przedszkole

Smutki mamy cukierka.

Zapragnęłam wywołać zdjęcia Nataszki. Długo się do tego zabierałam. Już kiedyś miałam wszystko pogrupowane ,przygotowane, ale system padł i jakoś tak wyszło , do tego  Nataszka była mała i wymagała nieustannej inwigilacji .żeby czegoś nie zmajstrować , a potem… Potem zachorowała i przeglądanie starych zdjęć sprzed zachorowania stało się dla mnie udręką i doprowadzało mnie do płaczu. Tak było i tym razem ,ale nie na taką skalę jak jeszcze jakiś czas temu. Do tego Natka usłyszała mój płacz i spytała czemu płacze , i powiedziała ,że jak nie przestanę to i ona będzie płakała.Ona też oglądając zdjęcia jak była ,,dzidziusiem” miewała napady smutku i ze łzami w oczkach mówiła ,że wtedy jeszcze była zdrowa  , nie miała cukrzycy , i że chce znowu być mała ,więc kończyło się na tym, że ryczałyśmy obie. 

Tym razem pogrupowałam sobie zdjęcia i nawet część wysłałam do wywołania. Nazbierało się tego tyle ,że zanim dojdę do obecnego roku to na liczniku będzie 2020 rok. Miałam czas , bo od zeszłego piątku siedzimy w domu, ponieważ  Natka złapała jakąś infekcję gardła. Nie sądziłam ,że skończy się na antybiotyku a jednak. Cukry (odpukać) nawet w porządku ,a w porównaniu z początkiem miesiąca to nawet rewelka. Cukier na teraz 96. Martwią mnie tylko te infekcję , dopiero w październiku brała antybiotyk. Niestety rodzice nie zważając na nic puszczają chore dzieci  do szkoły i to nie tylko Ci pracujący , więc mikroby krążą po klasie jak szalone. Znowu będzie trochę nadrabiania. 

Tęsknię za czasami ze zdjęć. Za tym beztroskim uśmiechem małej ,za tym ,że budziłam się w nocy tylko po to ,żeby ją nakarmić ,przewinąć ,czy potem wysadzić na nocniczek i dać pić. Wtedy wydawało mi się to takie męczące ,a teraz bez zastanowienia znowu bym się znalazła ,,tam”. Tęsknię za tamtymi wyolbrzymianym, patrząc z perspektywy czasu problemami. Tęsknię za tym co było i nie wróci choćbym nie wiem jak bardzo chciała. Tęsknię za tym ,żeby dać dziecku od tak sobie chrupka ,czy banana, za tym żeby pozwolić jej wejść beztrosko do wody , za tym ,żebym mogła położyć się obok niej i zasnąć jak kiedyś bez paraliżującego strachu o cukier. Czasem zasypiam przytulona do mojej księżniczki ,ale z jej objęć wyciąga mnie dzwonek budzika. Tak jest mi ciężko i przykro wyswobadzać się z jej uścisku i wyobrażam sobie jakby to było miło móc tak przespać całą noc w objęciach ukochanego dziecka. Znowu zdjęcia sprawiły ,że jestem w nostalgicznym nastroju. Najgorsze jest to ,że jestem samotna z tym wszystkim ,nie sama ,bo mnóstwo wokół mnie ludzi ,ale samotna. Każdy ma swoje problemy, a ja robię dobrą minę do złej gry . Kogo poza mną może obchodzić to ,że Natka ma zły cukier ,że jest mi przykro ,bo nie może robić wszystkiego co zdrowe dzieci , kiedy ma na to ochotę?

TO był bal , na sto par :) Szczęście cukrowej księżniczki :)

I po balu. Nataszka była najpiękniejszą księżniczką jaką można sobie wyobrazić. Stała dumnie na scenie i pytała co chwilę ,,mamo ,a gdzie dziadek”? Na szczęście dziadek dotarł na czas, bo inaczej chyba by przedstawienie się nie odbyło , bo Natka nawet jak pani dyrektor zaczęła przemawiać zadawała to samo pytanie ,,mamo , a gdzie dziadek”. Dopiero jak go zobaczyła to się uśmiechnęła i uspokoiła. Swoją drogą nie miałam pojęcia ,że aż tak bardzo zależało jej na obecności dziadka. Dobrze ,że zdążył. W tym roku przedstawienie zaczęło się nieco wcześniej stąd jego spóźnienie. Nataszka pięknie wyrecytowała swój wierszyk , była taka dumna , my też pełni zachwytu wpatrywaliśmy się w naszą małą królewnę. Potem pierwszy pokazowy taniec w wykonaniu przedszkolaków i w końcu pan Heniu* zaczął karnawałową zabawę w przytupem (*pan Heniu-gra co roku na wszystkich przedszkolnych imprezach na syntezatorach , złośliwi twierdzą ,że gra za głośno i dzieci się boją).

Bal połączony był z obchodem święta babci i dziadka ,więc od razu wcześniej wymienieni zostali obdarowani przez swoje wnuki pięknymi prezentami wykonanymi przez dzieci z pomocą pań ,albo raczej przez panie z pomocą dzieci. W każdym razie każdy był zadowolony. 

