SZKOŁA

Panika w szkole.

Znowu szkoła.Znowu chodzimy razem. Natka jest w klasie ,a ja grzecznie siedzę sobie na dole przy dyżurce. Jest lepiej niż w przedszkolu, bo chociaż mam do kogo  od czasu do czasu zagadać i panie są bardziej przystępne i wyrozumiałe. Zauważyłam ,że wychowawczyni Nataszkowa troszkę mnie unika , pewnie boi się ,że zapytam o to czy jest jakaś szansa na to ,żeby bardziej zaangażowała się w sprawę Nataszki. Wiem ,że nie unika odpowiedzialności, tylko bardzo się boi. Wiem jak to jest. 

Wczoraj w szkole Natka spanikowała. Dzwoniła do mnie z góry ,że ma cukier 119 ,a ja ,że chciałam wyjść na chwilę ze szkoły i chociaż zrobić jakieś zakupy kazałam jej ,żeby wypiła trochę soku. Takie zabezpieczenie przed niskim cukrem , które okazało się niepotrzebne. Zadziałałam tak ,bo ostatnio mała miała tendencje do spadków, baza na 50%, mniejsze dawki insuliny i cukry były spoko. Poszłam sobie do biblioteki wypożyczyć coś do poczytania (w końcu mam sporo czasu) , potem zaszłam do sklepu. W sumie miałam wrócić na przerwę do szkoły  ,ale że ćwiczymy ,,działania bojowe” z telefonem w terenie postanowiłam sprawdzić jak to będzie. Miałam już dzwonić , bo była przerwa , ale ubiegł mnie telefon od córeczki. W słuchawce usłyszałam ,,mamo mam cukier 249 , przyjdź szybko, bo boli mnie brzuch , źle się czuję”. Nie spanikowałam , poprosiłam ,żeby jeszcze raz zmierzyła cukier. Nie mogłam się dodzwonić do Natki ,więc trochę się zaniepokoiłam , w końcu odebrała-kolejny pomiar 229 , nakazałam dać korektę i powiedziałam ,że ma iść na lekcję ,a ja już idę. Byłam przekonana ,że córcia jest na sali gimnastycznej  z panią ,więc nie biegłam. Zatrzymałam się jeszcze przed szkołą , poczytałam jakie są organizowane zajęcia w pobliskim ,,klubie mieszkańca” i weszłam na teren szkoły. Moim oczom ukazała się wychowawczyni , której wyraźnie ulżyło , siedziała z Natką na jednej ławce, a na drugiej części korytarza na ławeczkach siedziała  reszta klasy. Wychowawczyni zaczęła opowiadać ,że Natka jej mówiła ,że jest jej słabo, drży, boli ją brzuch , jest jej niedobrze i to może być już kwasica. Powiedziała pani ,że potrzebuje wypić szklankę wody z cytryną (ale ona jest mądra) .a że wychowawczyni takowej nie miała to chyba sama się nakręciła. Wytłumaczyłam ,że nie ma możliwości,żeby mała miała kwasicę ,bo nawet gdyby glukometr zaniżał to cukier za krótko był wysoki. Natka jednak spanikowała. Dodam ,że jak tylko mnie zobaczyła to wszystko minęło i  była gotowa do uczestnictwa w zajęciach wychowania fizycznego , pani jednak kazała nam iść do domu… Chyba miała dość. Od razu zapytała o glukagen. W zeszłym roku zabrałam i nie doniosłam, brawo dla pani. Powiedziała nam też ,że nazajutrz jej nie ma i zajęcia będą z inną panią ,więc jak coś to nie musimy przychodzić. Ja nie będę sterczeć pod dyżurką ,a inna pani nie będzie się stresować. Zażartowałam ,że w takim razie przyjdziemy. Wracając do domu wytłumaczyłam Natusi ,że nie musi się bać ,że wszystko jest ok. Zapytała tylko czemu przy wysokim cukrze drżała tak jak przy niskim. Tego nie wiedziałam. Ostatnio często mierzę jej cukier ,bo twierdzi ,że jej słabo ,a cukier jest w normie. 

