słodycze

Znowu…

Znowu jestem kłębkiem nerwów, bo wkurza mnie wysoki cukier, który znowu wkradł się w nasze życie. Cukier na teraz -211, wkłucie zmienione. Czuwam. Najgorsze jest to ,że nie wiem kiedy się wyśpię. Nie potrafię normalnie spać. Nawet budzika nie muszę nastawiać , bo wybudzam się sama. Dwa tygodnie temu cukry były dobre, nocki eleganckie, więc mogłam sobie pozwolić pominąć niektóre nocne pomiary ,ale i tak budziłam się, Przyzwyczajenie. 

Wakacje w toku. Teraz pogoda nie rozpieszcza. Siedzimy w domu , brak ruchu , więc cukry te nas nie rozpieszczają. Upały też nie są mile widziane, bo grożą przegrzaniem insuliny. I tak źle i tak niedobrze, ale chociaż pobiegać można. W jeden z takich słonecznych dni wypuściłam Natkę samą na dwór. Ktoś powie, ,,też mi coś” , a dla mnie to wyzwanie. Boję się ,że spadnie jej cukier i gdzieś zasłabnie, albo pójdzie sobie gdzieś za dzieciakami. Niby słucha, ale to tylko dziecko. Miała ze sobą telefon i glukometr. Co jakiś czas dzwoniłam pytając jaki ma cukier. Nie zawiodła mnie, była z koleżanką przed klatką tak jak obiecała. Niestety zerwała się burza ,a moje dziecię zamiast do domu pobiegło do koleżanki. Na szczęście dobrze się znamy z mamą kumpeli Natki ,więc kiedy na dworze rozpętała się burza byłam informowana na bieżąco o cukrach. Coś mi nie pasowało , bo cukry utrzymywały się na za wysokim poziomie -180 , widocznie podekscytowała się samodzielnym pójściem do koleżanki. Bawiły się całkiem długo , potem jeszcze wyszły na dwór i grały w piłkę nożną. Dzielna ta moja córeczka. 

Z wakacyjnych wyjazdów mamy zaliczony weekend na wsi na działce przyjaciół. Fajnie było, cukry były genialne, więc jak tylko nadarzy się okazja to chętnie to powtórzę. Natka skakała na trampolinie ,jeździła na rowerze, wujek przewiózł ją motorynką , więc miała sporo atrakcji. Nawet popluskała się w malutkim basenie (dużego nie opłacało się rozkładać na jeden dzień). Podobało jej się ,ale chętnie też wróciła do domu. Lubi wypady do znajomych ,ale szybko tęskni za domem.

Cukier na teraz-221… Kolejna korekta i kolejne godziny snu wydarte mi przez chorobę ,ale nie to jest dla mnie najgorsze. Najgorsze jest to ,że organizm córeczki ,,meczy” się teraz z nadmiarem glukozy. To mnie zawsze smuci i wzbudza poczucie winy. Mogłam wcześniej zmienić wkłucie , ale z drugiej strony cukry były znośne. Rano byłyśmy na wakacyjnych zajęciach z bibliotece. Potem urodziny kolegi Natki i tort, po zjedzeniu którego cukier urósł ponad miarę. Po korekcje wszystko wróciło do normy , a potem znowu wybiło. Dla świętego spokoju zmieniłam wkłucie , ale czasem mamy tak ,że zanim wkłucie zacznie działać , a raczej cukier spadać to trochę insuliny korekcyjnej trzeba wpompować. Wkurza mnie to. Wszystko mnie wkurza ,przez ten nieszczęsny wysoki cukier…

Ruch to zdrowie.

Nataszka ma dziś bardzo intensywny dzień z tatą. Rano pojechali na basen. Przed wyjściem cukier 85 ,więc wypiła mleko czekoladowe. Co za gratka. Po basenie wycieczka rowerowa i to nie byle jaka , przejadą kilkadziesiąt kilometrów w obie strony. Pojechali ze znajomymi ,więc mają jeszcze grillować. Cukry idealne. Kolejny raz potwierdza się ,że cukrzyca boi się ruchu. Pewnie padnie jak wróci. Mam nadzieję ,że w nocy nie będzie żadnych spadków. Uwielbiam tak patrzeć na nią jak jest szczęśliwa. Wyglądałam z okna i widziałam jak zaiwaniając na rowerze śpiewa ,,życie jest czadowe” -to lubię. 

Od dwóch miesięcy córcia chodzi na tańce. Późno zdecydowaliśmy się i zostały tylko miejsca na dancehall-u ,ale Natka zadowolona ,więc ja też. Już dawno zrezygnowała z judo ,więc nie będzie Olimpijskiego medalu , teraz zapewne zostanie wybitną tancerką światowej sławy. Widzę ,że taniec bardziej jej odpowiada. Miała już dwa występy , jestem taka dumna. Cukry w czasie treningów są idealne. 