Jedynym minusem w tym wszystkim był cukier Nataszki po występach , glukometr pokazał ponad 400. Nie wiem co zawiniło , bo było mnóstwo czynników, choćby stres związany z występem (Natka mówiła ,że jej się rączki aż trzęsły) , czy strach ,że dziadek nie przyjdzie ,czy czysto cukrzycowe problemy , falt faktem ,że poszła solidna korekta i Nataszka nie mogła jak inne dzieci jeść przygotowanych słodkości. Długa suknia trochę przeszkadzała Natce w tańcu , ale jak dzień wcześniej ją nieco skróciłam (fastrygą) to Natka powiedziała ,że jest krzywa i żeby zrobić jak dawniej (no miało rację dziecko ,sukienka do prostych nie należała po maminych przeróbkach) , wróciliśmy więc do poprzedniej długości. Najważniejsze ,że jak obie poszłyśmy w tany to nic nam nie przeszkadzało. nataszka był taka szczęśliwa ja razem z nią. Cały czas patrzyła mi w oczy i hulałyśmy na całego. W końcu nie byłam tylko mamą ,która ją kłuje, nie daje jej jeść, pilnuje na każdym kroku, tylko mamą z którą miło spędzała czas. Cały czas patrzyłyśmy sobie w oczy, uśmiechy nie schodziły z naszych twarzy. W końcu Nataszka powiedziała ,,nigdy tego nie zapomnę mamusiu” , odpowiedziałam ,że ja tak samo. Cudowny czas, oczywiście wcześniej cukry doszły do odpowiednich wartości. 

Potem był obiadek ,a po nim wszystkie dzieciaki szły na wspólną zabawę już bez rodziców i dziadków. A ponieważ bale w przedszkolu były aż trzy (każdego dnia po dwie grupy) ,to jeszcze dwukrotnie miałyśmy okazję pobrylować na parkiecie po obiadku. I jeszcze raz usłyszałam z ust Natki słowa ,że nigdy tego nie zapomni. 

Każdego roku przed balem mam doła. Rozmyślam o tym ,że w tym właśnie okresie zachorowała Nataszka, Wtedy miała iść na swój pierwszy bal ,ale była taka zmęczona ,że nie dała rady. Pamiętam jak mówiła przytulona do mnie ,że ona nie chce na bal tylko chce do domku. Tam czuła się bezpiecznie, Wiedziała ,że coś ją niszcz w środku ,ale jako trzyletnie dziecko nie wiedziała co to , czy tak ma być i jak nam o tym powiedzieć. Do tej pory gryzie mnie sumienie ,że nie postąpiłam wtedy inaczej ,że chociaż miałam przeczucie ,że mała jest chora to dałam sobie wciskać kity przez najbliższych i lekarzy. Dużo by to nie zmieniło ,bo i tak córcia by była chora ,ale pewnie nie trafiłaby na OIOM.
http://nasza-natasza.crazylife.pl/2013/01/27/74/?preview=true&preview_id=74&preview_nonce=8078aa03c0&post_format=standard&hash=c228498837757015b9c76f84a616a630&t=54ce02a594356f8e17f

Baza insulinowa. Przedszkole , CZYLI CUKRZYCOWE NIEDOLE.

Nie chce mi się kompletnie nic. Baza jakiś czas działała , ale teraz znowu muszę ją trochę pozmniejszać , szczególnie nocą . Ręce mi opadają ,ale trzymam fason , bo przynajmniej nie ma ciągle wysokich cukrów. W przedszkolu jeszcze nie byliśmy , w środę córcia miała wizytę u diabetologa. W nocy ze środy na czwartek po zmianie wkłucia okazało się ,że poprzednie musiało być zepsute, bo trochę trwało zanim doszłam do dobrych cukrów, dodatkowo jakby tego było mało córka akurat tego dnia zjadła wysoko tłuszczową kolację. Bardzo rzadko pozwalam małej na tego typu kolacyjki , miała ochotę na kotleciki takie do hamburgerów , wiem ,że są nie za bardzo zdrowe i nie są wskazane ,ale raz na jakiś czas pozwalam jej na nie i jak wkłucie jest ok ,to cukry są bardzo dobre, świetnie się utrzymują na stałym poziomie.Tym razem jednak nie miałyśmy szczęścia , wkłucie prawdopodobnie było przytkane, puszczało dużą dawkę insuliny (typu bolus prosty) ,a przedłużonego już za bardzo nie , pewnie baza też nie dostawała się do organizmu. To ten tym przytkanie ,w którym po podaniu większej dawki insuliny (korekta) cukier spada, ale po jakimś czasie znowu rośnie , albo po kolejnym posiłku znowu jest za wysoki. Po zrobieniu nowego wkłucia trochę trwało zanim osiągnęłam dobry cukier, wydaje mi się ,że dzieje się tak dlatego ,że w takiej sytuacji nie wiadomo ile insuliny podać na korektę  , bo nie wiemy tak naprawdę ile insuliny ze starego wkłucia dostało się do organizmu delikwenta. Podajemy korekty na wysoki cukier ,a ten nie spada, w takim przypadku wydaje mi się , że po prostu wchłaniane jedzenie wybija do pewnego momentu. Im więcej miało w sobie tłuszczy ,tym dłużej będzie windowało cukier do góry. Przyznam ,że już bałam się ,że to nowe wkłucie też jest zepsute i miałam ochotę je zmienić ,ale właśnie wtedy okazało się ,że cukier spada. ODETCHNĘŁAM. Często w takich chwilach całuję glukometr, czym rozmieszam moją córkę i zadziwiam domowników ,ale w tym momencie , kiedy po wysokich cukrach ukazuje się światełko w tunelu oddaję należny hołd temu małemu urządzeniu bez którego życia z cukrzycą sobie nie wyobrażam. Nowe wkłucie nadal w użyciu , działa (odpukać). Ponieważ męczyłyśmy się obie tej nocy to nie miałam siły wstać z łóżka z rana ,zmierzyłam tylko cukier i jeszcze trochę pospałyśmy. Dzisiaj pomyślałam ,że to piątek i nie ma sensu iść ,a tak naprawdę to boję się kolejnej jelitówki , po poprzedniej do tej pory nie mogę dojść do ładu z cukrami ,a jeszcze podobno w przedszkolu ,,panuje” szkarlatyna… Nie wiem co robić. Czasem zastanawiam się czy nie lepiej było załatwić małej indywidualne nauczanie, bo to co się dzieje od dwóch lat w przedszkolu jeśli chodzi o choroby to jakaś masakra. W grupach jest po kilkoro , kilkanaście (z 25 ) dzieci , chorują nauczyciele , pomoce nauczycieli i wszyscy są bezradni. Ta ostatnia jelitówka to jakiś mutant!!! Nataszka miała ją chyba ze 3 razy , inne dzieci podobnie. SZOK.  

