lekarz

Świąteczne wspominki , mamy cukrowej dziewczynki.

Co robi matka dziecka z cukrzycą od 20:00 wzwyż? Zaczyna obserwacje wchłaniania parówek skonsumowanych przez dziecko na kolację. A było ich sporo , trzy paróweczki zniknęły bezpowrotnie (mam nadzieję) w brzuszku. Jednak jak wiadomo ,kiedyś zaczną się wchłaniać ,więc trzeba być gotowym. Obecnie jest 2:00 nad ranem , po 3 dodatkowych porcjach insuliny (nie nazywam ich korektami celowo , bo zostały podane zanim cukier poszybował w górę) cukier na teraz wynosi 109. Mam nadzieję ,że już nic po drodze nie wyskoczy, tak jak np wczoraj, ni z gruszki ni z pietruszki o 3:00 nad ranem cukier poszybował sobie do ponad 300. Na szczęście korekta ładnie go zbiła Ale skąd taki wynik? Hormon wzrostu? Przerwa w drenie? Coś się jeszcze wchłaniało z jedzenia? Tego  nie wiem. Jedno co wiem to to ,że nie było to winą wkłucia.

Święta już dawno za nami. Miałam nadzieję ,ze odpocznę ,ale nic z tego. Natka w noc przed Wigilią dostała gorączkę. Podałam lek przeciwgorączkowy. Postanowiliśmy nie jechać do lekarza jeśli w wigilijną noc gorączki nie będzie. BYŁA.

Pierwszego świątecznego dnia, wylądowaliśmy na dyżurze. Ludzi multum, lekarz jeden. Do tego młody ,a więc bardzo przestrzegający wszelkich zasad, czyli oprócz diagnozy, recept wypisujący  każdemu kartę informacyjną. Na domiar złego oczom moim ukazał się młodzieniec ledwo żywy z wiaderkiem przy twarzy. Oczywiście Nataszka musiała żywo gestykulować grając w grę ,czym zwabiła owego typka z całym jego ,,zarazkowym bagażem”. Chłopcu od razu się poprawiło , a ja nie miałam śmiałości ostentacyjnie uciekać przed nim, co okazało się sporym błędem…

Ponieważ młody lekarz nie dawał sobie rady z ogarnięciem całej poczekalni pacjentów, którzy ciągle napływali, wezwano mu pomocnika, lekarza statecznego wieku , który z niejednego pieca chleb jadł ,a więc wołał pacjentów kiedy i jak chciał. Np okazało się ,że lepiej było przyjść 2 godziny po nas ,bo wtedy można było zamiast czekać kolejną godzinę jak my, wejść z marszu do lekarza. Fajnie. Oczywiście kiedy miała być nasza kolej powróciła do młodego lekarza jakaś niezadowolona z recepty mama , więc nasz czas oczekiwania znowu się wydłużył . Byłam już nieźle wściekła i kiedy pielęgniarka zapytała kto teraz jest pierwszy odpowiedziałam ,,my od pół godziny”-zrobiłam to specjalnie ,bo wiedziałam ,że inaczej mnie każe czekać do młodego ,który ma konfliktową pacjentkę ,a osobę za mną wyśle do starszego (tak już mnie wykolegowali te pół godziny wcześniej). Pani pielęgniarka chyba zrozumiała moją aluzję i zaprosiła nas do gabinetu lekarz nr.2. Weszłyśmy więc do gabinetu. Na wstępie powiedziałam ,że córka choruje na cukrzycę typ-1. Nie zauważyłam ,żeby zrobiło to jakieś wrażenie na lekarzu ,więc zaczęłam opowiadać całą historię zachorowania Natki (bo takie podziębienie trwało u niej już ze 2 tygodnie, ale cukry nie były złe ,nie było wysokiej temperatury ,więc podawałam leki dostępne bez recepty i przeszło). Pan doktor wywrócił oczyma , zorientowałam się ,że go średnio interesuje co było wcześniej, opieprzyłam się sama w głowie za moją nadgorliwość i powiedziałam z czym teraz jesteśmy. Doktor okazał się niezłym fachowcem z dziedziny cukrzycy, byłam w szoku. Zapytał o wyrównanie, pokręcił nosem na cukier 160 , pytał o naszego diabetologa. Przepisał duomox i  w razie czego kazał iść do lekarza prowadzącego. Czekałam na moją karteluszkę informacyjną ,dla pediatry Natki , która WYMAGA takich KORESPONDENCJI  w razie konieczności kontroli ,ale się nie doczekałam. Niepewnie poprosiłam o nią , lekarz zapytał czy to konieczne ,bo właśnie przez taką biurokrację jest tylu pacjentów ,bo jego młodszy kolega każdemu to wypisuje. Odpowiedziałam , zgodnie z prawdą,że nasza pani doktor od razu pyta o taką informacje ,a jeśli jej nie ma to z niedowierzaniem mówi ,że to niemożliwe. Lekarz wypisał mi więc z łaski karteczkę , kazał powiedzieć naszej lekarce ,żeby przyszła na dyżury , bo pediatrów brakuje i przydadzą się każde ręce do pracy. Podziękowałam za wszystko  co pan doktor zrobił dla nas z olbrzymią łaską , chyba oderwano go od świątecznego stołu , bo nie był zbyt zadowolony. W domu na spokojnie chciałam zobaczyć gdzie przyjmuje ten lekarz , bo chociaż nie był miły to jednak posiadał fachową wiedzę ,a to mi chodzi i okazało się ,że był to UWAGA….DIABETOLOG <–tadam. Też się tego nie spodziewałam…

Wizyta na dyżurze zebrała swoje żniwa dwa dni później..Dzień po świętach pojechaliśmy do sklepu, wierząc skrycie ,że są jakieś megapromocje. Nie było. Za to zrobiło mi się dziwnie słabo , ni to niedobrze , ni to żołądek. Całe moje ciało pokryły zimne poty i zapragnęłam powrotu do domku. Do własnej , choć ciasnej toalety. Po  powrocie do domu położyłam się do łóżka , kilka minut później rozpętało się piekło… Oczywiście otrzymałam całe dobrodziejstwo jelitówkowych objawów ,z czym to się wiąże każdy wie. Nie byłam pewna czy to jelitówka , mogłam tez zatruć się uszkami , które leżały w temperaturze pokojowej całą noc,a potem zostały odgrzane przez mego tatę (myślałam ,że odgrzewał te z lodówki) , więc pomiędzy atakami wiadomo czego i czego , mamrotałam w stronę niewinnego (jak się okazało) ojca ,że właśnie mnie otruł…Jednocześnie czułam ,że to jednak jelitówka i bałam się ,żeby nie zaatakowała Natki.

