłam ,że wychowawczyni Nataszkowa troszkę mnie unika , pewnie boi się ,że zapytam o to czy jest jakaś szansa na to ,żeby bardziej zaangażowała się w sprawę Nataszki. Wiem ,że nie unika odpowiedzialności, tylko bardzo się boi. Wiem jak to jest. 

Wczoraj w szkole Natka spanikowała. Dzwoniła do mnie z góry ,że ma cukier 119 ,a ja ,że chciałam wyjść na chwilę ze szkoły i chociaż zrobić jakieś zakupy kazałam jej ,żeby wypiła trochę soku. Takie zabezpieczenie przed niskim cukrem , które okazało się niepotrzebne. Zadziałałam tak ,bo ostatnio mała miała tendencje do spadków, baza na 50%, mniejsze dawki insuliny i cukry były spoko. Poszłam sobie do biblioteki wypożyczyć coś do poczytania (w końcu mam sporo czasu) , potem zaszłam do sklepu. W sumie miałam wrócić na przerwę do szkoły  ,ale że ćwiczymy ,,działania bojowe” z telefonem w terenie postanowiłam sprawdzić jak to będzie. Miałam już dzwonić , bo była przerwa , ale ubiegł mnie telefon od córeczki. W słuchawce usłyszałam ,,mamo mam cukier 249 , przyjdź szybko, bo boli mnie brzuch , źle się czuję”. Nie spanikowałam , poprosiłam ,żeby jeszcze raz zmierzyła cukier. Nie mogłam się dodzwonić do Natki ,więc trochę się zaniepokoiłam , w końcu odebrała-kolejny pomiar 229 , nakazałam dać korektę i powiedziałam ,że ma iść na lekcję ,a ja już idę. Byłam przekonana ,że córcia jest na sali gimnastycznej  z panią ,więc nie biegłam. Zatrzymałam się jeszcze przed szkołą , poczytałam jakie są organizowane zajęcia w pobliskim ,,klubie mieszkańca” i weszłam na teren szkoły. Moim oczom ukazała się wychowawczyni , której wyraźnie ulżyło , siedziała z Natką na jednej ławce, a na drugiej części korytarza na ławeczkach siedziała  reszta klasy. Wychowawczyni zaczęła opowiadać ,że Natka jej mówiła ,że jest jej słabo, drży, boli ją brzuch , jest jej niedobrze i to może być już kwasica. Powiedziała pani ,że potrzebuje wypić szklankę wody z cytryną (ale ona jest mądra) .a że wychowawczyni takowej nie miała to chyba sama się nakręciła. Wytłumaczyłam ,że nie ma możliwości,żeby mała miała kwasicę ,bo nawet gdyby glukometr zaniżał to cukier za krótko był wysoki. Natka jednak spanikowała. Dodam ,że jak tylko mnie zobaczyła to wszystko minęło i  była gotowa do uczestnictwa w zajęciach wychowania fizycznego , pani jednak kazała nam iść do domu… Chyba miała dość. Od razu zapytała o glukagen. W zeszłym roku zabrałam i nie doniosłam, brawo dla pani. Powiedziała nam też ,że nazajutrz jej nie ma i zajęcia będą z inną panią ,więc jak coś to nie musimy przychodzić. Ja nie będę sterczeć pod dyżurką ,a inna pani nie będzie się stresować. Zażartowałam ,że w takim razie przyjdziemy. Wracając do domu wytłumaczyłam Natusi ,że nie musi się bać ,że wszystko jest ok. Zapytała tylko czemu przy wysokim cukrze drżała tak jak przy niskim. Tego nie wiedziałam. Ostatnio często mierzę jej cukier ,bo twierdzi ,że jej słabo ,a cukier jest w normie. 

Ostatecznie nie poszłyśmy dziś do szkoły. Całą noc walczyłam z wysokim cukrem (ponad 300). Nie wiem co było przyczyną, czy zbyt tłusta kolacja (zapiekanki z kiełbaską i serem żółtym) , czy wkłucie ,które ostatecznie zostało zmienione ,ale na tym nowym  cukry też nie zachwycają i zastanawiam się nad zmianą i tego wkłucia. Tylko tak bardzo szkoda mi tego pokłutego ciałka z licznymi ledwie zagojonymi rankami. Natka stara się być dzielna przy wkłuciu , ale widzę ile to ją kosztuje. Zawsze pyta, czy naprawdę już trzeba zmieniać.Nigdy nie wiadomo , czym spowodowane są wysokie cukry. Może znowu ma jakieś chwilowe (mam nadzieję) zwiększone zapotrzebowanie na insulinę, może za mało ruchu miała , może wkłucie natrafiło na naczynko , może insulina zła… Itp , itd. 