W każdym razie plan na poniedziałek—>przedszkole. Muszę wziąć zaświadczenie od nauczycielki, bo mamy w środę iść do logopedy (znowu nie będziemy w przedszkolu).

Cukrowe koszmarki. Wojna z bazą.

Zmieniłam bazę. Jest dużo lepiej ,ale daleko jeszcze do ideału. Muszę prześledzić cukry i dokonać drobnych korekt. Po kolacji cukier nam rośnie, więc dołożę 2 h i 1 h przed posiłkiem (może też ,ale nie od razu w godzinie posiłku) 0,05 jednostki do bazy. Obecnie o tych godzinach cukier nam wywala ,więc konieczne są korekty. W nocy mamy spadki ,ale mam problem , bo nie ustaliłam jeszcze ,czy te spadki są spowodowane korektą ,czy insuliną bazową. Muszę poobserwować ,żeby to ustalić ,ale niestety wiadomo ,że inaczej się do tego nie dojdzie jak tylko metodą prób i błędów. Mam nadzieję ,że szybko uda mi się nad tym zapanować ,żeby córcia chociaż na jakiś czas miała spokój z tymi całymi wahaniami cukrów. 

Cukry przy śniadaniu też nie są najgorsze, ale czeka mnie mała zmiana, bo 2 godziny po posiłku jest 163 ,a przed obiadem 63 , więc muszę ,,zaczarować tak” ,żeby dwie godziny po posiłku było 140 ,a przed obiadem w granicach 80-100. 

Z tego co zauważyłam  czytając wypowiedzi innych mamuś cukierasów to sporo dzieciaków ma właśnie teraz problemy z cukrami. Może to jakieś przesilenie jesienne? Bo  dziwne to jest dla mnie. 

Ostatnio Natka zrobiła się małym łobuziakiem w przedszkolu. Bije się z kolegami. W sumie to od zawsze miała większy kontakt z chłopakami niż z dziewczynkami , ostatni rok to zmienił ,ale widzę ,że chęć ,,chłopakowych ” zabaw jej nie opuściła. Podobno tata Natki wszedł do sali ,żeby zmierzyć jej cukier ,a tam Natka na środku sali atakowana przez dwóch chłopców dzielnie odpierała atak. Dodam ,że trzeci napastnik wybiegł z toalety ,ale chyba też nie zmniejszyło to chęci obrony u Natki. Tata Natki  tak to zabawnie opowiedział ,że się uśmiałam. Pewnie nie wypada ,ale nie było ofiar w dzieciach. Natka cała i chłopcy też . W sumie to chyba była jakaś zabawa ,nie wiem o co chodziło ,bo ja tego nie widziałam. Tłumaczę córci ,że nie powinna tak się bawić ,bo można sobie ,albo komuś zrobić krzywdę.  Nie trwa to długo ,bo od jakiś 2 dni. Zastanawiam się ,czy nie jest to spowodowany tym ,że Natka obrywała od jednej z koleżanek. Oczywiście pani wkraczała do akcji ,ale wszystkiego nie wychwyci ,a mnie mówiła Nata o tym dopiero w drodze powrotnej do domu. Od wczoraj (dziwnym zbiegiem okoliczności) już są z tą dziewczynką koleżankami. Dodam ,że ta dziewczynka wcześniej wdawała się we wszelakie bójki (ale to całkiem inna historia) ,zastanawiam się czy Natka nie stała się narzędziem   w jej rękach? Mam nadzieję ,że nie daje sobą manipulować  ,ale różnie to bywa. Przyjrzę się tej sprawie bliżej. Może chce popisać się przed rówieśnikami?  Dzisiaj po przedszkolu powiedziała ,że jej się tam nudzi. Ciekawa jestem ,czy bardziej nie chodzi o to ,że trzeba siedzieć bez gadania  i słuchać pani. Mam nadzieję ,że to przejściowy problem. 

 

CUKIERECZEK W PRZEDSZKOLU CD.

Dzisiaj pogoda nie dopisuje. Za oknem szaro , przygnębiająco. Szkoda, bo znowu będzie więcej czasu na rozmyślania. Na analizowanie i wałkowanie od początku tych wszystkich cukrzycowych wątpliwości. 

Od kilku dni jestem poruszona informacją o nowym urządzeniu do pomiaru cukru, jest to urządzenie nazywane potocznie czytnikiem, które będzie działało w dwojaki sposób, po pierwsze jak zwykły glukometr , do standardowego pomiaru cukru z użyciem pasków ,a po drugie -w momencie użycia specjalnego sensora nie będzie konieczności kłucia paluszków ,tylko po przyłożeniu do niego czytnika dokona on odczytu bezpośrednio z sensora (coś na wzór skanowania) , pomiaru można dokonać nawet przez ubranie (oczywiście do pewnej ,,grubości” ubrań). To cacuszko to FreeStyle Libre firmy ABBOT. W sumie z dotychczasowych urządzeń do stałego monitoringu poziomu cukru -ten wydaje mi się najbardziej komfortowy w użyciu (przynajmniej dla dziecka) , ponieważ sensor wydaje się sporo mniejszy niż w dotychczasowych tego typu urządzeniach. Niestety jeszcze nie wiadomo czy urządzenie to będzie mogło być stosowane u dzieciaków i kiedy trafi na polski rynek. Koszt utrzymania też pewnie nie będzie mały , ale sama świadomość ,że prace nad polepszeniem życia diabetyków trwają jest dla mnie odrobinę pokrzepiająca. 