Ostatecznie nie poszłyśmy dziś do szkoły. Całą noc walczyłam z wysokim cukrem (ponad 300). Nie wiem co było przyczyną, czy zbyt tłusta kolacja (zapiekanki z kiełbaską i serem żółtym) , czy wkłucie ,które ostatecznie zostało zmienione ,ale na tym nowym  cukry też nie zachwycają i zastanawiam się nad zmianą i tego wkłucia. Tylko tak bardzo szkoda mi tego pokłutego ciałka z licznymi ledwie zagojonymi rankami. Natka stara się być dzielna przy wkłuciu , ale widzę ile to ją kosztuje. Zawsze pyta, czy naprawdę już trzeba zmieniać.Nigdy nie wiadomo , czym spowodowane są wysokie cukry. Może znowu ma jakieś chwilowe (mam nadzieję) zwiększone zapotrzebowanie na insulinę, może za mało ruchu miała , może wkłucie natrafiło na naczynko , może insulina zła… Itp , itd. 

Na śniadanko zrobiłam Natce chlebek z chudą wędlinką i ketchupem , na pytanie czemu  je osobno szyneczkę ,a potem chlebek Natka odpowiedziała ,że to dlatego ,że jest wegetarianką i je tylko małą ilość mięsa… 

 

SZKOŁA . złych cukrów cd…

Dziś byłyśmy w szkole pierwszy raz po tygodniowej nieobecności spowodowanej chorobą Natki. 

Cukier rano nie przekraczał 100 , więc dałam Natce przed wyjściem do szkoły pół jabłka bez insuliny. Takie zabezpieczenie , którego bym nie uruchamiała gdyby nie to ,że czuję przeraźliwy strach przed hipo na lekcji , niby jestem w szkole ,ale siedzę dwa piętra niżej. Na pierwszej przerwie cukier wynosił 139 , nie bardzo mi się to podobało , przyznam ,że liczyłam na niższą wartość. Dałam Natce insulinę na pierwsze śniadanie i córeczka wróciła pod swoją klasę. Myślałam ,że cukier na kolejnej przerwie będzie ok ,ale niestety ku mojemu przerażeniu Natka przyniosła karteczkę a na niej wynik ponad 300. Ręce i nogi opadają. Wcześniej miała o tej porze w szkole po pierwszym śniadaniu ,przy mniejszej dawce insuliny cukry rzędu sto parę ,więc jeszcze dojadała kawałek jabłka ,a tu taka niemiła niespodzianka. Podałam solidną korektę ,nie pacząc na to ,że minęła niecała godzina ,bo do tej pory jak już pisałam cukry były o tej porze ok. Bałam się hipo ,ale okazało się ,ze tragedii nie było. Nie wiem czemu aż tak wybiło nam cukier po śniadaniu i pewnie się nie dowiem. Jutro pokombinuję trochę inaczej. 

Na kolejnej lekcji był w-f. Nataszka nie ćwiczyła, była bardzo smutna , bo ćwiczenia bardzo jej się podobały. Nie chciałam ,żeby ćwiczyła ,bo jest świeżo po chorobie i jeszcze kaszle , na co uwagę zwróciła tez pani. Skoro jednak lekarz powiedział ,że wszystko jest ok i mamy iść do szkoły to nie chcę robić niepotrzebnych zaległości. Po w-fie  obiadek. Mam trudności w szkole z jedzeniem ,bo Natka nigdy wszystkiego nie je, sama nigdy nie wie o i ile zje , a na dodatek pani wicedyrektor zakazał mi wchodzić na świetlicę , więc podaję insulinę szacując co i ile może zjeść Natka. Na początku nie chodziła na obiady ,ale tak bardzo mnie prosiła ,że uległam. Zobaczę jak to będzie dalej wyglądać , na dzień dzisiejszy coś tam zawsze zje , biorąc pod uwagę unijne obostrzenia na stołówkach i panią intendentkę , która naprawdę dba o posiłki i stara się ,żeby dzieciom smakowało jestem pewna,że jest nie tylko smacznie ,ale też zdrowo. 

Po szkole cukier był całkiem ok (nie zapeszając) , zasypiała z cukrem 128 ,więc mam trochę spokoju psychicznego. Wiadomo ,że każdy zły cukier odbija się nie tylko na zdrowiu dziecka ,ale też matki. 

Nie wiem jak się zabrać za ten poranny cukier. Zwiększyć bazę ? Nie dokarmiać z rana ? Podać insulinę na podawane jabłko? Zwiększyć przelicznik do posiłku? Jest mnóstwo możliwości. Staram się jak mogę ,żeby cukry były dobre. 

Spotkał Katar Nataszkę.