Gehenna trwała do samego rana , a nieżyt żołądka towarzyszył mi jeszcze z tydzień. Że to jednak jelitówka okazało się rano, kiedy Natka zwymiotowała. Taka biedna.  Serducho mi się łamało jak widziałam jaka jest dzielna. Kazała dać sobie miseczkę w razie wymiotów i zrobić gorącej , gorzkiej herbaty , do tego co chwilę pytała ,,ale jestem dzielna”. Była bardzo dzielna, zresztą jak zawsze. Nigdy nie marudzi jak coś jej dolega. Na szczęście przeszło jej szybciej niż mnie. Bałam się powrotu gorączki, bo nie dostała zaleconej dawki antybiotyku ,ale na szczęście nic takiego nie nastąpiło. Cieszę się ,że udało nam się opanować samym sytuację, że poradziłyśmy sobie z cukrami i ketonami , i nie musiałyśmy jechać do szpitala.

Ostatni był tata Natki… Szczęściarza ominęły wymioty. Cieszę się ,że to ja dostałam cały pakiet ,a nie padło n Natkę. W każdym razie w Święta nie odpoczęłam. Przed Sylwestrem złapało mnie jakieś choróbsko, ból gardła i ogromny katar , który nie dawał mi spać w nocy. Na szczęście są tabletki z pseudoefedryną , no bez nich nie funkcjonuje przy katarze. Sylwester był smutny, jakoś tak byłam wykończona. Nataszka usnęła przed fajerwerkami ,z trudem ją obudziłam ,żeby sobie je pooglądała chociaż przez okno. 

Teraz mamy NOWY ROK, więc Nowa Ja , ale marzenie pozostaje nadal to samo…

A ja się boję…Rozterki matki chorego dziecka.

Boję się. W kwietniu kończy się gwarancja na pompę. Nie należymy do osób majętnych i ewentualny zakup nowej pompy to by był nie lada wyczyn (jeśli w ogóle ktoś by nam przyznał kredyt na taką sumę). Jestem wkurzona , bo kazano nam się zapisać na pompę dwa lata przed końcem gwarancji , ale kiedy zapytaliśmy co i jak pani nam powiedziała ,że takiej konieczności nie ma ,bo pompy są od ręki. Dopytywaliśmy co chwilę ,a ostatnio dowiedzieliśmy się ,że możemy nie dostać pompy, to było jak cios w żołądek. Podanie Nataszy insuliny za pomocą pena graniczy z cudem. Jeden, jedyny raz podawałam jej korektę penem przez 4 lata, na szczęście był mój tata i trzymał ją ,a mimo to igła wygięła się do granic możliwości , dobrze ,że nie pękła. Wiem ,że większość dzieci boi się zastrzyków i szkoda mi każdego małego diabetyka,ale z moim dzieckiem jestem każdego dnia i nie wyobrażam sobie takiego życia , pełnego płaczu , bólu , wyrzutów sumienia. 

Zaraz przypomina mi się moje 3 i pół letnie dziecko krzyczące ,,zabijcie mnie” jak podawaliśmy jej insulinę, takie rzeczy się pamięta do końca życia , a gdyby ktoś mi powiedział przedtem ,że tak małe dziecko może chcieć tego co wykrzyczało moje dziecko to pewnie bym w to nie uwierzyła. Wiem ,że jak by musiała przejść na peny to przestanie jeść. Nie chcę tego znowu przeżywać. Znam dzieci , które jako kilkulatki same robiły sobie zastrzyki penami bez zająknięcia. Np. koleżanka z którą Natka chodziła do przedszkola, obie miały 3 latka ,Natasza jeszcze była zdrowa , a Marysia była na penach. Sama wbijała sobie pena i nawet się  nie skrzywiła, BOŻE jak ja jej wtedy współczułam , jak ją podziwiałam. Takie małe dziecko ,a takie dzielne. Nie mogłam wyjść z podziwu a serce mi się krajało ,bo już wtedy wiedziałam na czym polega cukrzyca. Minęło pół roku i zachorowała moja Nataszka, mój skarb jedyny. Ona wszystko pamięta , nie może do tej pory wybaczyć profesorce ,że obiecała jej pompę od razu ,a wypuściła do domu z penami. Wtedy przeżyliśmy takie jazdy ,że nie wiem jak myśmy to przeżyły. Byłam na skraju załamania ,nie wyobrażałam sobie takiego życia dla córki , ona nie akceptowała zastrzyków, aż w końcu zrozumiała ,że jak nie będzie jadła to uniknie większości z nich, Nie jadła nic!!! Błagałam ją , kupowaliśmy jej hamburgery , piekłam ciasteczka, mówiłam ,że może zjeść co tylko zechce, ale ona nie chciała nic. Płakałam jak bóbr, wszyscy rozkładali ręce, podane pomocne numery ,pod które można było dzwonić z problemami okazały się być do d… 