Jeśli chodzi o przedszkole to jedna z pań wprowadziła ,,innowację” mianowicie mam nie siedzieć w sali przy posiłkach bo rozpraszam dzieci (szczerze-nie zauważyłam , nawet chętniej jadły popisując się przede mną), bardziej rozpraszam dzieciaki wchodząc i wychodząc kilka razy z sali. Przypomnę czemu postanowiłam być przy posiłkach Natki , otóż w zeszłym roku pomimo ciągłego przypominania ,napominania ,  próśb itp. panie ani nie ,,pomagały” jeść Natce (chociaż inne dzieciaki są przez nie regularnie ,,dokarmiane” ) ,ani nie pamiętały co mała zjadła ,albo po podaniu przeze mnie insuliny dokładały jej coś bez poinformowania mnie o tym. Efekt był taki ,że musiałam podawać insulinę na chybił-trafił.  Natka nie chciała jeść nic z obiadu i tylko panie mnie informowały ,że ,,nic nie zjadła” . Czarę goryczy przelały bardzo wysokie cukry po śniadaniu , z którymi nie mogłam sobie poradzić , okazało się ,że Natka wypija bez mojej wiedzy dodatkowy KUBEK kakao ,albo kawy … Zaczęłam więc siedzieć w sali i okazało się ,że nagle cukry są ok  i obiadek smakuje. A  tu teraz sytuacja się powtarza!!! Teraz na szczęście jest ta nowa pani , która mówi mi o wszystkim skrupulatnie ,ale na początku jak pani mi powiedziała ,że mam nie być w sali przy posiłkach to się wkurzyłam i powiedziałam jej ,że już w zeszłym roku były przez to problemy z cukrami , nauczycielka udała zdziwienie i starała mi się wmówić ,że było dobrze. Powiedziałam jej wkurzona ,że w takim razie niech Natka je na korytarzu. Zmieszała się trochę . Ostatecznie poprosiłam ,żeby pilnowały w takim razie co mała je i jak coś to ją dokarmiły ,bo jak podam insulinę  to dziecko musi zjeść na co usłyszałam ,że ,,dziecko się przyzwyczai do karmienia”, no kurcze pewnie to prawda ,ale skoro dokarmiają inne dzieci to czemu nie mogą Natki ,a skoro nie mogą to czemu mi nie pozwolą tego zrobić? Ja nawet nie muszę jej karmić , ale zachęcam ją do jedzenia.  Błędne koło. Wkurza mnie to , bo mała już zaczęła jeść przy mnie pięknie obiadki , a teraz wybrzydza i sytuacja z nie zjedzonym obiadem powtarza się . Muszę jakoś inaczej to rozwiązać , może faktycznie niech je na korytarzu?

Nadal uczęszczamy na judo, fajne te ćwiczenia. Nataszka bardzo się stara , jestem z niej bardzo dumna. Na ostatnim treningu dałam ciała , bo przed miała cukier 90 , dałam jej małego batona , na niego nie całą należną ilość insuliny (bo ruch) i w rezultacie cukier urósł nam do ponad 300 ,zamiast spaść jak przewidywałam. Dziwna ,bo ruch tam jest bardzo intensywny i do tej pory nie było takiej sytuacji. Zobaczymy jak to będzie wyglądać dalej. Widzę ,że Natkę krępuje wkłucie. Widzę jak zasłania je rączkami ,kiedy przebiera się w szatni. Nie chce być inna… 

CHORE RZEWLEKLE DZIECKO W PRZEDSZKOLU,, TE CUKRY MNIE DRĘCZĄ” -CUKRZYCO DAJ NORMALNIE ŻYĆ.

Dawno nic nie pisałam. Trochę zaległości się zrobiło. Miałam zacząć od wakacji , które w oczach Natki nie były wakacjami ,bo nie pojechała do babci za którą bardzo tęskniła. Zacznę jednak od przedszkola.

