kwasica

Sylwester z cukrzycą

Nowy Rok. 

Wczorajszego Sylwestra mieliśmy spędzić u znajomej , której córeczka bardzo lubi Natkę ,a Natka ubóstwia tą dziewczynkę. My dorośli mieliśmy posiedzieć , porozmawiać ,a dziewczyny miały się super bawić , tak też było ,ale nie obyło się bez niemiłych niespodzianek. Na godzinkę przed planowanym wyjściem zmierzyłam Natce cukier, wynik był okropny -365. Myślę sobie , podam korektę i wszystko będzie dobrze. Tak też zrobiłam. Przed samym wyjściem postanowiłam skontrolować wynik , niestety cukier ani drgnął. Kazałam Natce sprawdzić ketony paskami do moczu i wyszły ++. Przestraszyłam się , wkurzyłam ,ale nie spanikowałam.Powiedziałam z rozgoryczeniem tacie Natki ,że cukrzyca nigdy nie odpuszcza ,że nigdy nie da się nad nią zapanować , bo ona uderzy w najmniej oczekiwanym momencie. Nigdy nie można sobie odpuścić.Obwiniałam siebie o ten stan , ponieważ od dłuższego czasu cukry były ok. , wkłucie było świeże, to pozwoliłam sobie odpuścić jeden planowany pomiar cukru. Żal mi już tych wszystkich paluszków , które są w opłakanym stanie. Niestety przy tej chorobie nie można popadać w rutynę , bo każda taka sytuacja daje o sobie znać prędzej czy później. W naszym przypadku to był pominięty jeden planowany pomiar, bo Natka grała w grę i się złościła ,że chcę jej przerwać.Odpuściłam… Po wykryciu ketonów Natka wypiła sok z połówki cytryny, tata zmienił jej wkłucie ,a ja podałam solidną dawkę insuliny. Praktycznie dwa razy więcej niż bym podała zwykłej korekty. Zrobiłam tak ,bo już raz miałam takie cyrki z ketonami i wysokimi cukrami przy jelitówce  , jednak wtedy bałam się podawać dużej dawki insuliny ,bo Natka miała wymioty , więc odpadało dojedzenie czegoś ,gdyby cukier spadał. W sumie pamiętałam jednak ,że u nas jak pojawią się ketony ,to insulina działa jak woda.  Zmierzyłam cukier po kolejnej godzinie, cukier poszedł odrobinę w górę.Wyjęłam pena. Nataszka była przerażona , ja też.  Podałam kolejną korektę , równie potężną jak poprzednia. Bałam się ,że cukier będzie spadał gwałtownie. W pogotowiu był już pen. Wiedziałam jednak ,że to będzie ostateczność, bo Natka przeraźliwie boi się pena. Strasznie , próbowałam już zastrzyków na miśkach, na mnie samej , ale niestety , nawet jak sama podawałam sobie insulinę ,żeby jej pokazać ,że to nie takie straszne ,to ona płakała, że robię sobie krzywdę i zaraz biegła z opatrunkiem. Zmierzyłam cukier po pół godzinie. Okazało się ,że cukier spadł o 30. RADOŚĆ nie do opisania. Wiadomo ,że jeszcze rozsądek podpowiadał ,że może to być tylko błąd pomiaru (w dopuszczalnych granicach) ,ale na szczęście okazało się ,że cukier spada. Spóźnieni o godzinkę ,ale zadowoleni poszliśmy w gościnę. Natka była taka szczęśliwa. Niestety była też bardzo głodna. Co chwilkę dopytywała ,czy może coś zjeść. Cukier spadał sobie powolutku , pomimo moich obaw ,że będzie leciał na łeb i szyję. Nawet dołożyłam jeszcze odrobinę ,żeby w końcu otrzymać upragnione poniżej 200. A potem było już dobrze. Skumulowana insulina dała o sobie znać w okolicy 00:00, więc Natka popiła dziecięcego szampana do woli , zjadła jeszcze dwie babeczki (na ,które podałam tylko część insuliny , którą dałabym normalnie) , a cukier utrzymywał się na poziomie 70-77. Po powrocie do domu (a byliśmy klatkę dalej) , przed pójściem spać cukier wynosił coś ponad 90. Natka wypiła sok. Cukier podniósł się do 150, więc poszłam spać i ja. Kolejny wczesno- poranny pomiar zatrwożył mnie , glukometr wskazywał 48. Mój błąd. Mogłam nie podawać insuliny na babeczki. Natka wypiła cały sok i tak dospałyśmy do 10:00. 

 

Wszystkim życzymy szczęśliwego NOWEGO ROKU i przede wszystkim ZDROWIA. Oby ten rok był pełen cudownych zwrotów w medycynie, niech zostaną wynalezione leki na wszystkie choroby świata w tym  na cukrzycę.