Na śniadanko zrobiłam Natce chlebek z chudą wędlinką i ketchupem , na pytanie czemu  je osobno szyneczkę ,a potem chlebek Natka odpowiedziała ,że to dlatego ,że jest wegetarianką i je tylko małą ilość mięsa… 

 

A ja się boję…Rozterki matki chorego dziecka.

Boję się. W kwietniu kończy się gwarancja na pompę. Nie należymy do osób majętnych i ewentualny zakup nowej pompy to by był nie lada wyczyn (jeśli w ogóle ktoś by nam przyznał kredyt na taką sumę). Jestem wkurzona , bo kazano nam się zapisać na pompę dwa lata przed końcem gwarancji , ale kiedy zapytaliśmy co i jak pani nam powiedziała ,że takiej konieczności nie ma ,bo pompy są od ręki. Dopytywaliśmy co chwilę ,a ostatnio dowiedzieliśmy się ,że możemy nie dostać pompy, to było jak cios w żołądek. Podanie Nataszy insuliny za pomocą pena graniczy z cudem. Jeden, jedyny raz podawałam jej korektę penem przez 4 lata, na szczęście był mój tata i trzymał ją ,a mimo to igła wygięła się do granic możliwości , dobrze ,że nie pękła. Wiem ,że większość dzieci boi się zastrzyków i szkoda mi każdego małego diabetyka,ale z moim dzieckiem jestem każdego dnia i nie wyobrażam sobie takiego życia , pełnego płaczu , bólu , wyrzutów sumienia. 

Zaraz przypomina mi się moje 3 i pół letnie dziecko krzyczące ,,zabijcie mnie” jak podawaliśmy jej insulinę, takie rzeczy się pamięta do końca życia , a gdyby ktoś mi powiedział przedtem ,że tak małe dziecko może chcieć tego co wykrzyczało moje dziecko to pewnie bym w to nie uwierzyła. Wiem ,że jak by musiała przejść na peny to przestanie jeść. Nie chcę tego znowu przeżywać. Znam dzieci , które jako kilkulatki same robiły sobie zastrzyki penami bez zająknięcia. Np. koleżanka z którą Natka chodziła do przedszkola, obie miały 3 latka ,Natasza jeszcze była zdrowa , a Marysia była na penach. Sama wbijała sobie pena i nawet się  nie skrzywiła, BOŻE jak ja jej wtedy współczułam , jak ją podziwiałam. Takie małe dziecko ,a takie dzielne. Nie mogłam wyjść z podziwu a serce mi się krajało ,bo już wtedy wiedziałam na czym polega cukrzyca. Minęło pół roku i zachorowała moja Nataszka, mój skarb jedyny. Ona wszystko pamięta , nie może do tej pory wybaczyć profesorce ,że obiecała jej pompę od razu ,a wypuściła do domu z penami. Wtedy przeżyliśmy takie jazdy ,że nie wiem jak myśmy to przeżyły. Byłam na skraju załamania ,nie wyobrażałam sobie takiego życia dla córki , ona nie akceptowała zastrzyków, aż w końcu zrozumiała ,że jak nie będzie jadła to uniknie większości z nich, Nie jadła nic!!! Błagałam ją , kupowaliśmy jej hamburgery , piekłam ciasteczka, mówiłam ,że może zjeść co tylko zechce, ale ona nie chciała nic. Płakałam jak bóbr, wszyscy rozkładali ręce, podane pomocne numery ,pod które można było dzwonić z problemami okazały się być do d… 

Kiedy jechaliśmy na podpięcie pompy z mojego dziecka zostały tylko skóra i kościki , była taka osłabiona. Na początku nie chciano nam wierzyć ,że Natka nie chce jeść. Dopiero przyznano rację jak podpięta już pod pompę Natka nadal nic nie jadła , cukry spadały łeb na szyję. Ale ona bała się zastrzyków… Musieli podpiąć jej wenflon zwany pieszczotliwie motylkiem , bo glukoza podawana doustnie nie nadążała podnosić cukru, dopiero po podaniu dożylnym glukozy cukier poszedł w górę. Pielęgniarki i my tłumaczyliśmy jej ,że jak zacznie jeść to nie będzie zastrzyków,bo insulina będzie podawana teraz za pomocą pompy i zdejmą jej wenflon . Początkowo nie wierzyła , patrzyła na nas tymi swoimi wielkimi nieufnymi niebieskimi oczami , które wyróżniały się niesamowicie w jej wychodzonej buźce i zastanawiała się co robić. W końcu ugryzła kanapkę. Jeden, drugi gryz. Obserwowała nas nieufnie, czekając z której strony nastąpi atak , kto tym razem ją unieruchomi ,a kto zrobi jej znienawidzony zastrzyk. Ale to nie nastąpiło. Podaliśmy jej insulinę za pomocą pompy,a ona była najszczęśliwszym dzieckiem na świecie. Zajadała się tym razowym chlebem aż jej się uszy trzęsły. Wtedy zrozumiałam ,że możemy jakoś żyć, bo wcześniej różne myśli przychodziły mi do głowy…