Od 1-go września Natka jest w najstarszej grupie, są to zajączki. Ma teraz dwie panie i całkiem nową ,młodą bardzo sympatyczną panią pomoc. Pierwszego dnia wszystko odbyło się bez większych zgrzytów. Muszę tylko popracować nad bazą, bo przed śniadaniem miała cukier ok 70 , więc ją trochę dosłodziłam, bo śniadanko miało być za ok.20 minut. Potem cukier urósł nam za bardzo ,ale mogły za to odpowiadać też inne  czynniki—>przytkane wkłucie i ekscytacja. Potem już wszystko było ok. Po przedszkolu wróciliśmy do domu. W tym samym dniu poszłyśmy też z córcią na judo!!! Była zachwycona.  Judo zostało wybrane tylko dlatego ,że jest blisko naszego miejsca zamieszkania , omijamy więc kwestię dojazdów, która w zimę może w naszym przypadku być trudna do przeskoczenia , ponieważ ciężko mi jest wyobrazić sobie pomiary cukru na mrozie (kiedy glukometr potrafi odmówić posłuszeństwa) , czy podanie ewentualnej korekty dziecku w kombinezonie. No niby do odważnych świat należy ,ale mam takie obawy i nic na to nie poradzę. Po drugie zajęcia nie są drogie i odbywają się trzy razy w tygodniu po godzinie. Koszt 40 zł. Postanowiliśmy zamienić angielski i rytmikę z przedszkola na rzecz judo , bo tu będzie znacznie więcej ruchu zaleconego przez lekarzy. No cóż coś za coś. Najważniejsze jest to ,że Natka była zadowolona, a pani trenerka nie robiła żadnych problemów z tym ,że mała ma cukrzycę. Dodatkowo już na miejscu okazało się ,że przyszedł też chłopczyk z grupy Nataszki ,więc oboje byli zadowoleni. Byłam taka dumna z niej ,jak jako najmniejsza uczestniczka zajęć starała się wykonywać wszystkie polecenia trenerki. Jak każda matka, już oczami wyobraźni widziałam moje dziecko zdobywające medal co najmniej Olimpijski. Widziałam ,że podoba jej się na treningu ,a kiedy ,,nowi” mieli usiąść  i tylko patrzeć na wyczyny ,,starych” usłyszałam moją córkę ,,proszę ani ,czy ja też mogę spróbować?” I próbowała. Dzielna. Cukry miała dobre, aż za dobre. Więc musiała wypić sok.  

Drugi dzień w przedszkolu już nie był taki kolorowy. Przegięłam z dawką insuliny do śniadania , bo dzień wcześniej mała miała za wysoko. Potem weszłam na chwilę do sali ,sama nie pamiętam po co i słyszę jak pani mówi:-,,ale ona jest płaczliwa ,zabrałam jej nożyczki ,a ona marudzi”. Przyznałam delikatnie rację , bo faktycznie zdarza się ,że Nata płacze o byle co ,ale coś mnie tknęło i zmierzyłam cukier ,a tam 45!!!!!!! Ludzie , trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam. Poszłam do pani i powiedziałam że mała miała bardzo niski cukier i stąd to jej zachowanie i kolejny raz poprosiłam ją ,że w razie takiej sytuacji niech wysyła córeczkę do mnie. Wkurza mnie to ,bo nie po to siedzę pod salą ,żeby dziecko wpadało w takie hipo. Nauczycielka zdziwiła się ,ale wydaje mi się ,że pomyślała sobie, że przesadzam. Nie wiem co o tym myśleć. Mam wrażenie,  że pani uważa ,że zachowanie małej to fanaberia, a nie reakcja na bardzo złe samopoczucie. Dodam ,że pani jest bardzo dobrym pedagogiem ,ale akurat naszego problemu nie potrafi ogarnąć.  Wzięłam małą na korytarz i dałam soku, córeczka była bardzo roztrzęsiona. Przytuliła się do mnie i strasznie płakała. Myślałam ,że o te nożyczki ,ale kiedy zapytałam ją czemu płacze to odpowiedziała ,,ŻE TE CUKRY JĄ DRĘCZĄ”. Boże… Czemu… Powoli dochodziła do siebie ,ale przyszła pani i kazała jej wracać do sali. Nie wiem czemu nie odezwałam się ,że jeszcze nie pora, chyba podświadomie czuję ,że ,,ONI ROBIĄ MI ŁASKĘ” , że ,,PRZESZKADZAMY” i przemilczam pewne rzeczy. Potem powiedziała jeszcze do Natki ,,JAK NIE PÓJDZIESZ DO SALI TO PANI DYREKTOR KAŻE IŚĆ MAMIE DO DOMU” , to też przemilczałam ,ugryzłam się w język dla swojego i dziecka dobra, ale zagotowało się we mnie strasznie. Jak można straszyć dziecko , które zdaje sobie sprawę ze swojej choroby ,że zostanie samo bez żadnej pomocy i opieki??? Wytłumaczyłam Natce ,że to nieprawda i ,że ja nigdzie nie pójdę. Po chwili mała poczuła się lepiej i wróciła do sali. Na nasze szczęście przed obiadem  przyszła druga pani (nauczycielki się wymieniają) , która na dzień dobry  powiedziała mi ,,Proszę iść do małej ,bo mówi ,że jej słabo ,chociaż raczej w to nie wierzę , ale zawsze warto sprawdzić”. SPRAWDZIŁAM cukier 56. Mała dopiła sok. Podziękowałam nauczycielce, że nie zignorowała mojego dziecka i nie potraktowała jak rozkapryszonej pannicy. Jednak można jak się chce. Nie wiem już co robić ,nie chcę nikomu zaszkodzić , nie chcę konfliktów ,ale też nie chcę siedzieć na tym przedszkolnym korytarzu jak na igłach i ryzykować zdrowia dziecka.

Kiedy tego drugiego dnia wychodziliśmy z przedszkola , Natka zauważyła takie pudełeczko z napisem. Zapytała mnie co na nim pisze ,a kiedy odpowiedziałam ,że ,,SKRZYNKA ŻYCZEŃ” to powiedziała ..to ja jutro napisze życzenie ,,ŻEBYM NIE MIAŁA CUKRZYCY” -może się spełni , co mamusiu?” , standardowo w takich sytuacjach -załamał mi się głos i zaszkliły oczy ,a w gardle poczułam gulę ,ale odpowiedziałam ,,kto to wie , może się spełni. Ja też napisze takie życzenie , tata , dziadek , wujek , ciocia i Karolcia , nawet Fredek. Wszyscy chcą żebyś była zdrowa. Potem padło pytanie ,,a czemu tak mało ludzi choruje na cukrzycę?” , nie wiedziałam jak odpowiedzieć, w końcu powiedziałam ,,wcale nie tak mało , pamiętasz Marysię , dzieci ze szpitala i z przychodzi?” .Nataszka dodała- ,, i jeszcze babcia. Ale wiesz co mamusiu ja nie chcę być chora na cukrzycę i nie chcę ,żeby te inne dzieci i dorośli chorowali na cukrzycę”- przy tych ostatnich słowach głos jej się załamał. Nie mogę uwierzyć ,że to się dzieje naprawdę…  Potem poszłyśmy na chwilę do domku , a  potem już do wieczora na dworze.