Niedawno był dzień dziecka , oczywiście obchodzony w szkole bardzo ,,cukierkowo” ,a Natka jak na złość obudziła się z wysokim cukrem , który nie chciał odpuścić. Biedna chodziła z olbrzymią paczką mamb , dwoma krówkami i kawałkiem czekolady po szkole. Trochę się buntowała, ale wie ,że to dla jej dobra. Cukier nie chciał spaść ,więc poszłam do domu po nowe wkłucie , po czym okazało się ,że cukier spadł… Widocznie stare wkłucie się wystraszyło. Zjadła upragnione gumy i cukier był oki. Dodam ,że w pośpiechu nie mogłam znaleźć psikacza ze środkiem odkażającym  ,więc wzięłam gaziki i małą buteleczkę alkoholu (też służącego do odkażania ,jak zapodzieję gdzieś owy psikacz) . Mina niektorych bezcenna .kiedy Natka z rozpędu na przerwie wyjęła buteleczkę. Na szczęście wcześniej rozmawiałam na temat odkażania i śmiałam się ,że czasem przy łóżku leży mi butelka z alkoholem ,kiedy wymieniamy wkłucie w nocy i wygląda to dosyć jednoznacznie. Oczywiście pośmiałyśmy się ,że teraz już wiedzą czemu daję radę wysiedzieć w szkole ,a jedna z nauczycielek zażartowała ,że też skorzysta. Zabawnie było ,a że cukier spadł to uśmiałam się przednio. Nie wiem skąd ten wysoki cukier u Natki. Może była podekscytowana ,bo jej obiecałam ,że na trzy ostatnie lekcje (miała je ze swoją wychowawczynią) zostanie sama w szkole. Paplała o tym przez całą drogę do szkoły. Niestety nie udało się. Było jej przykro ,ale przecież w tym tygodniu możemy spróbować. 

A ja się boję…Rozterki matki chorego dziecka.

Boję się. W kwietniu kończy się gwarancja na pompę. Nie należymy do osób majętnych i ewentualny zakup nowej pompy to by był nie lada wyczyn (jeśli w ogóle ktoś by nam przyznał kredyt na taką sumę). Jestem wkurzona , bo kazano nam się zapisać na pompę dwa lata przed końcem gwarancji , ale kiedy zapytaliśmy co i jak pani nam powiedziała ,że takiej konieczności nie ma ,bo pompy są od ręki. Dopytywaliśmy co chwilę ,a ostatnio dowiedzieliśmy się ,że możemy nie dostać pompy, to było jak cios w żołądek. Podanie Nataszy insuliny za pomocą pena graniczy z cudem. Jeden, jedyny raz podawałam jej korektę penem przez 4 lata, na szczęście był mój tata i trzymał ją ,a mimo to igła wygięła się do granic możliwości , dobrze ,że nie pękła. Wiem ,że większość dzieci boi się zastrzyków i szkoda mi każdego małego diabetyka,ale z moim dzieckiem jestem każdego dnia i nie wyobrażam sobie takiego życia , pełnego płaczu , bólu , wyrzutów sumienia. 

Zaraz przypomina mi się moje 3 i pół letnie dziecko krzyczące ,,zabijcie mnie” jak podawaliśmy jej insulinę, takie rzeczy się pamięta do końca życia , a gdyby ktoś mi powiedział przedtem ,że tak małe dziecko może chcieć tego co wykrzyczało moje dziecko to pewnie bym w to nie uwierzyła. Wiem ,że jak by musiała przejść na peny to przestanie jeść. Nie chcę tego znowu przeżywać. Znam dzieci , które jako kilkulatki same robiły sobie zastrzyki penami bez zająknięcia. Np. koleżanka z którą Natka chodziła do przedszkola, obie miały 3 latka ,Natasza jeszcze była zdrowa , a Marysia była na penach. Sama wbijała sobie pena i nawet się  nie skrzywiła, BOŻE jak ja jej wtedy współczułam , jak ją podziwiałam. Takie małe dziecko ,a takie dzielne. Nie mogłam wyjść z podziwu a serce mi się krajało ,bo już wtedy wiedziałam na czym polega cukrzyca. Minęło pół roku i zachorowała moja Nataszka, mój skarb jedyny. Ona wszystko pamięta , nie może do tej pory wybaczyć profesorce ,że obiecała jej pompę od razu ,a wypuściła do domu z penami. Wtedy przeżyliśmy takie jazdy ,że nie wiem jak myśmy to przeżyły. Byłam na skraju załamania ,nie wyobrażałam sobie takiego życia dla córki , ona nie akceptowała zastrzyków, aż w końcu zrozumiała ,że jak nie będzie jadła to uniknie większości z nich, Nie jadła nic!!! Błagałam ją , kupowaliśmy jej hamburgery , piekłam ciasteczka, mówiłam ,że może zjeść co tylko zechce, ale ona nie chciała nic. Płakałam jak bóbr, wszyscy rozkładali ręce, podane pomocne numery ,pod które można było dzwonić z problemami okazały się być do d… 