Nie chcę ,żeby znowu musiała to przeżywać, Natka nawet jak się przewróci to najpierw każe sprawdzić co z pompą , a dopiero potem sprawdza co jej się stało. Tak bardzo bym chciała ,żeby nie bała się zastrzyków ,próbowałam z misiem, tłumaczyłam ,że to nic nie boli ,robiłam sobie zastrzyki (Natka płakała i opatrywała moje ,,rany”). Chciałam,żeby na mnie ćwiczyła. Niestety. Dzieci są różne , mają różne fobie , ona boi się zastrzyków. Być może przyczyniło się do tego to ,że przed diagnozą przyjmowała serię bolesnych zastrzyków dwa razy dziennie. Pamiętam ostatni zastrzyk ,jak odetchnęłam z ulgą, a tu za niedługo okazało się ,że zastrzyki to będzie codzienność mojego brzdąca. Ryczę ,bo pisanie tego wszystkiego to jak rozdrapywanie ran i posypywanie ich solą. Z drugiej strony nie mam z kim się podzielić moimi problemami i strachem ,który odczuwam z powodu pompy. Mam nadzieję ,że nic się z nią nie stanie po gwarancji, ale z drugiej strony byłam bardziej niż pewna, że moje dziecko nie zachoruje na żadną chorobę ,że jak urodziła się zdrowa to tak już zostanie ,więc teraz też nie mam pewności ,a to mnie dobija. 

Cukier na teraz 133 -jupi. 

Wiem ,że są dzieciaki na penach , wiem,że świetnie sobie radzą i jest mi strasznie źle z tym ,że moje dziecko ma taki problem przy takiej chorobie. O ile łatwiej by nam teraz było ,gdyby mała nie bała się pena. W razie co bez problemu przeczekałybyśmy ewentualny okres oczekiwania ,a tak to nie mogę już całkiem spać w nocy jak sobie o tym pomyślę. Może popytam o możliwość wypożyczenia sprzętu. Same stresy. Moim zdaniem każde dziecko powinno mieć zapewnioną pompę bez czekania. Nauka na penach wystarczy w razie czego w szpitalu , ewentualnie w domu 1 tydzień za sprawdzenie i decyzję ,czy pompa już czy jednak peny ,ale dla dzieci , które mają prawo bać się igieł powinny dostępne jak najszybciej pompy, po co zaburzać im i tak trudne dzieciństwo? Zapewne odezwie się całe pokolenie dorosłych cukrzyków ,,dlaczego tylko dzieciakom” a ja odpowiem ,,jeśli nie wiesz czemu to idź na oddział diabetologi dziecięcej i posłuchaj płaczu tych wszystkich maluchów, dla których na początku nawet nakłucie do pomiaru cukru to wielka rana ,z której leci krew, więc jest strasznie , a potem poczekaj ,aż będą dawać im insulinę w zastrzykach”. Taki płacz swoich dzieci z oddziału rodzice pamiętają do końca życia , i te odgłosy chodaków w korytarzu ,kiedy nocą pielęgniarki przychodziły co dwie godziny mierzyć cukier, od razu wiadomo na której sali jest ,,ŚWIEŻAK” ,bo słychać stamtąd płacz dziecka. Tego nie da się zapomnieć, wymazać z pamięci. Pamiętam jak już przewieźli nas z OIOM-u przychodzili do nas rodzice dzieci , które już żyły jakiś czas z cukrzycą, chociaż nie znali nas ,  mieli łzy w oczach , kiedy ją widzieli , po diagnozie , całą pokłutą , posiniaczoną, podpiętą kablami do sprzętu , który ją monitorował i dozował leki(miała kwasicę ketonową , była w bardzo ciężkim stanie. Anestezjolog stwierdził ,że nie wiadomo jak to się skończy).

Mnie jest szkoda i tych małych i tych starszych ,i tych najstarszych. Uważam każdego cukrzyka ,który radzi sobie z chorobą za bohatera. 

DZIECKO W SZPITALU? NA SZCZĘŚCIE NIE TYM RAZEM :)

W końcu dopadły nas ketony. Stało się to w piątek  13- lutego. Nieźle się wystraszyłam jak zobaczyłam na pasku testowym ketony na +++ , już w zasadzie zaczęłam pakować się do szpitala. Ale zacznę od początku.