CIEPŁO ,SŁONECZNIE.

Weekend spędziliśmy praktycznie na dworze. Nataszka zmęczona ,ale bardzo szczęśliwa. Wkłucie ma na rączce, praktycznie z tyłu , u nas to miejsce się świetnie sprawdziło . Wczoraj zmienialiśmy wkłucie na drugą rączkę w tym samym miejscu i znowu ok.

W niedzielę byliśmy na działce u mojego brata. Przyszli też znajomi z dziećmi (takim dużymi dziećmi , dziewczynka z 10 lat , chłopak starszy). Oczywiście nudziło się starszym ,więc wymyślili zabawę ,,polewanie się wodą”. Nataszka szybko podłapała i bardzo jej się ta zabawa spodobała. Mnie mniej , bo pompa… Prosiłam ją , błagałam ,żeby się nie moczyła , no i w końcu podeszłam do niej i trochę ją ochrzaniłam. Przestraszyłam się ,bo saszetka była wilgotna. Potem mi było strasznie wstyd. Przecież to tylko małe dziecko , które chce się potaplać w upalny dzień w wodzie. Sprawdziliśmy cukier i okazało się ,że jest nieco ponad 70. Więc zdjęłam pompę i saszetkę i Natka mogła nacieszyć się wolnością. Szkoda ,że nie pomyślałam o tym wcześniej. Wiem ,że Nataszka nawet nie zwróciła uwagi na moje gderanie, ale mnie znowu zrobiło się przykro ,że jednak wcale nie jest tak jak przed chorobą. Wszędzie są ograniczenia , nie da się nic zrobić spontanicznie.
Córcia była taka szczęśliwa biegając i mocząc się w wodzie do woli. Potem podpięliśmy ją tylko na chwilkę ,żeby puścić insulinę na posiłek. Podaliśmy wszystko bolusem prostym i odpięliśmy pompę ,żeby mogła nacieszyć się swobodą. Jak ona się cieszyła.

MAJÓWKA W PRZEDSZKOLU.

No to będzie drugi już dzisiaj wpis.
Kolejny udany dzień. Cukry dobre, a do tego majówka w przedszkolu. Dawno nie byliśmy w przedszkolu , bo mieliśmy sporo spraw do pozałatwiania. ,ale majówki Natka nie odpuściła. Wkurzyłam się trochę na koleżankę ,bo powiedziała ,że majówka jest od 16 ,a okazało się ,że rozpoczęła się ponad godzinę wcześniej (o czym musiała wiedzieć , bo jak dzwoniliśmy z pytaniem ,kiedy wychodzimy , okazało się ,że ona już tam jest). Trudno.
Ominęły nas występy , więc Natka mogła od razu przystąpić do zabawy. Przed wejściem na dmuchane zamczysko sprawdziłam cukier -było 149 , więc jak najbardziej na zabawę wskazany. Potem przyszła kolej na kuleczki ,chciałam znowu skontrolować cukier ,ale z pomocą przyszła ciocia,która dała Natce krówkę ciągutkę. Dawno nie widziałam tak ciągnącej krówki. Takie pamiętam tylko z dzieciństwa. Po takiej KRÓWIE ruch był bardzo wskazany ,więc dziecię moje udało się do basenu z piłeczkami.
Uwielbiam takie momenty , kiedy widzę roześmianą buźkę mojej córeczki. A to jeszcze nie był koniec zabawy , bo jeszcze pobiegła na trampolinę. W miedzyczasie podjechał radiowóz ,więc oczywiście córcia siedziała w środku. Ominęła nas obecność straży pożarnej ,ale może w przyszłym roku też przyjadą. Potem było malowanie twarzy i oczywiście tatuaż na ręce.

Jedna rzecz mnie rozbawiła, otóż nasze przedszkole szczyci się tym ,że należy do przedszkoli , które promują zdrowe odżywianie się. To się chwali. Ale w takiej sytuacji nagabywanie pani dyrektor ,żeby rodzice kupowali dla dzieci cukierkowe zegarki było raczej nie na miejscu. A rozrzucenie wielkiej paki cukierków na ziemię na koniec imprezy też raczej nie było działaniem prozdrowotnym. Ale cóż . Najważniejsze,że dzieci zadowolone.

Spotkałyśmy naszą panią na majówce. Chyba początkowo była nieco zła, że znowu nas nie było ,ale powiedziałam jej ,że musiałam pozałatwiać sporo spraw i wygodniej by było zarówno mnie jak i Natce zostać w przedszkolu ,ale niestety nie mamy takiej możliwości. Pani przytaknęła, ze faktycznie ona by się bała zostać sama z małą i nie podjęłaby się takiej opieki. No cóż jest jak jest. Nic nie można na to poradzić. Staram się zrozumieć te nauczycielki ,ale czuję niesamowity smutek ,że nikt nie chce nam pomóc.

BADANIA KONTROLE CZĘŚĆ-2. Wyjście ze szpitala na własne żądanie.