Niestety mimo chęci nie dotarłyśmy w tym tygodniu do przedszkola (byłysmy tam tylko w poniedziałek). Nataszka od kilku dni ma katar , no niby katar to nie choroba, ale jednak przy katarze jest obniżona odporność i szybciej może coś załapać w przedszkolu. Wolę dmuchać na zimnie,a że i tak na razie nie mogę pracować to po co mam męczyć dzieciaka i z zapchanym na maksa nochalem rzucać na pastwę przedszkolnych mikrobów?
Z cukrami bywa różnie, wczoraj w nocy miałam dwa spadki ,a nad ranem dawałam dwie korekty , raz na cukier 170 , następnie na cukier 156. Muszę przyjrzeć się bazie. Tylko najgorsze jest to ,że nie ma stałości w tych za niskich i za wysokich cukrach , więc trudno mi jest cokolwiek wywnioskować. Dodatkowo nie wiem ,czy tak się dzieje ,bo córcia jest przeziębiona, czy też to jakaś trwała zmiana.
Z przeziębieniami w tym roku mamy masakrę. Dopiero co siedziała w domu z tego samego powodu , poszła raz do przedszkola, w przedszkolu poszli na spacer , a potem ja po przedszkolu poszłam z nią na spacer i znowu katar. Zastanawiałam się już czy nie ma na coś alergii (chyba na wczesne wstawanie do przedszkola), powiedziałam na głos przy córci :
-Kurcze, a może to jakaś alergia??
Natka ,bystre dziecko podłapała temat:
-A na co?
-Pewnie na czekoladę -odparłam ,czekając na jej reakcję.
-Nie ma mamo ,ja mam tą ENERGIĘ NA SZYNKĘ… -no i chciałam być cwana a wyszło jak zawsze.

Martwię się co bedzie w przyszłym roku , jak już bedzie przygotowywana do szkoły. Podaję jej syropki na odporność z różnymi substancjami mającymi zdziałać cuda , ale efekty jak do tej pory mizerne. Chociaż to pewnie moja wina, bo nie robię tego systematycznie, zdarza mi się przegapić dawkę,bo np. cukier za wysoki , a potem zapominam. Od dziś postaram się to robić systematycznie, bo już nam ręce opadają. Aż wstyd mi w przedszkolu , bo ostatnio chodzimy w mega kratkę. Pewnie panie sobie myślą,że to mnie nie chce się tam siedzieć i wolę córkę zostawić w domu , no tak , nie jest szczytem moich marzeń koczowanie pod drzwiami sali przedszkolnej mojej córeczki ,ale lubię tam chodzić z córeczką ,bo wiem ,że zawsze nauczy się czegoś nowego , pobawi się z rówieśnikami i będzie zadowolona.

,,CHORE DZIECKO MNIEJ WARTOŚCIOWE OD ZDROWEGO…?

Czuje dziwne zniechęcenie. Brak chęci do czegokolwiek. Na dworze piękna pogoda, nawet szykowałyśmy się do wyjścia ale ostatecznie zwycieżyła moja niechęć. Jakoś tak pesymistycznie patrzę na wszystko. Wiem ,że mi to przejdzie za dzień dwa, bo musi.
Najważniejsze ,że Natka tego nie odczuwa(mam taką nadzieję), dzisiaj grałyśmy w ,,zgadnij kto to”? Całkiem sprawnie jej to szło.

Ostatnio miałam niemiłą rozmowę. Usłyszałam kilka słów za dużo ,niby to nie dotyczyło mnie tylko innej matki chorego na cukrzycę dziecka,ale odebrałam to zbyt osobiście.
Mama tamtej dziewczynki jest nauczycielką i pracuje jako pomoc nauczyciela w klasach1-3. Dziewczynka musi iśc w tym roku do szkoły ,więc jej mama zapisała ją do szkoły , w której pracuje. Ja widzę w tym same superlatywy ,bo dziecko będzie mogło mieć stałą opiekę i będzie bezpieczne. Problem zaczyna się w momencie pytanie ,czy sprawiedliwe by było gdyby owe dziecię trafiło do grupy ,w której uczy jej mama??? Ja tu też widzę same superlatywy, ponieważ mama tej dziewczynki jest nauczycielem wspomagającym w klasie integracyjnym (z dzieciaczkami z niedosłuchem- więc w klasie tej z założenia jest dwóch nauczycieli) , ja tu znowu widzę same superlatywy :
-po pierwsze nie byłoby kłopotu z organizacją opieki nad małym diabetykiem
-po drugie zajęcia w tej szkole ,jeśli jest więcej niż jedna klasa z tego samego rocznika ,odbywają sie na dwie zmiany (jeśli mama dziewczynki będzie uczyć w innej klasie to najpierw dziewczynka będzie musiała na nią czekać w świetlicy ,a potem matka bedzie musiała czekac na córeczkę (lub odwrotnie), a po co komuś utrudniać życie?
-po trzecie wycieczki klasowe nie będą dla nikogo stanowić problemu , bo tak małe dzieciaki wymagają jednak stałej opieki ze strony dorosłego ,a ponieważ choroba ta jest tak bardzo nieprzewidywalna to według mnie nauczycielowi mającemu pod opieką większą grupę dzieci będzie trudno ogarnąc dodatkowo wszyzstkie kwestie związane z cukrzycą. Mama dziewczynki ogarnie wszystko w kilka sekund bez zaniedbywania swoich obowiązków względem reszty grupy.