W tłusty czwartek Natka zjadła pączusia, jak wszyscy. Cukry i samopoczucie ok. Na kolację zażyczyła sobie chlebek z masełkiem i jakiś czas po kolacji zaczęła narzekać na ból brzuszka. Myślałam ,że może wypiła za dużo. Masowałam jej brzuszek ,aż w końcu usnęła. Pomiar cukru o ok. 00:00 wykazał konieczność dopojenia małej ,więc podałam jej soczek. Nagle po wypiciu tegoż napoju wszystko wróciło na zewnątrz. Praktycznie cała zawartość kolacji. No i mamy problem. Cukier niski , mała wymiotuje… Zrobiłam ciepłe  herbatki, jedną posłodziłam cukrem, druga została gorzka i powoli podawałam 3 łyżeczki słodkiej po czym 3 łyżeczki gorzkiej. Niestety po jakimś czasie herbatka też wracała ,ale na szczęście cukier z niej musiał się wchłaniać ,bo poziom glukozy na glukometrze zwiększał się. Ponieważ okazywało się ,że jednak cukier nadal spada, zatrzymałam pompę i dopajałam mała powoli herbatami (na zmianę). Herbatka musiała być bardzo ciepła, więc co chwilkę robiłam świeże, chłodniejsze szybciej powodowały wymioty.Już wtedy zastanawiałam się nad tym ,żeby jechać do szpitala ,ale postanowiłam się wstrzymać. Na szczęście wymioty przeszły, cukier urósł ,ale bałam się włączać bazę. Ponastawiałam budziki i poszłam spać o ok: 4:00 nad ranem. Obudziłam się rano , mierzę cukier ponad 300 ! Myślę sobie ŚWIETNIE, niech jeszcze będą ketony w moczu i mamy komplet. Mała zrobiła siku–>mierzę paskami, ketony na 3+. Oczywiście wpadłam w panikę , zrobiłam małej herbatę z cytryną, bałam się ,że znowu będzie wymiotować po takim koktailu ,ale myślę spróbuję. Niestety zwymiotowała. Oczywiście w międzyczasie poszła SOLIDNA KOREKTA , pewnie jeszcze więcej bym podała insuliny ,ale bała się znowu wymiotów i za niskiego cukru. Wróciłam do pojenia małej malutkimi porcjami gorzkiej herbaty. Niestety nawet te małe ilości wywoływały odruch wymiotny. Tata małej szukał numeru na oddział diabetologiczny ,żeby dowiedzieć się co robić , ja strasznie panikowałam. W pamięci miałam kwasicę ketonową , którą już raz moje dziecko przeszło (przy rozpoznaniu). Po chwili w przypływie zdrowego rozsądku pomyślałam ,że przecież przy wymiotach też pojawiają się ketony , a cukier ponad 300 nie utrzymywał się na tyle długo ,żeby doprowadzić do kwasicy. Pozostawał jeden problem. W organizmie były ketony , które wywoływały odruch wymiotny ,a mała średnio chciała pić . Kolejny pomiar ketonów wykazał ich spadek , cukier pokazywał nadal ponad 300 . Ze strachem podawałam kolejne korekty ,ale wiedziałam ,że nie mam wyjścia, bo wytworzyła się odporność na insulinę , którą spowodował brak bazy i ketony.W końcu cukier zaczął spadać. Insuliny podałam tyle ,że normalnie cukier spadł by o 600. Nagle moje dziecko zażyczyło sobie gazowanej wody mineralnej o smaku owoców leśnych z cukrem. Mała zaczęła pić tą wodę drobnymi łyczkami i ku mojemu OGROMNEMU ZDZIWIENIU  nie zwymiotowała jej. Owszem odbijało jej się ,ale zawartość zostawała w brzuszku. Kolejne pomiary ketonów pokazywały ,że jest ich coraz mniej. Nie wiem jak dałyśmy radę to pokonać. Wszystko dzięki mojej córeczce, która robiła to o co ją prosiłam ,jestem z niej taka dumna. Oczywiście w tym samym dniu poszliśmy do lekarza, lekarka zaleciła dietę i obserwację ,a jeśli wymioty by się powtórzyły to mieliśmy jechać do szpitala. Na szczęście (odpukać) w nie było już niemiłych niespodzianek. Nataszka nic nie jadła już w piątek. Bała się . Piła tylko herbatkę i tą smakową gazowaną wodę mineralną (której osobiście nikomu nie polecam przy wymiotach i nie wiem jakim cudem małej po niej nic nie było , w każdym razie po całej tej aferze Natka powiedziała ,,ta woda postawiła mnie na nogi” . Cukry w granicach 140 , nie obniżałam nic a nic ,bo bałam się znowu hipo. 