Kiedy jechaliśmy na podpięcie pompy z mojego dziecka zostały tylko skóra i kościki , była taka osłabiona. Na początku nie chciano nam wierzyć ,że Natka nie chce jeść. Dopiero przyznano rację jak podpięta już pod pompę Natka nadal nic nie jadła , cukry spadały łeb na szyję. Ale ona bała się zastrzyków… Musieli podpiąć jej wenflon zwany pieszczotliwie motylkiem , bo glukoza podawana doustnie nie nadążała podnosić cukru, dopiero po podaniu dożylnym glukozy cukier poszedł w górę. Pielęgniarki i my tłumaczyliśmy jej ,że jak zacznie jeść to nie będzie zastrzyków,bo insulina będzie podawana teraz za pomocą pompy i zdejmą jej wenflon . Początkowo nie wierzyła , patrzyła na nas tymi swoimi wielkimi nieufnymi niebieskimi oczami , które wyróżniały się niesamowicie w jej wychodzonej buźce i zastanawiała się co robić. W końcu ugryzła kanapkę. Jeden, drugi gryz. Obserwowała nas nieufnie, czekając z której strony nastąpi atak , kto tym razem ją unieruchomi ,a kto zrobi jej znienawidzony zastrzyk. Ale to nie nastąpiło. Podaliśmy jej insulinę za pomocą pompy,a ona była najszczęśliwszym dzieckiem na świecie. Zajadała się tym razowym chlebem aż jej się uszy trzęsły. Wtedy zrozumiałam ,że możemy jakoś żyć, bo wcześniej różne myśli przychodziły mi do głowy…

Nie chcę ,żeby znowu musiała to przeżywać, Natka nawet jak się przewróci to najpierw każe sprawdzić co z pompą , a dopiero potem sprawdza co jej się stało. Tak bardzo bym chciała ,żeby nie bała się zastrzyków ,próbowałam z misiem, tłumaczyłam ,że to nic nie boli ,robiłam sobie zastrzyki (Natka płakała i opatrywała moje ,,rany”). Chciałam,żeby na mnie ćwiczyła. Niestety. Dzieci są różne , mają różne fobie , ona boi się zastrzyków. Być może przyczyniło się do tego to ,że przed diagnozą przyjmowała serię bolesnych zastrzyków dwa razy dziennie. Pamiętam ostatni zastrzyk ,jak odetchnęłam z ulgą, a tu za niedługo okazało się ,że zastrzyki to będzie codzienność mojego brzdąca. Ryczę ,bo pisanie tego wszystkiego to jak rozdrapywanie ran i posypywanie ich solą. Z drugiej strony nie mam z kim się podzielić moimi problemami i strachem ,który odczuwam z powodu pompy. Mam nadzieję ,że nic się z nią nie stanie po gwarancji, ale z drugiej strony byłam bardziej niż pewna, że moje dziecko nie zachoruje na żadną chorobę ,że jak urodziła się zdrowa to tak już zostanie ,więc teraz też nie mam pewności ,a to mnie dobija. 

Cukier na teraz 133 -jupi. 

Wiem ,że są dzieciaki na penach , wiem,że świetnie sobie radzą i jest mi strasznie źle z tym ,że moje dziecko ma taki problem przy takiej chorobie. O ile łatwiej by nam teraz było ,gdyby mała nie bała się pena. W razie co bez problemu przeczekałybyśmy ewentualny okres oczekiwania ,a tak to nie mogę już całkiem spać w nocy jak sobie o tym pomyślę. Może popytam o możliwość wypożyczenia sprzętu. Same stresy. Moim zdaniem każde dziecko powinno mieć zapewnioną pompę bez czekania. Nauka na penach wystarczy w razie czego w szpitalu , ewentualnie w domu 1 tydzień za sprawdzenie i decyzję ,czy pompa już czy jednak peny ,ale dla dzieci , które mają prawo bać się igieł powinny dostępne jak najszybciej pompy, po co zaburzać im i tak trudne dzieciństwo? Zapewne odezwie się całe pokolenie dorosłych cukrzyków ,,dlaczego tylko dzieciakom” a ja odpowiem ,,jeśli nie wiesz czemu to idź na oddział diabetologi dziecięcej i posłuchaj płaczu tych wszystkich maluchów, dla których na początku nawet nakłucie do pomiaru cukru to wielka rana ,z której leci krew, więc jest strasznie , a potem poczekaj ,aż będą dawać im insulinę w zastrzykach”. Taki płacz swoich dzieci z oddziału rodzice pamiętają do końca życia , i te odgłosy chodaków w korytarzu ,kiedy nocą pielęgniarki przychodziły co dwie godziny mierzyć cukier, od razu wiadomo na której sali jest ,,ŚWIEŻAK” ,bo słychać stamtąd płacz dziecka. Tego nie da się zapomnieć, wymazać z pamięci. Pamiętam jak już przewieźli nas z OIOM-u przychodzili do nas rodzice dzieci , które już żyły jakiś czas z cukrzycą, chociaż nie znali nas ,  mieli łzy w oczach , kiedy ją widzieli , po diagnozie , całą pokłutą , posiniaczoną, podpiętą kablami do sprzętu , który ją monitorował i dozował leki(miała kwasicę ketonową , była w bardzo ciężkim stanie. Anestezjolog stwierdził ,że nie wiadomo jak to się skończy).