Kiedy jechaliśmy na podpięcie pompy z mojego dziecka zostały tylko skóra i kościki , była taka osłabiona. Na początku nie chciano nam wierzyć ,że Natka nie chce jeść. Dopiero przyznano rację jak podpięta już pod pompę Natka nadal nic nie jadła , cukry spadały łeb na szyję. Ale ona bała się zastrzyków… Musieli podpiąć jej wenflon zwany pieszczotliwie motylkiem , bo glukoza podawana doustnie nie nadążała podnosić cukru, dopiero po podaniu dożylnym glukozy cukier poszedł w górę. Pielęgniarki i my tłumaczyliśmy jej ,że jak zacznie jeść to nie będzie zastrzyków,bo insulina będzie podawana teraz za pomocą pompy i zdejmą jej wenflon . Początkowo nie wierzyła , patrzyła na nas tymi swoimi wielkimi nieufnymi niebieskimi oczami , które wyróżniały się niesamowicie w jej wychodzonej buźce i zastanawiała się co robić. W końcu ugryzła kanapkę. Jeden, drugi gryz. Obserwowała nas nieufnie, czekając z której strony nastąpi atak , kto tym razem ją unieruchomi ,a kto zrobi jej znienawidzony zastrzyk. Ale to nie nastąpiło. Podaliśmy jej insulinę za pomocą pompy,a ona była najszczęśliwszym dzieckiem na świecie. Zajadała się tym razowym chlebem aż jej się uszy trzęsły. Wtedy zrozumiałam ,że możemy jakoś żyć, bo wcześniej różne myśli przychodziły mi do głowy…

Nie chcę ,żeby znowu musiała to przeżywać, Natka nawet jak się przewróci to najpierw każe sprawdzić co z pompą , a dopiero potem sprawdza co jej się stało. Tak bardzo bym chciała ,żeby nie bała się zastrzyków ,próbowałam z misiem, tłumaczyłam ,że to nic nie boli ,robiłam sobie zastrzyki (Natka płakała i opatrywała moje ,,rany”). Chciałam,żeby na mnie ćwiczyła. Niestety. Dzieci są różne , mają różne fobie , ona boi się zastrzyków. Być może przyczyniło się do tego to ,że przed diagnozą przyjmowała serię bolesnych zastrzyków dwa razy dziennie. Pamiętam ostatni zastrzyk ,jak odetchnęłam z ulgą, a tu za niedługo okazało się ,że zastrzyki to będzie codzienność mojego brzdąca. Ryczę ,bo pisanie tego wszystkiego to jak rozdrapywanie ran i posypywanie ich solą. Z drugiej strony nie mam z kim się podzielić moimi problemami i strachem ,który odczuwam z powodu pompy. Mam nadzieję ,że nic się z nią nie stanie po gwarancji, ale z drugiej strony byłam bardziej niż pewna, że moje dziecko nie zachoruje na żadną chorobę ,że jak urodziła się zdrowa to tak już zostanie ,więc teraz też nie mam pewności ,a to mnie dobija. 

Cukier na teraz 133 -jupi. 

Wiem ,że są dzieciaki na penach , wiem,że świetnie sobie radzą i jest mi strasznie źle z tym ,że moje dziecko ma taki problem przy takiej chorobie. O ile łatwiej by nam teraz było ,gdyby mała nie bała się pena. W razie co bez problemu przeczekałybyśmy ewentualny okres oczekiwania ,a tak to nie mogę już całkiem spać w nocy jak sobie o tym pomyślę. Może popytam o możliwość wypożyczenia sprzętu. Same stresy. Moim zdaniem każde dziecko powinno mieć zapewnioną pompę bez czekania. Nauka na penach wystarczy w razie czego w szpitalu , ewentualnie w domu 1 tydzień za sprawdzenie i decyzję ,czy pompa już czy jednak peny ,ale dla dzieci , które mają prawo bać się igieł powinny dostępne jak najszybciej pompy, po co zaburzać im i tak trudne dzieciństwo? Zapewne odezwie się całe pokolenie dorosłych cukrzyków ,,dlaczego tylko dzieciakom” a ja odpowiem ,,jeśli nie wiesz czemu to idź na oddział diabetologi dziecięcej i posłuchaj płaczu tych wszystkich maluchów, dla których na początku nawet nakłucie do pomiaru cukru to wielka rana ,z której leci krew, więc jest strasznie , a potem poczekaj ,aż będą dawać im insulinę w zastrzykach”. Taki płacz swoich dzieci z oddziału rodzice pamiętają do końca życia , i te odgłosy chodaków w korytarzu ,kiedy nocą pielęgniarki przychodziły co dwie godziny mierzyć cukier, od razu wiadomo na której sali jest ,,ŚWIEŻAK” ,bo słychać stamtąd płacz dziecka. Tego nie da się zapomnieć, wymazać z pamięci. Pamiętam jak już przewieźli nas z OIOM-u przychodzili do nas rodzice dzieci , które już żyły jakiś czas z cukrzycą, chociaż nie znali nas ,  mieli łzy w oczach , kiedy ją widzieli , po diagnozie , całą pokłutą , posiniaczoną, podpiętą kablami do sprzętu , który ją monitorował i dozował leki(miała kwasicę ketonową , była w bardzo ciężkim stanie. Anestezjolog stwierdził ,że nie wiadomo jak to się skończy).

Mnie jest szkoda i tych małych i tych starszych ,i tych najstarszych. Uważam każdego cukrzyka ,który radzi sobie z chorobą za bohatera. 

Dzieci z cukrzycą typ-1 marzą o powrocie do zdrowia. Czy ktoś w końcu wynajdzie lek?

8 marca. Ta data wywołuje u mnie mieszane uczucia. Cieszę się szczęściem mojej córeczki , która już dwa dni temu zakomunikowała swojemu tacie ,żeby przygotował dla niej  prezent,bo niedługo dzień kobiet.