BADANIA KONTROLNE CZ.2

Weekend w szpitalu upłynął bez jakichkolwiek niespodzianek. Po prostu jedzenie-insulina-pomiary cukru.
W sali byłyśmy same. Dobrze, że w sali obok Nataszka miała kolegę i koleżankę inaczej nie wiem jak by wytrzymała. A tak w sumie całymi dniami biegały obie po szpitalnych korytarzach , grały w piłkę. Co jakiś czas pielęgniarki pokrzykiwały ,,dzieci proszę ciszej , proszę nie biegać po korytarzu” , to przestawali na jakiś czas. Wydawało mi się ,że Nataszka nie tęskni za bardzo za domem, ale tęskniła. O ile mnie się nie żaliła to jak przyjeżdżał jej tata to chodziła za nim krok w krok i mówiła ,,ja chcę do domku , do domku”.
Termin trafił nam się taki ,że w sobotę świetlica dla dzieciaków była otwarta. Zawsze to jakaś odskocznia. Do tego dzieciaki zostały odwiedzone przez ,,doktorki KLAUNY”. Rodzice i dzieciaki otrzymali po czerwonym nosie, śmiechu było przy tym.
W niedzielę byłam nastawiona na to ,że idziemy do domu w poniedziałek , liczyłam się z jakimś małym poślizgiem.

W poniedziałek zabrano nas na badania USG. Potem miał być okulista ,ale okazało się ,że nie do końca musiał być ,bo podobno o tym ,czy odbędzie się badanie decyduje sam okulista dzwoniąc z przychodni i informując czy kogoś z oddziału przyjmie.
Nastawiona na wyjście czekałam na obchód. No i się doczekałam. Pani profesor stwierdziła ,że Natka je za dużo kalorii , nie pomogły moje tłumaczenia, że trudno jest wiedzieć ile dziecko zje, kiedy nie wiadomo ,czy przez wysoki cukier nie ominie je jakiś posiłek. I ,że w domu córka takich ilości kalorii nie spożywa.
Dla mnie harmonogram posiłków w szpitalu jest chory. Godzinę wcześniej trzeba ustalić posiłek , nie wiadomo jaki będzie cukier ,czy posiłek zostanie zjedzony (np. w piątek mieliśmy obsuwę ,bo zamiast o godzinie 15 Natka zjadła o 18 (od 12 nic nie jadła). Po ustaleniu kalorii przychodzi lekarz oblicza dawkę insuliny. Więc zdarzało nam się w szpitalu ,że Natka nie miała ochoty już jeść ,ale pani pielęgniarka stwierdziła ,że w takim razie będzie motylek i glukoza dożylnie ,więc biedna jadła (po powrocie do domu była mega-przejedzona , przyznaje bez bicia ,że to też moja wina, bo mogłam otwarcie mówić swoje racje ,obliczać i podawać insulinę jak mnie ,a przede wszystkim mojemu dziecku było wygodnie ,a nie szacować na długo przed posiłkiem co i ile zje. Dorosły czasem je oczami , mówi ,że zje ,a potem rezygnuje ,a co dopiero dziecko). Wracając do tematu , pani profesor zwróciła uwagę na to ,że Natka waży za dużo. Fakt, ma małą nadwagę ,ale bez przesadyzmu! Rozumiem ,że z racji mniejszego zapotrzebowania na insulinę pani profesor preferuje dzieci bliższe anoreksji. Mówiłam ,że postura Natki nie jest spowodowana jakimś objadaniem się ,ale tym ,że z powodu częstych infekcji w okresie zimowo-wiosennym mała ma mniej ruchu. W zasadzie przybiera na wadze w tym nieszczęsnym dla nas okresie,a potem w lato ma duuużo ruchu ,nie przybiera na wadze tylko rośnie. Profesorka zerknęła w kartę i powiedziała ,,TU JEST WSZYSTKO DO ZMIANY” a jak chciałam coś powiedzieć to poklepała mnie po plecach niczym konia na targu i powiedziała ,,sądząc po pani to może być inaczej”, czy coś w ten deseń po czym nie reagując na moje słowa obróciła się lekceważąco plecami i poszła. Byłam wściekła jak osa. Fakt sama nie należę to osób szczupłych, ale nie oznacza to ,że wpycham w dziecko kluchy i chodzi obklejona lizakami. Przyznaję bez bicia ,że zdarza mi się dać jej coś słodkiego ,ale z tego co słyszałam każdy rodzic tak robi , bo inaczej się nie da. Wściekłam się za to jak zostałam potraktowana. Jak można odwrócić się plecami do rodzica i potraktować go gorzej od smarkacza? Coś mi się wydaje ,że szukano jeleni , którzy poleżą przez weekend majowy , bo przecież nikt o zdrowych zmysłach jeśli nie musi ,nie będzie siedział tyle w szpitalu. Mądra pani profesor pojedzie sobie na majóweczką ,a ja będę kisić dziecko jeszcze ze dwa tygodnie w szpitalu ,żeby korygować kalorie (bo przecież od czwartku do poniedziałku nic nie będzie się działo bo majówka ,a potem wróci pani profesor i będzie chciała się wszystkiemu wnikliwie przyjrzeć). O NIE!!!!!!! Od razu zaczęłam się pakować (resztę rzeczy ,bo większość zabrał już Paweł dnia poprzedniego). Potem poszłam dowiedzieć się jakie są konsekwencje wypisania dziecka ze szpitala na własne żądanie, czy dostaniemy wypis ,czy możemy od razu jechać do domu. Byłam wściekła jak osa. Ochłonęłam trochę , jak okazało się ,że koleżanka Natki też musi zostać w szpitalu ,ale pani profesor obiecała ,że wyjdą dnia następnego. Ponieważ ja takiej obietnicy nie dostałam to bez skrupułów poszłam rozmawiać z lekarzem dyżurującym. Na szczęście w dyżurce byli młodzi lekarze, podali mi wyniki dziecka ,wytłumaczyli co i jak i mieliśmy czekać na wypis. Kultury i podejścia do pacjentów i ich rodziców pani profesor powinna uczyć się od młodszych kolegów.
Przed wyjściem miałam jeszcze pogadankę z panią dietetyk -bardzo miła ,kulturalna osoba ,ze wspaniałym podejściem do drugiego człowieka.
Rozmawiałam z kilkoma osobami z personelu i każdy przyznał mi rację ,że głupotą jest siedzenie w szpitalu w takim przypadku , bo w tym czasie można spędzić czas na świeżym powietrzu , biegając ,jeżdżąc na rowerze.
Dodam ,że na oddziale obok (pediatrii) już wisiała informacja ,,BRAK ODWIEDZIN”. Nataszka miała katar i powiększone migdałki , które podobno (tak powiedziała dzień wcześniej lekarka ,aż się ze sobą stykały), dobrze ,że zabrałam ze sobą leki , bo inaczej choroba by się dalej rozwinęła, bo na oddziale leków brak. Wolałam uchronić ją przed tym co działo się na pediatrii, bo załapanie rotawirusa to nie jest najlepszy sposób na bycie fit.
Na wypis czekaliśmy ok 3 godzin ,a potem ,,WOLNOŚĆ”!!!!!!
*lekarz okulista nie przyjął nikogo do 15 ,więc przypuszczam ,że badania u okulisty przesuną się na termin bliżej nieokreślony
*po szpitalu dostaliśmy kartkę od lekarza ,żeby pojawić się z dzieckiem w poradni do 10 dni od opuszczenia szpitala (czyli przed 10 maja, termin mamy na 21 maj).
*jedyną ,,konsekwencją” naszego wyjścia ze szpitala było to ,że na wypisie stwierdzono ,,dziecko wypisano na żądanie rodziców”, poza tym Nataszka świetnie się czuła i bawiła w domu , sporą cześć czasu spędzając na dworze.