Mnie jest szkoda i tych małych i tych starszych ,i tych najstarszych. Uważam każdego cukrzyka ,który radzi sobie z chorobą za bohatera. 

TO był bal , na sto par :) Szczęście cukrowej księżniczki :)

I po balu. Nataszka była najpiękniejszą księżniczką jaką można sobie wyobrazić. Stała dumnie na scenie i pytała co chwilę ,,mamo ,a gdzie dziadek”? Na szczęście dziadek dotarł na czas, bo inaczej chyba by przedstawienie się nie odbyło , bo Natka nawet jak pani dyrektor zaczęła przemawiać zadawała to samo pytanie ,,mamo , a gdzie dziadek”. Dopiero jak go zobaczyła to się uśmiechnęła i uspokoiła. Swoją drogą nie miałam pojęcia ,że aż tak bardzo zależało jej na obecności dziadka. Dobrze ,że zdążył. W tym roku przedstawienie zaczęło się nieco wcześniej stąd jego spóźnienie. Nataszka pięknie wyrecytowała swój wierszyk , była taka dumna , my też pełni zachwytu wpatrywaliśmy się w naszą małą królewnę. Potem pierwszy pokazowy taniec w wykonaniu przedszkolaków i w końcu pan Heniu* zaczął karnawałową zabawę w przytupem (*pan Heniu-gra co roku na wszystkich przedszkolnych imprezach na syntezatorach , złośliwi twierdzą ,że gra za głośno i dzieci się boją).

Bal połączony był z obchodem święta babci i dziadka ,więc od razu wcześniej wymienieni zostali obdarowani przez swoje wnuki pięknymi prezentami wykonanymi przez dzieci z pomocą pań ,albo raczej przez panie z pomocą dzieci. W każdym razie każdy był zadowolony. 

Jedynym minusem w tym wszystkim był cukier Nataszki po występach , glukometr pokazał ponad 400. Nie wiem co zawiniło , bo było mnóstwo czynników, choćby stres związany z występem (Natka mówiła ,że jej się rączki aż trzęsły) , czy strach ,że dziadek nie przyjdzie ,czy czysto cukrzycowe problemy , falt faktem ,że poszła solidna korekta i Nataszka nie mogła jak inne dzieci jeść przygotowanych słodkości. Długa suknia trochę przeszkadzała Natce w tańcu , ale jak dzień wcześniej ją nieco skróciłam (fastrygą) to Natka powiedziała ,że jest krzywa i żeby zrobić jak dawniej (no miało rację dziecko ,sukienka do prostych nie należała po maminych przeróbkach) , wróciliśmy więc do poprzedniej długości. Najważniejsze ,że jak obie poszłyśmy w tany to nic nam nie przeszkadzało. nataszka był taka szczęśliwa ja razem z nią. Cały czas patrzyła mi w oczy i hulałyśmy na całego. W końcu nie byłam tylko mamą ,która ją kłuje, nie daje jej jeść, pilnuje na każdym kroku, tylko mamą z którą miło spędzała czas. Cały czas patrzyłyśmy sobie w oczy, uśmiechy nie schodziły z naszych twarzy. W końcu Nataszka powiedziała ,,nigdy tego nie zapomnę mamusiu” , odpowiedziałam ,że ja tak samo. Cudowny czas, oczywiście wcześniej cukry doszły do odpowiednich wartości. 

Potem był obiadek ,a po nim wszystkie dzieciaki szły na wspólną zabawę już bez rodziców i dziadków. A ponieważ bale w przedszkolu były aż trzy (każdego dnia po dwie grupy) ,to jeszcze dwukrotnie miałyśmy okazję pobrylować na parkiecie po obiadku. I jeszcze raz usłyszałam z ust Natki słowa ,że nigdy tego nie zapomni. 

Każdego roku przed balem mam doła. Rozmyślam o tym ,że w tym właśnie okresie zachorowała Nataszka, Wtedy miała iść na swój pierwszy bal ,ale była taka zmęczona ,że nie dała rady. Pamiętam jak mówiła przytulona do mnie ,że ona nie chce na bal tylko chce do domku. Tam czuła się bezpiecznie, Wiedziała ,że coś ją niszcz w środku ,ale jako trzyletnie dziecko nie wiedziała co to , czy tak ma być i jak nam o tym powiedzieć. Do tej pory gryzie mnie sumienie ,że nie postąpiłam wtedy inaczej ,że chociaż miałam przeczucie ,że mała jest chora to dałam sobie wciskać kity przez najbliższych i lekarzy. Dużo by to nie zmieniło ,bo i tak córcia by była chora ,ale pewnie nie trafiłaby na OIOM.
http://nasza-natasza.crazylife.pl/2013/01/27/74/?preview=true&preview_id=74&preview_nonce=8078aa03c0&post_format=standard&hash=c228498837757015b9c76f84a616a630&t=54ce02a594356f8e17f