Dla mnie trzy lata temu 8 marca stał się jednym z ,,tamtych dni”.Nic na to nie poradzę ,że kiedy zbliża się ten dzień to ja widzę moją córkę na wielkim , szpitalnym łóżku , wychudzoną ,bladą , przerażoną , smutną z wielkim wenflonem na rączce do którego podłączone było urządzenie dawkujące insulinę. Wtedy nie było jeszcze penów, ale i bez tego moje dziecko płakało z przerażenia, kiedy pielęgniarka przychodziła mierzyć jej cukier. Mam ten płacz w uszach, nie pozbędę się go nigdy. Przerażona , mała 3-letnia dziewczynka krzycząca z przerażeniem w głosie ,,krew”. Potem jeszcze doszły peny, kolejny żal , ból i jej niedowierzanie ,,co jeszcze mnie czeka”. Płacz, krzyk ,wyrywanie się. Ten żal w małych oczkach, które zawsze wyrażały pewność siebie, hardości, ten błysk powoli gasł , w jego miejsce pojawił się żal, smutek , ból i strach. Natka myślała ,że już nie wróci do domku. Potem w domku myślała,że będzie jak dawniej, jak opuściliśmy mury szpitala Nataszka powiedziała ,,JESTEM WOLNA ,NAPRAWDĘ  ” i na nowo pojawił się ten błysk w oku . Niestety nie była…W upragnionym domu było nadal jak w szpitalu…Pierwszy domowy zastrzyk z insuliny , który ona odbierała jak napaść na swoją osobę przez ludzi , którym bezgranicznie ufała zgasił znowu filuterną iskierkę w jej oczkach.Widziałam w nich żal i pytanie ,,mamusiu , dlaczego mi to robicie”?

Nie pamiętam dokładnej daty dnia , w którym trafiliśmy do szpitala. 8 marca byliśmy już na diabetologii , wcześniej OIOM. Nie chcę zaglądać na datę na wypisie, nie chcę pamiętać kiedy dokładnie to było , wystarczy mi ,że 8 marca stał się odnośnikiem do tamtych wydarzeń. W tym dniu tata Natki przyniósł nam po bukiecie tulipanów do szpitala. Były piękne. Moje dosyć szybko się posypały , a te Nataszki bardzo długo stały niewzruszone. Nawet pielęgniarki zwróciły na to uwagę. Myślałam wtedy ,że to może jakiś znak ,że wszystko się ułoży ,że cukrzyca się cofnie. Jak to mówią ,,tonący brzytwy się chwyta”. Niestety to był tylko mrzonki.

 Czuję straszną pustkę , wielki smutek. Mam żal do świata ,że tak się stało. Dzisiaj jak wracaliśmy z dworu Nataszka zobaczyła gwiazdkę na niebie i nam ją pokazała. Powiedziałam ,,mam już życzenie” . Tata Natki dorzucił ,,ja też mam życzenie, jedno jedyne , niczego więcej nie chcę tylko tego”. Nataszka spytała ,,chcecie ,żebym nie miała pompy?” (CHODZI JEJ O BYCIE ZDROWĄ) . ,,Tak” odpowiedzieliśmy oboje. Nataszka dodała ,że pomyślała sobie takie samo życzenie. Może skoro tulipany zawiodły to GWIAZDKA pomoże? Czekamy na cudowny lek. 

DZIECKO W SZPITALU? NA SZCZĘŚCIE NIE TYM RAZEM :)

W końcu dopadły nas ketony. Stało się to w piątek  13- lutego. Nieźle się wystraszyłam jak zobaczyłam na pasku testowym ketony na +++ , już w zasadzie zaczęłam pakować się do szpitala. Ale zacznę od początku.