Poniedziałkowa wizyta kontrolna potwierdziła ,że z brzuszkiem już ok. Więc dzisiaj poszliśmy pierwszy raz po feriach do przedszkola. Nataszkowemu leniuszkowi nie bardzo się chciało ,ale potem była już w miarę zadowolona. W miarę ,bo jest dwóch chłopców ,którzy jej dokuczają . Starają się ją zaczepiać ,żeby ona brała udział w ich przepychankach ,a Nataszka po kilku poważnych rozmowach wie ,że nie powinna wdawać się w takie aferki , więc w tej chwili jest pokrzywdzona. Pani zwraca uwagę chłopakom ,ale widocznie to nie wystarcza. 

Złe cukry… PRESŁODZONE dziecko …

Cukry nadal fatlne… Zwiększyłam bazę na 150% i podaję więcej insuliny do posiłku. Niby po kolacji ładnie się utrzymywał na poziomie 125 ,ale za to teraz widzę jak rośnie bo jest 150. Podałam w razie czego korektę, bo nie chcę, żeby urósł bardziej. Najwyżej dopoję małą. Szkoda mi tylko tych pokłutych paluszków, bo w takiej sytuacji jak mamy teraz to kłuta jest co chwile. Wkłucia nie zmieniam , bo raczej nie jego wina (jednak cukier spada). Zastanawiam się jeszcze nad insuliną. Wyjęłam nową ampułkę z nowej paczki i dzisiaj rano będziemy wymieniać. No chyba,że zacznie niepokojąco szybko rosnąć teraz to jeszcze w nocy przyjdzie nam to zrobić.
Dzisiejsze cukry praktycznie większość dnia to ponad 200! Dla mnie to tragedia. Wiem ,że Natka męczy się przy takich cukrach ,bo staram się jak mogę utrzymywać cukry w ryzach i jej organizam nie jest przyzwyczajony do takich poziomów cukrów utrzymujących się tak długo. A było już całkiem przyzwoicie…

DZIECI NIE POWINNY CIERPIEĆ, BO ICH CIERPIENIE NIE MUSI USZLACHETNIAĆ,ONE SAME W SOBIE SĄ SZLACHETNE

cd.
Następnego dnia po przebudzeniu , ból wcale nie był mniejszy. Moje dominujące uczucia to paniczny lęk , tęsknota, uczucie niesamowitej pustki, bezgranicznej niemocy ,bezradności. Ogrom niesprawiedliwości i jedno pytanie ,,czemu to ona a nie ja”? ,zresztą pytanie to towarzyszy mi po dzień dzisiejszy.
Spakowałam rzeczy do szpitala i czekałam na Pawła, który pojechał coś załatwić. Bałam się sygnału telefonu , wiedziałam , że mogą dzwonić z OIOMU… Pragnęłam ,żeby poinformowali mnie ,że można przenieść małą na diabetologię (a najlepiej informacji , że zaszła pomyłka i Natka jest w pełni zdrowa!!!) ,ale bałam się złych wieści… Wrócił Paweł , zadzwonił do szpitala (ja bałam się zadzwonić) , dostaliśmy informację ,że jest lepiej ,ale mała jest podsypiająca. Pojechaliśmy do szpitala , na OIOMIE odwiedzający mogą przebywać tylko w ściśle określonym czasie i tylko jeśli nie są przy dzieciach wykonywane żadne czynności. Po przyjeździe na miejsce bardzo dłużył mi się czas na poczekalni , nie można było wejść w wytyczonym czasie ,bo wykonywano jakieś czynności i to przy naszej córeczce. Zaniepokoiło mnie to . W końcu pozwolono nam wejść na salę. Moja córeńka była popodłancząna do aparatury monitorującej czynności życiowe, do pomp infuzyjnych. Taka malutka ,wychudzona , wycieńczona… Przemyłam jej usta , bo były tak bardzo wysuszone, pogłaskałam ,wycałowałam i złapałam za rączkę.Dziwne ,ale tam na tym OIOMIE wydało mi się ,że jest taka bardziej rumiana niż była od jakiegoś czasu w domu. Łatwo oddychała , nie to co dzień wcześnej , kiedy łapała każdy oddech. Nachyliłam się nad niż i powiedziałam ,,kocham Cię sercem życia dnia miłości” -wiem ,że nie ma to żadnego sensu ,ale tak sobie umyśliłam dużo wcześniej i tak jej mówiłam . Potem powiedziałąm , że ją bardzo kochamy i niedługo będziemy wszyscy w domku .Nagle córeczka się przebudziła i powiedziała, że jest już zdrowa i chce do domku. Wszyscy spojrzeli na nią z uśmiechem. Była taka silna ,po tym wszystkim co przeszła. Przywiozłam jej do szpitala smoczusie , wiem ,że nie powinna już ich używać ,ale to była sytuacja wyjątkowa. Pozwolono mi zostawić jedną maskotkę. Córeczka zasnęła , my staliśmy przy jej łóżeczku ,gładząc ją po ciałku i szepcząc miłe słowa. Czas mijał tak szybko ,za szybko. W końcu nas wyproszono… Nie mogłam odżałować,że córcia musi jeszcze zostać na OIOMIE i kolejną noc będę musiała spędzić bez niej w domu. Drogę powrotną do domu przepłakałam, w domu nie było lepiej. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Siedziałam na necie i czytałam wszystko o cukrzycy typu 1 , im więcej czytałam , tym, bardziej się upewniałam , że cudu nie będzie (chociaż dalej modlę się o jej zdrowie i w głębi serca i duszy marzę ,że wyzdrowieje ). Chociaż wiedziałam ,że stan małej jest dobry to nadal każdy telefon wywoływał u mnie napad paniki, Paweł powiedział ,że jestem niepoważna ,bo jak dzwonił telefon to wpadałam w panikę. Resztę dnia przepłakałam , w nocy udało mi się zasnąć na chwilkę , wiedziałam , że muszę choć chwilę pospać,żeby nabrać siły dla córeczki. Generalnie w tamtym czasie koniec świata nie był mi straszny…