Znowu koszmarne cukry. Jakiś czas był spokój , ale za dobrze by nam było. Podwyższyłam bazę i nie szczędzę insuliny. Teraz cukier 91 . Trochę za nisko według mnie jak na noc , jak będzie mieć tendencję spadającą to podam trochę soku i zmniejszę bazę.                                                                                                                          Średnia z glukometru wywołuje u mnie poczucie winy i wściekłość. Jakoś tak wysokie cukry mnie wyprowadzają z równowagi. Wiem ,że dzieje się coś złego istocie ,którą kocham ponad wszystko. Jestem zła, na siebie, że nie mogę tego wszystkiego wyregulować ,ogarnąć , na córcie ,że chce coś zjeść a ma wysoki cukier, albo kaprysi przy jedzeniu ,a insulina podana ,a ja muszę kombinować (co nie zawsze jest dobre dla cukrów). Wiem ,że to nie jest niczyja wina , tylko cukrzycy ,ale czasem nie wyrabiam. Wtedy najczęściej wychodzę z małą na dwór. Żeby ona nie myślała o jedzeniu ,a ja żebym nie zamartwiała się cukrami.                                                    Cukrzyca. Wątpię ,że ktoś znajdzie na nią lek i wybawi od niej ludzi. Czytam wpisy mam ,których dzieci od niedawna chorują i czuję ogromny smutek. Czemu tak musi być? Kolejna mała istota została SKAZANA na coś czego nawet dorośli nie potrafią ogarnąć. Współczuję rodzicom , którzy do tej pory martwili się zapewne pierdołami , które teraz wydają im się takie błahe i nic nie znaczące. Teraz prym wiedzie ona-CUKRZYCA. Ona dyktuje warunki , nie ma od niej urlopu ,przerwy. Te straszne początki , kiedy niektórzy jeszcze nie zdają sobie sprawy ,że tak już będzie zawsze. Wyjście ze szpitala i BUUUUUM. Za szpitalnymi ścianami też są ograniczenia , też trzeba robić zastrzyki , mierzyć cukier, czekać na posiłki. Za wysoko-źle ,za nisko-jeszcze gorzej. 

Widziałam nowe zachorowania u dzieciaków jak byłam na badaniach kontrolnych. Byłam na sali z dwoma chłopcami w wieku 8 i 10 lat. Dzieli mali chłopcy. W ich głowach tliła się iskierka nadziei ,że to tylko w szpitalu ,że przecież w domu będzie tak jak kiedyś. Ich mamy , które zgrywały przy nich twardzieli , a jak tylko zamykały się za nimi drzwi to ryczały. Podziwiam je ,że nie płakały przy chłopcach. Te tłumaczenie dzieciakom ,że w domu będzie tak jak w szpitalu. Tak chyb a jest zawsze ,że po zachorowaniu robi się wszystko zgodnie z wytycznymi , dopiero potem kolejno padają poszczególne mity , kolejne zakazane owoce zostają na nowo poznawane. Pizza, hamburger, lody ,słodycze, podjadanie między posiłkami. To wszystko było kiedyś na wyciągnięcie ręki , teraz trzeba nauczyć się tak dawkować te przyjemności ,żeby nie zaszkodziły dziecku.                                                                                                                                                                                      Mam przed oczami jednego z chłopców. Strasznie płakał ,długo utrzymywał mu się wysoki cukier , był bardzo głodny ,a nic nie mógł jeść. Wiedziałam w czym tkwił problem -nosił on nazwę PARÓWKI. Powiedziałam o moich podejrzeniach mamie chłopca, sceptycznie do tego podeszła, bo skoro pielęgniarki pozwalają? Dopiero jak kolejny raz cukier po nich urósł to chyba zrozumiała na czym rzecz polega, że parówki ,,lubią” wybijać , i podawanie ich na noc nie jest dobre. Pamiętam ich spojrzenia jak Nataszka żuła gumę. Oczywiście taką bez cukru, poczęstowała chłopców. Oni tak bardzo chcieli ją żuć , poczuć odrobinę słodyczy ,ale rodzice nie bardzo wiedzieli co robić ,bali się ,że guma podniesie cukier. Jak wolałam nie ingerować za bardzo ,bo bałam się ,że cukier wybije po czymś innym ,a oni będą mieć niewypowiedziane pretensje. Ciekawe co u nich. Jak dają sobie radę  ? Jakie maja cukry? Czy ich mamy jeszcze szperają po internecie w nadziei ,ze znajdą lek. 

Cukier-59!!! Podałam soku , zmniejszyłam bazę. Ciekawe co to będzie. Tu nigdy nie ma pewności, może spaść ,urosnąć ,albo pozostać na stałym poziomie. 

Rano zmieniliśmy wkłucie ,bo cukier 209… choć w  nocy utrzymywał się na poziomie 150 ,130-nie jest to super wynik ,ale ja też czasem potrzebuję pospać bez nerwów i strachu. Nataszka była dzielna.. Po zdjęciu córci starego wkłucia wypłynęła z niego krew. Nie wiem jakim cudem działało w miarę ok. przez te 2 dni?   Wiem natomiast , że robienie wkłucia jednak boli ,bo sama raz sobie je zrobiłam. Samo wkłucie nie bolało ,ale po kilku sekundach poczułam coś w rodzaju ,,rozrywania” tkanek. Z  czystym sumieniem powiem,że do przyjemnych to nie należy. 