W tłusty czwartek Natka zjadła pączusia, jak wszyscy. Cukry i samopoczucie ok. Na kolację zażyczyła sobie chlebek z masełkiem i jakiś czas po kolacji zaczęła narzekać na ból brzuszka. Myślałam ,że może wypiła za dużo. Masowałam jej brzuszek ,aż w końcu usnęła. Pomiar cukru o ok. 00:00 wykazał konieczność dopojenia małej ,więc podałam jej soczek. Nagle po wypiciu tegoż napoju wszystko wróciło na zewnątrz. Praktycznie cała zawartość kolacji. No i mamy problem. Cukier niski , mała wymiotuje… Zrobiłam ciepłe  herbatki, jedną posłodziłam cukrem, druga została gorzka i powoli podawałam 3 łyżeczki słodkiej po czym 3 łyżeczki gorzkiej. Niestety po jakimś czasie herbatka też wracała ,ale na szczęście cukier z niej musiał się wchłaniać ,bo poziom glukozy na glukometrze zwiększał się. Ponieważ okazywało się ,że jednak cukier nadal spada, zatrzymałam pompę i dopajałam mała powoli herbatami (na zmianę). Herbatka musiała być bardzo ciepła, więc co chwilkę robiłam świeże, chłodniejsze szybciej powodowały wymioty.Już wtedy zastanawiałam się nad tym ,żeby jechać do szpitala ,ale postanowiłam się wstrzymać. Na szczęście wymioty przeszły, cukier urósł ,ale bałam się włączać bazę. Ponastawiałam budziki i poszłam spać o ok: 4:00 nad ranem. Obudziłam się rano , mierzę cukier ponad 300 ! Myślę sobie ŚWIETNIE, niech jeszcze będą ketony w moczu i mamy komplet. Mała zrobiła siku–>mierzę paskami, ketony na 3+. Oczywiście wpadłam w panikę , zrobiłam małej herbatę z cytryną, bałam się ,że znowu będzie wymiotować po takim koktailu ,ale myślę spróbuję. Niestety zwymiotowała. Oczywiście w międzyczasie poszła SOLIDNA KOREKTA , pewnie jeszcze więcej bym podała insuliny ,ale bała się znowu wymiotów i za niskiego cukru. Wróciłam do pojenia małej malutkimi porcjami gorzkiej herbaty. Niestety nawet te małe ilości wywoływały odruch wymiotny. Tata małej szukał numeru na oddział diabetologiczny ,żeby dowiedzieć się co robić , ja strasznie panikowałam. W pamięci miałam kwasicę ketonową , którą już raz moje dziecko przeszło (przy rozpoznaniu). Po chwili w przypływie zdrowego rozsądku pomyślałam ,że przecież przy wymiotach też pojawiają się ketony , a cukier ponad 300 nie utrzymywał się na tyle długo ,żeby doprowadzić do kwasicy. Pozostawał jeden problem. W organizmie były ketony , które wywoływały odruch wymiotny ,a mała średnio chciała pić . Kolejny pomiar ketonów wykazał ich spadek , cukier pokazywał nadal ponad 300 . Ze strachem podawałam kolejne korekty ,ale wiedziałam ,że nie mam wyjścia, bo wytworzyła się odporność na insulinę , którą spowodował brak bazy i ketony.W końcu cukier zaczął spadać. Insuliny podałam tyle ,że normalnie cukier spadł by o 600. Nagle moje dziecko zażyczyło sobie gazowanej wody mineralnej o smaku owoców leśnych z cukrem. Mała zaczęła pić tą wodę drobnymi łyczkami i ku mojemu OGROMNEMU ZDZIWIENIU  nie zwymiotowała jej. Owszem odbijało jej się ,ale zawartość zostawała w brzuszku. Kolejne pomiary ketonów pokazywały ,że jest ich coraz mniej. Nie wiem jak dałyśmy radę to pokonać. Wszystko dzięki mojej córeczce, która robiła to o co ją prosiłam ,jestem z niej taka dumna. Oczywiście w tym samym dniu poszliśmy do lekarza, lekarka zaleciła dietę i obserwację ,a jeśli wymioty by się powtórzyły to mieliśmy jechać do szpitala. Na szczęście (odpukać) w nie było już niemiłych niespodzianek. Nataszka nic nie jadła już w piątek. Bała się . Piła tylko herbatkę i tą smakową gazowaną wodę mineralną (której osobiście nikomu nie polecam przy wymiotach i nie wiem jakim cudem małej po niej nic nie było , w każdym razie po całej tej aferze Natka powiedziała ,,ta woda postawiła mnie na nogi” . Cukry w granicach 140 , nie obniżałam nic a nic ,bo bałam się znowu hipo. 

Poniedziałkowa wizyta kontrolna potwierdziła ,że z brzuszkiem już ok. Więc dzisiaj poszliśmy pierwszy raz po feriach do przedszkola. Nataszkowemu leniuszkowi nie bardzo się chciało ,ale potem była już w miarę zadowolona. W miarę ,bo jest dwóch chłopców ,którzy jej dokuczają . Starają się ją zaczepiać ,żeby ona brała udział w ich przepychankach ,a Nataszka po kilku poważnych rozmowach wie ,że nie powinna wdawać się w takie aferki , więc w tej chwili jest pokrzywdzona. Pani zwraca uwagę chłopakom ,ale widocznie to nie wystarcza. 

Baza insulinowa. Przedszkole , CZYLI CUKRZYCOWE NIEDOLE.

Nie chce mi się kompletnie nic. Baza jakiś czas działała , ale teraz znowu muszę ją trochę pozmniejszać , szczególnie nocą . Ręce mi opadają ,ale trzymam fason , bo przynajmniej nie ma ciągle wysokich cukrów. W przedszkolu jeszcze nie byliśmy , w środę córcia miała wizytę u diabetologa. W nocy ze środy na czwartek po zmianie wkłucia okazało się ,że poprzednie musiało być zepsute, bo trochę trwało zanim doszłam do dobrych cukrów, dodatkowo jakby tego było mało córka akurat tego dnia zjadła wysoko tłuszczową kolację. Bardzo rzadko pozwalam małej na tego typu kolacyjki , miała ochotę na kotleciki takie do hamburgerów , wiem ,że są nie za bardzo zdrowe i nie są wskazane ,ale raz na jakiś czas pozwalam jej na nie i jak wkłucie jest ok ,to cukry są bardzo dobre, świetnie się utrzymują na stałym poziomie.Tym razem jednak nie miałyśmy szczęścia , wkłucie prawdopodobnie było przytkane, puszczało dużą dawkę insuliny (typu bolus prosty) ,a przedłużonego już za bardzo nie , pewnie baza też nie dostawała się do organizmu. To ten tym przytkanie ,w którym po podaniu większej dawki insuliny (korekta) cukier spada, ale po jakimś czasie znowu rośnie , albo po kolejnym posiłku znowu jest za wysoki. Po zrobieniu nowego wkłucia trochę trwało zanim osiągnęłam dobry cukier, wydaje mi się ,że dzieje się tak dlatego ,że w takiej sytuacji nie wiadomo ile insuliny podać na korektę  , bo nie wiemy tak naprawdę ile insuliny ze starego wkłucia dostało się do organizmu delikwenta. Podajemy korekty na wysoki cukier ,a ten nie spada, w takim przypadku wydaje mi się , że po prostu wchłaniane jedzenie wybija do pewnego momentu. Im więcej miało w sobie tłuszczy ,tym dłużej będzie windowało cukier do góry. Przyznam ,że już bałam się ,że to nowe wkłucie też jest zepsute i miałam ochotę je zmienić ,ale właśnie wtedy okazało się ,że cukier spada. ODETCHNĘŁAM. Często w takich chwilach całuję glukometr, czym rozmieszam moją córkę i zadziwiam domowników ,ale w tym momencie , kiedy po wysokich cukrach ukazuje się światełko w tunelu oddaję należny hołd temu małemu urządzeniu bez którego życia z cukrzycą sobie nie wyobrażam. Nowe wkłucie nadal w użyciu , działa (odpukać). Ponieważ męczyłyśmy się obie tej nocy to nie miałam siły wstać z łóżka z rana ,zmierzyłam tylko cukier i jeszcze trochę pospałyśmy. Dzisiaj pomyślałam ,że to piątek i nie ma sensu iść ,a tak naprawdę to boję się kolejnej jelitówki , po poprzedniej do tej pory nie mogę dojść do ładu z cukrami ,a jeszcze podobno w przedszkolu ,,panuje” szkarlatyna… Nie wiem co robić. Czasem zastanawiam się czy nie lepiej było załatwić małej indywidualne nauczanie, bo to co się dzieje od dwóch lat w przedszkolu jeśli chodzi o choroby to jakaś masakra. W grupach jest po kilkoro , kilkanaście (z 25 ) dzieci , chorują nauczyciele , pomoce nauczycieli i wszyscy są bezradni. Ta ostatnia jelitówka to jakiś mutant!!! Nataszka miała ją chyba ze 3 razy , inne dzieci podobnie. SZOK.  