Dzisiaj w zabawie zapytałam córcie czy pamięta jak była w szpitalku. I okazało się ,że ona pamięta wszystko , nawet ,a może w szczególności OIOM. Powiedziała ,że płakała za mną, że bała się o mnie i ,że leżała na sali z dzidziusiami ,które bardzo płakały. Potem mówiła ,że pani jej powiedziała ,że po mnie zadzwonią. Mówiła o tym , że bardzo jej się chciało pić i ,że nie jadła bo jej jedzonko nie smakowało.Pamiętała podróż karetką.
Wszystko się zgadza , nawet nie przypuszczałam , że tak wszystko dobrze pamięta, nigdy sama o tym nie mówiła. Popłakałam się ,ale tym razem nie przy niej,
Jak usypiała, to powiedziała ,że jak będzie miała urodziny i będzie dmuchać świeczki ,to pomyśli życzenie ,,żeby nie musiała mieć pompy”… Odpowiedziałam ,że moje urodzinowe zyczenie będzie takie samo i musiałam wyjść z pokoju ,żeby się nie rozryczeć przy niej. Ostatnio często mnie pyta czy zabiorę jej pompę ,a ja zawsze odpowiadam , że jakbym mogła to bym ją od razu zabrała…

Chore dzieci cierpią z godnością, po cichu,bez zbędnego rozgłosu , bo nie wiedzą , że są chore…