Musimy zmienić miejsce do robienia wkłuć ,bo pupa jest w opłakanym stanie. Brzuch odpada. Nóżka kiedyś nas zawiodła, raczka zawiodła nas ostatnio (chociaż wcześniej cukry były przy wkłuciu na rączce super. Teraz jednak jak jest gorąco to wystawianie wkłucia i drenu na słońce może nie być najlepszym pomysłem?

POMPA Z NAKLEJKĄ I BIEGANIE NA DWORZE :)

Kolejna wizyta u diabetologa za nami. Kolejna ,,porcja” wkłuć otrzymana. Miałam małego stresa w związku ze zmianą formularzy do wypisywania wkłuć,ale okazało się ,że niepotrzebnie ,bo wkłucia zostały wypisane na nowych drukach. 

Oprócz wkłuć tata Natki przywiózł nowiutką saszetkę (taką na pasku z rzepem) medtronica i nalepkę na pompę. Koszt saszetki 87 zł… No cóż. Naklejka 10 zł. Przyznam bez bicia ,że pierwszy raz kupowałam naklejkę . Do tej pory miałam obawy ,że nalepka może zachęcać Natkę do ,,knupania” w pompie, wyjmowania jej. Może przesadzałam ,ale wolałam nie ryzykować. Chociaż muszę przyznać ,że w kwestii pompy Natka od początku była bardzo posłuszna , kilkakrotnie słyszałam jak koleżanki namawiały ją ,żeby im pokazała jak wygląda to ,,coś” co córcia nosi pod bluzeczką i zawsze mała odmawiała , mówiąc ,,że nie wolno”. To było jakieś dwa lata temu i byłam z niej taka dumna. Teraz jak sobie pomyślę ,że już tyle czasu mała ma cukrzycę to nie mogę w to uwierzyć. Patrzę na 3-letnie dzieciaki ,które ledwo co mówią i zastanawiam się jak to było możliwe,że takie małe dziecko musiało  to wszystko unieść.                                                                                            Koleżanki i koledzy Natki zaczynają sami wychodzić przed blok. Mamy mogą coś wtedy zrobić. Jak wyglądam przez okno i widzę te roześmiane dzieciaki to czuję ukłucie zazdrości i żal, smutno mi ,że Natka tak nie może. Nie, nie dlatego ,żeby ją puszczać samopas i korzystać z wolnej chwili ,ale dlatego ,że czasem najnormalniej nie mam czasu ,żeby z nią wyjść i pozostaje jej siedzenie z nosem przy szybie. Do tego moja ciągła obecność przy Natce w czasie dziecięcych zabaw może źle wpływać na jej relacje z dziećmi. Mała jeszcze tego tak do końca nie zauważa, ale czasem prosi ,,mamusiu to Ty idź po picie do sklepu dla mnie , a ja tu zaczekam”. A ja się boję , nie wiem czy to strach czy lęk, bo niby można sprawdzić cukry,ale… Zawsze jest to ale. Bo jeśli zdrowe dziecko pobiegnie za koleżanką do domu i chwile tam posiedzi to grozi mu tylko reprymenda od rodzica…                                                                                                                                      

Dzisiaj córcia była z tatą na dworze. Słyszałam śmiech dzieciaków i poprosiłam Pawła ,żeby wziął małą na dwór. Poszli. Słyszałam śmiech córci. Jej wygłupy. Wrócili późno , Natka wykończona. Dobrze, że pobiegała z rówieśnikami. Dobrała się do cukierków koleżanki ,ale cukier dobry (140). Odebrałam jej resztę zdobyczy. Kolacja na bogato ->ryż z serkiem homogenizowanym , naturalnym i cynamonem. Teraz cukier 98 (wstrzymałam bazę ,bo nie chcę spadków i dosładzania (boję się o stałe ząbki , no i sok to też dodatkowe kalorie ,więc wolę nie przeginać). Wynalazłam ostatnio całkiem fajny serek w netto. Bez cukru bez tłuszczu , elegancko bilansuje się nim posiłki (ma tylko 68 kcl w 100 g.) ,a co najważniejsze jest naprawdę smaczny. Można go jeść na słodko ,na słono. Jako dodatek do ryżu czy makaronu. Mojej córci przypasował.Wielkie opakowanie (chyba półkilowe) kosztuje 3.99 więc same superlatywy.                                                Po kolacji mycie ząbków, musiałam zaciągać małą na siłę ,bo mówiła ,,że jej nogi zemdlały”. Nie dałam za wygraną i jeszcze przekonałam ją do umycia fluorem. Natka nie przepada za jego smakiem ,ale jakoś dała się przekonać . Mówię jej ,że to taka ,,tarcza ochronna”.  Po myciu córcik szybko wskoczyła do łóżeczka i zasnęła niemal od razu. To dobry znak , bo wnioskuję z tego ,że świetnie spędziła czas. 

 

MAJÓWKA W PRZEDSZKOLU.