W każdym razie plan na poniedziałek—>przedszkole. Muszę wziąć zaświadczenie od nauczycielki, bo mamy w środę iść do logopedy (znowu nie będziemy w przedszkolu).

KONTROLNE BADANIA DZIECKA Z CUKRZYCĄ CZĘŚĆ-1. C

Zacznę od początku.
Jak ogólnie wiadomo , badania w szpitalu muszą się odbyć. Z tego co zaobserwowałam to trwają one od 3 do 4 dni. Szczerze mówiąc uważam ,że wszystkie badania mogą odbyć się w ciągu doby ,ale rozumiem ,że lekarze chcą ,,poprzyglądać się bazie”.

Naszą przygodę z badaniami rozpoczęłyśmy w czwartek. W tym dniu nic oczywiście się nie odbyło. Jedyną rzeczą ,która mnie zaniepokoiła to było mierzenie cukrów teoretycznie odbywało się to 15 minut przed posiłkiem ,ale przy pełnym pacjentów oddziale między zmierzeniem cukru a jedzeniem posiłku mijało nawet 45 minut!!! Dla mnie to gruba przesada, ponieważ moje dziecko w tym czasie mogło już mieć o wiele niższy cukier niż przy badaniu. Ale cóż , w końcu byliśmy wśród fachowców.
Do tego insulina podawana w bolusie prostym , zanim dziecko zje. Hmmm ,dla mnie sprawa dyskusyjna ,ale robiłam co mi kazali.
Przed pójściem spać dostaliśmy dwa pojemniki na mocz-jeden mały, drugi duuży (dobowa zbiórka moczu).
W nocy przy cukrze 67 nie podano córci nic, ale cukier zmierzono po 15 minutach. Niby urósł do 74 ,więc wszysko było dobrze. Wiem ,że może jestem przewrażliwona, ale nie przepadam za tak ,według mnie niskimi cukrami w nocy, więc sama na własna rękę podałam dziecku odrobinę soku (następny pomiar w szpitalu miał być za jakieś 2 godziny ,a bazę mamy też dosyć solidną. Kolejny pomiar cukru wynosił też niewiele ponad 70. (Osobiście bym zmniejszyła bazę o jakieś 20%).

BADAŃ DZIEŃ DRUGI-PIĄTEK
Wstaliśmy rano. Ważenie, sikanie i pomiar cukru. Następnie badania krwi. Nie cierpię ich. Natka strasznie płakała i się wyrywała. Pielęgniarka chwilę ,,grzebała” igłą zanim dostała się do żyły.
Obchód. Pytam lekarki (była nasza) na kiedy są planowane pozostałe badania , pada odpowiedź na poniedziałek… Pytam czy uda nam się wyjść do domu w poniedziałek , lekarka mówi ,że nie powinno być problemu (odczuwam ulgę).
Śniadanie. Spora ilość insuliny puszczonej w bolusie prostym. Natka zjadła sporo białek-tłuszczy. Wszystko ok. Pomiar przed drugim śniadaniem , coś nieco ponad 80. Insulina podana w bolusie prostym. Jemy drugie śniadanie. Nataszka zjadła wstała z łóżka. Poszłam za nią. Nagle moje dziecko upadło , tak jakby nóżki stały się jak z waty. Mówi ,że jej słabo. Biegnę do dyżurki. Mierzymy cukier 39!. Pielęgniarka chce podać jej glukozę. Mała nie chce pić .Pytam o sok. Pozwala. Podajemy sok. Mierzymy za chwilę cukier 34. Nataszka słabnie. Podajemy więcej soku. Przychodzi druga pielęgniarka i pyta czemu zamiast soku nie podano małej glukozy ,ale takiej smakowej w żelu. Sok , który podajemy nie jest dobry ,bo nie jest przejrzysty i dłużej się wchłania. Mierzymy cukier. ROŚNIE!!! ULGA. Widzę też ulgę na twarzy pielęgniarki. Ale zaczyna się problem następny. Ciekawe jak wysoko urośnie?
Nataszka zasypia. Wykończył ją ten niski cukier.
Kontroluję cukier. Początkowo jest dobry ,ale po jakimś czasie zaczyna rosnąć. Finalnie mamy Nieco mniej niż 280. Potrzebna jest korekta. Na oddziale trwa szał ,,testowania kalkulatora bolusa”. Może i to urządzenie nie jest najgorsze, ale z pewnością nie wie jak dużo węglowodanów spożyło moje dziecko na niski cukier. ,,MĄDRE URZĄDZENIE” każe podać 1 jednostkę. Nie jestem do tego przekonana podaję 1,3. Czekamy na efekty. Tata Natki wkurzony. Brakiem badań i wahaniami cukrów. Dosyć głośno mówi o swoich wątpliwościach. Szkoda mi tylko pielęgniarki. Chyba ma poczucie winy, że ten cukier tak urósł , że pozwoliła mi podać za dużo soku. Ja nie mam do niej żadnego żalu. Wręcz przeciwnie , jestem jej wdzięczna ,że pozwoliła mi podać małej sok ,a nie katowała ją rozpuszczoną w wodzie glukozą.Wydaje mi się ,że to nie sok tak wybił cukier tylko skumulowane w organiźmie białka i tłuszcze zaczęły się wchłaniać (w domu w takiej sytuacji , gdybym widziała ,że cukier zaczyna rosnąć to bym podała dodatkową insulinę w bolusie złożonym-oczywiście wiąże się to z częstszym sprawdzaniem cukru ,ale lepsze to niż wywindowanie cukru do 300 ,a potem ,,ciapanie” korektami).
Ale wracając do tematu , pomimo podanej korekcie (większej niż mówił kalkulator bolusa) cukier cały czas stał w miejscu. Nataszka była głodna , ale nie marudziła za bardzo. Kochana jest. W końcu zjawiła się pani doktór. Nie wytrzymałam i pytam ,,Pani doktór, a co z nami? Nataszka prawie cały dzień ma cukier prawie 300, w domu staram się szybko zbijać takie cukry, jest zmęczona, ma podkrążone oczka, zaraz będzie miała zły humor , ja już go mam.”
Pani doktór , odpowiedziała ,,że niepotrzebnie”. I w końcu kazała podać kolejną dawkę korekty , która wraz z ruchem szybko zbiła cukier i Nataszka w końcu mogła zjeść obiad na kolację.
Kolejne dni opiszę w następnym poście. CDN