CD
Oczekiwanie na kolejną karetkę trwało wielki, przynajmniej dla mnie. Widziałam jak moje dziecko słabnie z minuty na minutę. Było już bardzo późno ,normalnie o tej porze dawno by spała ,a teraz kazano mi nie dopuścić do jej zaśnięcia.Robiłam, co mogłam , udało się. W końcu karetka podjechała. Weszli sanitariusze , wielcy mężczyźni przenoszący ,moją maleńką córeczkę na nosze… Widok nie do opisania. Teraz dopiero widziałam jaka jest słabiutka , wymęczona i wycieńczona. I te jej wielkie niebieskie oczy wpatrujące się we mnie ,Boże jaka ona była biedna ,jaka musiała być słaba , nie powiedziała nic kiedy obcy mężczyźni kładli ją na nosze , normalnie by na to nie pozwoliła. Nie miała siły, jej usta były posklejana z nieugaszonego pragnienia. Sanitariusz w karetce zauważył .że Natka ma bardzo zimne rączki , więc wymienił jej kroplówkę na cieplejszą. Sam z siebie chciał ulżyć mojemu maleństwu ,niby to nic wielkiego ,ale w moich oczach stał się bohaterem… Siedziałam przy noszach, kroplówka powieszona nad nami strasznie cał latała (musieliśmy jechać bardzo szybko, choć nie na sygnale ,bo w nocy,a w zasadzie nad ranem nie ma ruchu .Brak sygnału lekko mmie uspokoił.) Poprosiłam sanitariusza (a może nył to ratownik medyczny , czy pielęgniarz, nie ważne) ,żeby zobaczył czy z krwi też wyszedł wysoki cukier. Niestety potwierdził.
Dojechaliśmy do Centrum zdrowia dziecka w Katowicach. Czekał na nas lekarz ,ale od razu nie zabrali córci na oddział (co mnie zdziwiło) ,tylko najpierw robota papierkowa itp. Lekarz zapytał czy wiemy na co chora jest córka, odpowiedziałam ,że nie do końca , (chociaż wiedziałam ,ale nie chciałam w to wierzyć) ,odpowiedział ,że to cukrzyca typ 1 , obecnie ludzie z niż żyją wiele lat ,są różne organizacje na rzecz dzieci z cukrzycą i jest to choroba autoimmunologiczna. Zapytał czy w rodzinie ktoś miał cukrzycę, odpowiedziałam ,że mama ojca dziecka,ale dostała późno. A czy ktoś miał chorą tarczycę ?.Znowu odpowiedź twierdząca. bo siostra męża chorowała…
Pamiętam jak zakładano Nataszce na rączkę tą opaskę . Założyli jej niebieską, nachyliłam się nad nią i powiedziałam ,że ma bransoletkę w kolorze oczu ,lekarz dziwnie na mnie spojrzał ,nie wiem czy z politowaniem ,czy ze współczuciem. Potem zapytałam czy jest moją atomówką , odpowiedział , że nie jest atomówką, tylko jest NASZĄ (wtedy jeszcze zamiast Natasza ,mówiła, że jest NASZA. Była strasznie zakwaszona, wyniki były zatrważające ,a mino wszystko zachowała jasność umysłu (co nie jest normą). Potem przewieźli ją na OIOM i zaczęła się walka. Słyszałam jej przerażające , przeszywające wołanie mnie ,jak lekarz starał się zrobić jej wkłucie, a nie miał za bardzo jak. NIE MOGŁAM NIC ZROBIĆ .NIC!!!! Potem rozmowa z anestezjologiem , i jego słowa , że stan jest poważny , że nie może nic powiedzieć na 100%. Zapytał czy chcemy ją zobaczyć , chciałam do niej biec,ale bałam się, że jak mnie zobaczy to sobie wszystko powyrywa i znowu nędzie musiała przechodzić przez te wkłuwania. Potem droga do domu ,na OIOMIE nie można przebywać , i ta pustka, smutek i strach zaciskający gardło. Łzy same cisnęły się do oczu ,nie mogłam uwierzyć, że jeszcze kilka godzin temu żyliśmy sobie najnormalniej w świecie nie wiedząc jak poważnie chore jest nasze dziecko. Pamiętam jak ubolewaliśmy nad losem małej Madzi z Sosnowca, nie zdając sobie sprawy jak potwornie musi czuć się nasze maleństwo pod naszymi nosami.
W domu nie mogłam znaleźć dla siebie miejsca , nie mogłam spać, zaczęłam zgłębiać wiedzę na temat tej choroby , szukać ratunku , metody na wyleczenie. cdn