No to będzie drugi już dzisiaj wpis.
Kolejny udany dzień. Cukry dobre, a do tego majówka w przedszkolu. Dawno nie byliśmy w przedszkolu , bo mieliśmy sporo spraw do pozałatwiania. ,ale majówki Natka nie odpuściła. Wkurzyłam się trochę na koleżankę ,bo powiedziała ,że majówka jest od 16 ,a okazało się ,że rozpoczęła się ponad godzinę wcześniej (o czym musiała wiedzieć , bo jak dzwoniliśmy z pytaniem ,kiedy wychodzimy , okazało się ,że ona już tam jest). Trudno.
Ominęły nas występy , więc Natka mogła od razu przystąpić do zabawy. Przed wejściem na dmuchane zamczysko sprawdziłam cukier -było 149 , więc jak najbardziej na zabawę wskazany. Potem przyszła kolej na kuleczki ,chciałam znowu skontrolować cukier ,ale z pomocą przyszła ciocia,która dała Natce krówkę ciągutkę. Dawno nie widziałam tak ciągnącej krówki. Takie pamiętam tylko z dzieciństwa. Po takiej KRÓWIE ruch był bardzo wskazany ,więc dziecię moje udało się do basenu z piłeczkami.
Uwielbiam takie momenty , kiedy widzę roześmianą buźkę mojej córeczki. A to jeszcze nie był koniec zabawy , bo jeszcze pobiegła na trampolinę. W miedzyczasie podjechał radiowóz ,więc oczywiście córcia siedziała w środku. Ominęła nas obecność straży pożarnej ,ale może w przyszłym roku też przyjadą. Potem było malowanie twarzy i oczywiście tatuaż na ręce.

Jedna rzecz mnie rozbawiła, otóż nasze przedszkole szczyci się tym ,że należy do przedszkoli , które promują zdrowe odżywianie się. To się chwali. Ale w takiej sytuacji nagabywanie pani dyrektor ,żeby rodzice kupowali dla dzieci cukierkowe zegarki było raczej nie na miejscu. A rozrzucenie wielkiej paki cukierków na ziemię na koniec imprezy też raczej nie było działaniem prozdrowotnym. Ale cóż . Najważniejsze,że dzieci zadowolone.

Spotkałyśmy naszą panią na majówce. Chyba początkowo była nieco zła, że znowu nas nie było ,ale powiedziałam jej ,że musiałam pozałatwiać sporo spraw i wygodniej by było zarówno mnie jak i Natce zostać w przedszkolu ,ale niestety nie mamy takiej możliwości. Pani przytaknęła, ze faktycznie ona by się bała zostać sama z małą i nie podjęłaby się takiej opieki. No cóż jest jak jest. Nic nie można na to poradzić. Staram się zrozumieć te nauczycielki ,ale czuję niesamowity smutek ,że nikt nie chce nam pomóc.

Mikołajowe przygotowania wśród zęba borowania :)

Wczorajsza noc tak jak przypuszczałam do najłatwiejszych nie należała. Cukier spadał sobie powolutku ,a ja położyłam się koło córci i byłam pewna ,że poczuwam jeszcze przynajmniej do 2:00 i nie zasnę, więc budzik ponastawiałam na późniejsze godziny. Zerwałam się w nocy z duszą na ramieniu , patrzę a tu 2:30… Słabo mi się zrobiło ,bo najnormalniej w świecie zasnęłam i przespałam sobie w najlepsze 2 godziny!!! O zgrozo , płakac mi się chciało, od razu sprawdziłam ,czy mała oddycha i szybko sięgnęła po glukometr. Cukier-47!!!! BOŻE , dziękuję Ci ,że obudziłam się. Podałam córci sok i tak mocno się do niej przytuliłam , gładziłam ją po główce i mówiłam do niej. Byłam strasznie roztrzęsiona. Dwukrotnie dopajałam Natuśke w nocy.