Chwiejne cukry, spacer,przedszkole i inne swawole.

Wczoraj Paweł poszedł z Natką do przedszkola, jakimś cudem udało mi się ją wyciągnąc z łóżka, chociaż dzień ,a właściwie noc wcześniej nie mogła zasnąć. Oczywiście ubieranie odbyło się na tzw. śpiocha. Paweł miał wyjść do biblioteki , więc przy obliczaniu insuliny do sniadania zadziałałam nieco zachowawczo i efekt był taki ,że po jakiejś godzinie (po powrocie Pawła do przedszkola) cukier był mało imponujący -290 (chociaż w zasadzie chyba bardziej chodziło o to ,że za późno podał córci insulinkę , bo aż tak zachowawcza w obliczaniu nie byłam).Paweł podał korektę , potem przedszkolaki poszły na podwórko. Po korekcie i zabawie cukier spadł do 120. Na obiad Paweł podał 0,5 jednostki insuliny , potem wymieniłam go ja. Jak weszłam do sali Panie powiedziały ,że Natka praktycznie nic nie zjadła ,więc nie dokładałam insuliny , tylko zmierzyłam cukier , nie było nisko ,bo ok 170 ,ale nie chciałąm dokładac ,bo skoro nic nie zjadła…
Przed angielskim okazało się ,że chyba jednak coś zjadła ,bo cukier 200 , podałam odpowiednią korektę i pozostało mi tylko czekanie.
Po przedszkolu spacerek , przy okrzykach i marudzeniu mojej córeczki jak to bardzo bolą ja nogi itp. Po drodze weszliśmy do sklepu, Natka miała ochotę na jakiś serek w wafelku , pozwoliłam jej go wziąśc ,ale nie pozwoliam zjadać,bo nie zjadła nic w przedszkolu. Po wyjściu ze sklepu usłyszałam ,,słabo mi” , no i przyznam się bez bicia ,że myślałam ,że mała chce sposobem dostać się do tegoż serka w kształcie loda, oczywiście cukier zmierzyłam a tam 45!!!!!!! O litości… Od razu sok , i tenże serek. W drodze powrotnej do domu również nie obyło się bez jęków ,,bolą mnie nogi , jestem zmęczona, chce odpocząć” -zważywszy na chwiejny tego dnia cukier tak mogło być. Ale…
Jak tylko doszliśmy do placu zabaw, oczy mojego dziecka zrobiły się jak dwa spodki latjące, cała niemoc ,słabość ,ból nóg cudem ustąpiły a ich miejsce zajęły zabawy i harce z kolegami. Tym razem Paweł zaczął marudzić ,że chce do domu , bo w czasie spaceru udało mi się go zgarnąć jak wracał od lekarza.
Przekonaliśmy Natkę wspólnymi siłami ,żeby szła do domu. No dobra, przyznaję bez bicia użyliśmy podstępu ,że niby w domu jest niespodzianka. Na szczęście moje dzieciątko nie jest pazerniakiem i cokolwiek uzna za niespodziankę ,więc nie było płaczu.
Myślałam ,że po takim dniu i moje dziecię w domu będzie odpoczywać, no i tak było pierwsze 30 minut, potem szybko odzyskała werwę i była gotowa do zabawy. Cieszę się, że tak jest , że ma dobrą formę , że ma chęci do zabawy, że jest taka jak przed chorobą -radosna ,ciekawa świata.
W trakcie kąpieli usłyszałam jak moja córeczka powtarza ,,TODAY IS SUNNY” przyznam ,że duma rozpierała moją pierś i stwierdziłam ,że ma talent do języków (typowa mamuśka). Zapytałam córeczkę jak było na angielskim , odpowiedziała ,że sama bez podpowiedzi pani powiedziała ten zwrot, a na moje pytanie co pani na to Natka odpowiedziała ,że usłyszała od pani ,,,PERFECT” – dodam ,że córcia powiedziała to z akcentem. Jak to niewiele potrzeba mamom do szcześcia.
Na angielskim byłyśmy dopiero kilka razy , w przedszkolu są organizowane takie zajecia ,dla mnie to dodatkowy czas do spędzenia w przedszkolu , bo od tego roku zajęcia dodatkowe muszą odbywać się po przedszkolu.
Po kąpieli przyszedł czas na zmiane wkłucia, Nataka uciekła do dziadka, obiecałam ,że jak da sobie zrobić wkłucie to dostanie taki deserek z koroną. Poskutkowało. Nataszka dała sobie bez problemu zrobić wkłucie ,tylko kazała patrzeć dziadkowi jaka jest dzielna. Niestety dla niej i dla mnie okazało się ,że wkłucie nie zadziało jak trzeba i nocka była ,,do dupy” przepraszam za wyrażenie,ale inaczej tego nazwac nie mogę. Korekty w nocy i częste sprawdzanie cukru , do tego robienie picia. I w ten sposób mój plan regularnego uczęszczania do placówki zwanej przedszkolem upadł. Pewnie gdyby to byłą tylko ta jedna noc, to jeszcze jakoś bym dała radę ,ale ostatnie nocki nie są idealne, nie ma tragedii cukrowej ,ale odkąd wkłucie jest na ręce zdarza się w nocy koniecznośc podawania korekty (która bardzo szybko doprowadza cukier do porządku) , zastanawiam się ,więc, czy w czasie snu córcia nie przygniata gdzieś drenu i baza nie dociera tam gdzie powinna?
Mam wyrzuty sumienia ,że zamiast w przedszkolu siedzimy w domu. Mam nadzieję ,że jutro już nie będzie żadnych niespodziewanek.