Rozpoznanie cukrzycy u córeczki początek marca 2012

początek marca 2012
Ciągle pamętam tamten dzień,nigdy nie wymażę go z pamięci…
Nataszka obudziła się ze strasznymi mdłościami. Było jej niedobrze, ale nie wymiotowała.
Pomyślałam,,jakieś drobne zatrucie”. Zrobiłam gorzką herbatkę , utaiłam ryż… Poprosiłam ,żeby tak dużo nie piła wody,a ona zapytała,,czy jak nie będzie jej niedobrze, to będzie mogła pić wodę??” –tak bardzo wtedy musiało chcieć jej się pić.
Od kilki dni Nataszka strasznie dużo piła, czułam,że może mieć cukrzycę ,ale nie chciałamw to wierzyć.Zresztą wszyscy pukali się w czoło i mówili ,że jestem przewrażliwiona i nadopiekuńcza , i za dużo siedzę na necie. Nawet doktórka z przychodnii rejonowej zbagatelizowała moje obawy ,więc wierzyłam, chciałam wierzyć, że ONI mają rację a JA nie.Pamiętam jak pewnej nocy wypiła tak dużo ,że zwymiotowała , Paweł ją pokrzyczał ,a ja mu powiedziałam ,,żeby na nią nie krzyczał , tylko zastanowił się czemu tak dużo pije ,że może coś jest nie tak. Niestety moje słowa okazały się prorocze.
Wracając do tamtego dnia -nie poszłam rano do przychodni , bo wiedziałam ,że standardowo pani doktór uzna mnie za nadopiekuńczą idiotkę. Mówiłam jej dużo wcześniej ,że Nataszka schudła -odpowiedziała ,że miała z czego ;że ma zaczerwienione okolice intygmne-na to nie powiedziała nic. Tak więc zostałam zbagatelizowana ,a w zasadzie moje dziecko zostało zbagatelizowane… Więc tamtego dnia postanowiłam poczekać i spróbować domowych sposobów,a w razie co jechać na dyżur. Niestety objawy nie ustępowały , więc pojechaliśmy na dyżur pediatryczny.Był fajny lekarz, już kiedy badał Natusię,zapytał czy mała jadła coś dzień wcześniej co by jej mogło zaszkodzić, zgodnie z prawdą odpowiedziałam ,że byliśmy u rodziny i zjadła parę frytek. Lekarz stwierdził ,że Natka jest trochę odwodniona , przepisał leki na zatrucie i kazał w razie czego przyjechać z powrotem ,bo jak nie będzie poprawy ,to wypisze skierowanie do szpitala.
Kupiliśmy leki, Nataszce było strasznie zimno zdjęłam swoją kurtkę i ją nią okryłam ,a kiedy pod domem wysiadaliśmy z auta to córcia powiedziała ,żebym ubrała kurtkę bo na dworze jest zimno. Taka mała , wyczerpana istotka ,a dbała o mnie.
Po przyjściu do domu od razu dałam córci przepisane leki , lek nawadniający-orsalit  i dicoflor. Kładąc córcię do łóżka zauważyłam ,że ma nienaturalnie zimnie stopy , w żaden sposób nie dało ich się ogrzać, zaniepokoiło mnie to i od razu chciałam wracać do lekarza, ale tata Nataszki mnie zbeształ ,że jak zawsze wydziwiam (kocha córkę ponad wszystko ,ale z pewnych rzeczy nie potrafisobie zdać sprawy), do tegomójojciec wziął wziął mnie za pamikarę, więc spasowałam…
Mała zasnęła , w telewizji leciał serial ,,M-jak miłość” ,a kiedy się skończył Nataszka obudziła się strasznie dysząc,jakby nie mogła złapać powietrza,do tego nadal miała mdłości ,serduszko jej strasznie waliło a jak wzięła do rączek szklankę z piciem to ta szklanka cała dygotała, tak trzęsły jej się rączki. Ubraliśmy ją i czym prędzej ruszyliśmy do lekarza (dobrze ,że wtedy jeszcze auto działało!!!)Tym razem lekarz wypisał skierowanie do szpitala ,ale jak ubierałam córcie po badaniu to zaczęła lecieć mi z rąk ,więc lekarz wezwał pogotowie,a Natkę podłączyli do tlenu. BOŻE JAK BARDZO WTEDY SIĘ BAŁAM!!!!!!! A jak ona musiała się bać…
Lekarz z karetki użył słów ,,wiedziałem ,że tak będzie” nie wiem co miał na myśli ,ale wydaje mi się ,że oczekiwał gorszego stanu. BYDLAK… Posprzeczali się chwilę z lekarzem wzywającym karetkę o skierowanie , bo podobno przy wezwaniu ,,na ratunek” takowe nie jest potrzebne ,ale w końcu pediatra z dyżuru powiedział do tego z karetki ,,wypiszę to skierownie, nie ma się o co sprzeczać,bo tu chodzi o życie dziecka”. Dodam ,że pediatra podejrzewał problemy oddechowe, a lekarz z karetki ,,że to coś z brzuszkiem”. W końcu znaleźliśmy się w tej nieszczęsnej karetce. Trzymałam córcięna rękach , pielęgniarka-starsza kobieta , patrząc na cierpienie mojego dziecka miała łzy w oczach. Nataszka zwijała się z bólu i tak strasznie jęczała. Tak bardzo dłużyła mi się droga,każda sekunda jazdy wydawała się wiecznością. Modliłam się w duszy ,żeby wszystko było dobrze, żeby moje maleństwo żyło.Ona tak strasznie jęczała, ból musiał być niewyobrażalny , chwilami chyba mdlała z bólu…
W końcu dojechaliśmy do szpitala. Przyszły dwie doktórki-usłyszałam jak jedna mówi do drugiej ,że brzuszek jest miękkiito nie to, potem poprosiła o glukometr… POMIAR-ponad 500 i diagnoza-CUKRZYCA , świat mi się zawalił , chciałam krzyczeć, ale nie mogłam.Nikt kto czegoś takiego nie przeszedł nie wie jak boli ludzka niemoc ,ludzka bezradnośc wobec choroby dziecka. Podłączyli córcię do kroplówek i znowu czekaliśmy na kolejną karetkę. Pamętam niedowierzanie taty Nataszki , ból w jego oczach , bezradność, żal.On jechał za nami autem i mówił ,że pamiętajak szedł przez ciemy korytarz w stronę oświetlonego pomieszczenia i jak dochodził usłyszał ,,to cukrzyca” , nogi się pod nim ugięły ,zrobiło mu się słabo ,ale musiał być silny za całą naszą trójkę.
Jeszcze się łudziałam, że może glukomer nawalił ,albo chwilowy wzrost cukru przy zatruciu. Zapytałam lekarkę jaki jest stan córki odpowiedziała ,że bardzo poważny , że ma silną kwasicę ketonową i prawdopodobnie trafi na OIOM…,a potem dodała, straszne , prawda? cnd