Dzisiaj Natce nie chciało się wstać do przedszkola, nie dziwię jej się , bo przypuszczam ,że po nocy z takimi wahaniami cukru to organizm był najnormalniej w świecie zmęczony. Sama też byłam zmęczona.
Na 14:30 umówieni byliśmy u stomatologa, bo Natuśka miała dziurkę w zębie. Mała nigdy nie przepadała za dentystą, pewnie dlatego ,że bardzo wcześnie musiała leczyć sobie ząbki, które pomimo tego ,ze nie jadła słodycz to strasznie jej się posypały , szczególnie na górze , bo na dole to te dwa ostatnie były leczone. Góra w zasadzie nie istnieje. Dzisiaj Nataszka starała się być dzielna, nie chciała siadać sama na fotel ,wolała z Pawłem. Troszkę się wyrywała ,ale pani pomoc ją pogładziła po policzku i mówiła do niej ciepłym głosem i maluka się uspokoiła. Tak mi jej żal było ,ale mus to mus. Przynajmniej nie będzie jej ten ząbek bolał. W nagrodę dostała malutkiego konika i wszyscy byliśmy z niej dumni. Kontrolna wizyta za dwa miesiące. Pani doktór mówiła ostatnio ,że Nataszka ma w bardzo dobrym stanie (odpukać) dziąsełka. Chociaż tyle. Staramy się pilnować ,żeby myła ząbki regularnie, zresztą sama tego bardzo pilnuje (chyba nawet bardziej niż my) i płuka buźkę płynem elgydium dla dzieci , używamy pasty elmex ,albo elgydium. Po dentystce obiecany McDonalds i ,,szczęsliwy posiłek”. Potem eskapada po sklepach , czasem fajnie tak pochodzić, pooglądać co w sklepach piszczy.
A potem powrót do domku i przygotowania na Mikołaja. Więc babeczka i mleko na parapecie (oczywiście sama zainteresowana prezentami najchętniej powyższą babeczkę by skonsumowała, ale czego się nie robi dla Mikołaja). Dzisiaj mocno wieje ,więc w łazience nawet rury się ruszały. Natasza się wystraszyła, ale Paweł jej powiedział ,że to Mikołaj jeździ saniami i daje dzieciakom prezenty , więc Nataszka szybko umyła ząbki i połozyła się spać. Zmierzyłam cukier -60. Dopoiłam ją (chociaż już miała nadzieję na Mikołajową babeczkę). Teraz sobie śpi.
Nie wiem czy jutro nie wybierzemy się do lekarza, bo wokół wkłuć porobiła się jej jakby wysypka, takie czerwone chrosteczki. Posmarowałam kremem ,ale nie wiem od czego to jest. Mam nadzieję ,że to nie żadne uczulenie na insulinę. Pooglądam to i w razie czego to będziemy musieli jeszcze prze świętami jechac do diabetologa, bo jakoś tak średnio wierzę ,że w zwykłej przychodni jej pomogą.
Jutro Mikołaj. Wiem ,że nie powinniśmy tego robić ,ale paczka ze słodyczmi też zrobiona. Parę takich pierdołek. Będzie sobie dobierała do posiłku.
Cukier 169-coś za bardzo rośnie, pewnie kolacja wybiła, mogłam jednak nie zatrzymywać bolusa przedłużonego… Puściłam delikatną korektę i muszę kontrolować. Ale by się przydały sensory do stałego monitorowania cukru, ciekawe tylko czy Natka by chciała nosić dwie rzeczy jednocześnie?…

MAMUSIA PŁACZE BO JA MA POMPĘ insulinową…

Dzisiaj pobiegłam na szybko po zakupy.Nataszka została z dziadkiem.Postanowiłam jej kupić jakiś przysmak , bo jak wychodziłam to zaczęła popłakiwać,że bez niej (chociaż chciałam, żeby ze mną szła i wcześniej ją namawiałam ,ale ona wolała zostać w domu). Po zrobieniu zakupów stanęłam przed olbrzymią półką ze smakołykami i zaczęłam przeglądać kaloryczność. Oglądałam te różności i zrobiło mi się tak strasznie przykro… Miałam ochotę rozbeczeć się jak małe dziecko. Dlaczego nie mogę jak każda matka ,którą zanm kupic dziecku wszystkiego. Czemu moje dziecko nie może jeść tego na co ma ochotę i kiedy ma ochotę?? Chwyciłam jakieś pierdólki i poszłam do kasy. Chciałam dotrzeć najszybciej jak sie da do domu ,bo czułam,że zaraz się poryczę. Pierwsze łzy polały się przed drzwiami mieszkania. Kiedy weszłam do środka i Nataszka zaczęła wyjmowac te kupione przeze mnie rzeczy i tak bardzo się cieszyć, to normalnie zaczęłam wyć… Aż mój tata zapytał co mi jest, czy coś się stało , albo czy coś mnie boli?? Ku mojemu zaskoczeniu Nataszka od razu wiedziała o co chodzi i powiedziała ,,mama płacze o mnie dziadku , że ja mam pompę”…
Jakie to moje maleństwo jest mądre. Przytuliał ją do siebie mocno , a ona mi powiedziała ,,lubię być z pompą”-wiem ,że chciała mi ulzyć tymi słowami. Wstyd mi ,że zdarza mi się przy niej płakać ,ale czasem inaczej nie potrafię, nie mogę się powstrzymać…
Pozwoliłam jej zjeśc dzisiaj co tylko chciała , a ona mi powiedziała ,,mamo ,ale będę potrzebować miliony insuliny” , ,,to dam tyle ile będzie trzeba” -odpowiedziałam . ,,Ale będę miała zły cukier”. ,,Nic się nie martw damy tyle insulinki ,że wszystko będzie oki”-uspokoiłam ją. Wyszło w sumie 5 jednostek. A cukier po ok półtorej godziny 122!!! Lepszy niż często po zwykłym chlebku z masłem… Postanowiłam ,że następnym razem zabiorę ją i niech sobie sama powybiera smakołyki , oczywiście przy obecnej pogodzie bez lodów , chociaż… Nataszka najbardziej własnie ze szłodyczy lubi ,a wręcz kocha lody , więc może jakiś lodzi zjedzony w domu?? Zobaczę.
Ona i tak większośc je oczami ,ale niech sobie pokupuje , a jak będzie miała na coś ochotę to niech to ponadgryza, pootwiera ,a resztę zje …Tata?