Pozmieniano nam bazę przeliczniki. Teraz powoli wracamy do poprzednich ,tych sprzed . Od dwóch dni chodzimy do przedszkola , cukry po śniadaniu ponad 300!!! (w szpitalu i w domu tak nie było) , muszę pozwiększać bazę rano. Nie wiem może mała jest tak bardzo podekscytowana obecnością w przedszkolu , bo potem wszystko wraca do normy. W każdym razie dziś zwiększam bazę rano i zobaczymy co i jak.

DZIĘKUJE MAMUSIU ,ŻE MI POMAGASZ W CUKRZYCY.

Ładna pogoda to i cukry spoko (odpukać), a jak ładne cukry to i mój i Nataszkowy nastrój od razu lepszy.
Chyba, a raczej na pewno, zidentyfikowałam przyczynę wysokich cukrów po śniadaniu , które ciężko poddawały się korekcie.
W poniedziałek i wtorek w przedszkolu był tata Natki (chwała mu za to!) , po śniadaniu cukry prawie albo i całe 300. Masakra.Wcześniej unormowałam córci w maiarę cukry w domu podwyższająca bazę ,więc taka nałga zmiana bardzo mnie dziwiła i zmartwiła.
W środę wartę przejęłam ja. Siedziałam do momentu , w którym nie upewniłam sie co będzie zjedzone i wypite, podałam insulinę i wyszłam z sali. Nagle wpadł mi do głowy pomysł. A może jednak coś jeszcze moje dziecko konsumuje jak my podamy jej insulinę. Pytam panią pomoc nauczyciela czy Natka coś jeszcze piła ,a pani mi mówi ,,chciała kakao , więc dolałam jej kubeczek ,ale nie wiem ile wypije?”… BINGO!!! Nic nie powiedziałam ,chyba nie ma sensu. Weszłam na salę dołożyłam insulinę. Dodam ,że przez takie poziomy po śniadaniu strasznie mieliśmy zawyżony przelicznik do śniadania. Dzieciaki wychodziły na spacer po ponad godzinie, mierzę cukier Natce a tam 57!!! Podałam soku i dałam lubisiową głowę do zjedzenia. Potem jeszcze córcia dopijała sok. Wszystko przez to ,że nie zmiejszyłam przelicznika, bojąc się ,że może to nie wina dodatkowych kalorii. Przy obiedzie już siedziałam cały czas do momentu ,kiedy Natka zjadła posiłek (jaką mam gwarancję ,że nie poprosi o dokładkę?).Po przedszkolu szaleństwo na całego ,bo można iśc na plac zabaw. Poziom cukru do końca dnia mnie zadowalał.

Wczoraj wydarzyło się jeszcze coś co mnie bardzo zaskoczyło. Po kąpieli , utuleniu, kolacji ,jak ubierałam córcie do snu , moja 5cio latka mi powiedziała ,,DZIĘKUJĘ MAMUSIU ,ŻE MI POMAGASZ Z CUKRZYCĄ”… Kochana moja. Powiedziałąm jej jak bardzo ją kocham i że , nie musi mi za to dziękować.

Dzisiaj przy śniadaniu i przy obiedzie siedziałam w sali aż Natka zjadła jedzonko. Trudno ,nie mam już zaufania do tego ,że Natka nic nie doje za moimi plecami. Wolę widzieć co zjada. ZmniejszyłaM przelicznik do sniadanka, ale jeszcze za mało , bo cukier przed wyjściem na przedszkolne podwórko 140 ,ale już po pewnym czasie 52. Jutro muszę znowu zmniejszyć przelicznik.