Diabetolog, konsola i witaminy ;)

2 października mieliśmy umówioną wizytę u diabetologa. Jak zawsze pełen stres ,nerwy itp. Nataszka pojechała sama z tatą ,bo mnie dopadł niewyobrażalny katar. Przyznam ,że miałam troszkę wątpliwości co do tego ,żeby sami jechali , ale nie dlatego,że boję się ,że Paweł sobie nie poradzi ,ale chyba dlatego,że tak się przyzwyczaiłam ,że zawsze robimy to razem. W końcu jednak uległam ich sugestiom , najbardziej jęczała Nataszka ,że chce jechać sama z tatą i zostałam w domu. Oczywiście nie mogłam się na niczym skupić.Kilkakrotnie rozmawialiśmy przez telefon.
W końcu wrócili ,oboje uśmiechnięci i zadowoleni. Podobno pani doktór powiedziała ,że jest z nas zadowolona. Uwielbiamy naszą panią doktor, jest taka cierpliwa, wykazuje tyle zrozumienia ,nigdy nie jest zła. Zazwyczaj moje dziecię pół wizyty ,jak nie całą przesiaduje pod jej biurkiem… Kiedyś przyłapałam Natkę pod biurkiem pani doktór, kiedy ta mała spryciula robiła mi kipisz w torebce. Nawet nie wiem ,kiedy się do niej dorwała.Na innej wizycie moje dziecię dorwało się do pieczątki lekarskiej ,bo też chciała wypisywać recepty, a ona takiej pieczątki przecież nie ma.
Ciekawa jestem jaka będzie hemoglobina… Przez ostatnie 3 miesiące bywało tyle różnych cukrowych wpadek… A to dwa razy chora z antybiotykiem , wysoka temperatura , szwankujące wkłucia, podejrzany zbiorniczek . Do tego posiłki w przedszkolu i insulina podawana na oko .(No oczywiście,że szacuję posiłek ,ale wagi w oczach nie mam). Najgorzej było ustawić śniadania, wiem ,że bym mogła przynosić gotowe śniadania z domu ,ale ja wolę,żeby jadła razem z dziećmi to co one. Pije też to co dzeciaki, czyli do śniadanka, albo mleko ,albo kawę z mlekiem ,albo kakao. Oczywiście wcześniej sprawdziłam jak mniej więcej panie słodzą te napoje i okazało się,że praktycznie odrobinę, więc nie widzę przeciwwskazań,żeby mała mogła je pić. Do obiadku dostaje kompocik.
Kolejną atrakcją dnia dla Nataszki było wyjście z tatą do cioci Ali i Marcela. Ja nie poszłam ,bo nie chciałam zarażać , no i moje samopoczucie przy katarze jest porównywalne z katarem u meżczyzn ;). Ala zadzwonił ,że Marcel był bardzo dzielny u dentysty ,dał sobie wyleczyć ząbka w związku z czym Ala odwiesiła embargo na konsolę i mógł grać do woli , więc zażyczył sobie grać z Nataszką, bo jej obiecał ,że ją zaprosi na konsolę ,jak tylko wyleczy ząbka.
Tak więc praktycznie cały dzień miałam dla siebie, tylko ten wredny katar…

Dzisiaj Nataszka wstała z zapchanym noskiem ,mam nadzieję ,że to tylko przejściowe, czasem tak ma ,że wstanie z katarem ,a potem wszystko jest ok. Kupiłam jej ostatnio syropek na odporność , dostała dopiero 2 dawki ,ale mam nadzieję , że choć troszke pomoże. Wybrałam Hartusia na odporność. Zawera beta-glukan i jak na produkt z tą substancją to nie jest drogi. Dodatkowo podaje tabletkę rutinacea ,ale tą dla dorosłych. Zastanawiam się też nad tranem , w zeszłym roku Nataszka piła,ale chyba za krótko , bo nie zauważylam jakiejś super poprawy.
Również od 2 dni podaję jej witaminki Olipmpek Vita-min plus Junior. Są one w postaci saszetek , proszek się rozpuszcza w wodzie i jest bardzo przyjemny w smaku (przynajmniej dla mojego dziecka). A akurat u nas to jest bardzo duża zaleta. Już niejednokrotnie kupiłam witaminy , których Nataszka nie chciała jeść czy pić, bo ją zrywało na wymioty, więc to ,że jej Olimpek smakuje to rerwelka , bo w końcu mogę ją czymś ,,dowitaminizować”.`