Druga strona uważała inaczej , że to niesprawiedliwe, bo matka bedzie lepiej traktować dziewczynkę , będzie dbać o to ,żeby przeszła do następnej klasy (dalej sprawa dotyczy klas 1-3 , a dziewczynka o której mowa ma tylko cukrzycę i jest bardzo mądrym ,rezolutnym dzieckiem , więc wiem ,że klasy 1-3 przejdzie jak burza bez niczyjej protekcji).
Kolejnym argumentem było to ,że matka bedzie się z dzieckiem uczyć, a jak zapytałąm tą osobę ,że przecież ona też zapewne będzie się uczyć w domu ze swoim dzieckiem usłyszałam odpowiedź ,,że nie, bo jej się nie będzie chciało”.
Następnie usłyszałam ,że inne dzieci są zazdrosne ,że ich rodzice nie są z nimi w szkole ,pewnie tak jest nie mówię , że nie ,ale ja też tak jak ta nauczycielka jestem obecnie z dzieckiem w przedszkolu (pewnie w szkole też mnie to nie ominie) BO NIE MAM WYJŚCIA, NIE MAM WPŁYWU , NIE CHCĘ ALE MUSZĘ! Nie robię tego ,żeby miała lepsze oceny , tylko po to ,żeby MOGŁA TAM CHODZIĆ!. Jest mi przykro ,że inne dzieci mogą czuć się pokrzywdzone tym ,że ja tam jestem z córeczką ,ale jak powiedziałam koleżance, że Nataszka też może czuć się pokrzywdzona, zazdrosna o inne dzieciaki,że są zdrowe, że nie muszą być kłute, że mogą isć w odwiedziny do innyc dzieci bez mamy- wtedy usłyszałam słowa ,które mnie dobiły a mianowicie :
,,TO CO , ONA JEST CHORA I MUSI SIĘ DO TEGO PRZYZWYCZAIĆ A ZDROWE DZIECI INACZEJ NA TO PATRZĄ I NIE MUSZĄ PEWNYCH RZECZY ZROZUMIEĆ ,WIĘC CZEMU MAJĄ BYĆ POKRZYWDZONE” , poczułam się wtedy taka malutka, przez moment chciałam zniknąc gdzieś razem z moją córeczką. Nie odpowiedziałam już ,,że w takim razie zdrowe dzieci muszą przyzwyczaić się do obecność rodziców niektórych chorych dzieci”. Powiedziałam tylko ,przez zaciśnięte gardło ,że w takim razie mojej córce pozostaje tylko ukryc się w piwnicy ,żeby nikomu nie byc belką w oku , bo dopóki jest mała to jest zdana tylko na kogoś dorosłego.
Nie ciągnęłam już wątku, ale od tamtej rozmowy minęło już kilka dni ,a ja ciągle myślę o niej. Najgorsze jest to ,że taki sposób myślenia przedstawia osoba , o której myślałam ,że potrafi wczuć się w sytuację chorego dziecka. Teraz widzę , że w tym naszym wspaniałym świecie nie ma sentymentów. Wyobrażam sobie co mówią za plecami rodzice innych dzieci , kiedy jadę z dzieciakami z przedszkola na wycieczki, na których zajmuje się nie tylko Nataszką dodam ,że nie muszę ,bo płacę za siebie (chociaż pewnie i w tej kwestii inni wiedza lepiej).
Ciężko mi się podnieść po tej rozmowie.
Mam tylko nadzieję ,że moje dziecko napotka na swojej drodze więcej ludzi ,którzy będą ją SZCZERZE akceptować z tą całą cukrzycą.