ZACZAROWANY LAS . CUKRZYCA

Znowu…

Znowu jestem kłębkiem nerwów, bo wkurza mnie wysoki cukier, który znowu wkradł się w nasze życie. Cukier na teraz -211, wkłucie zmienione. Czuwam. Najgorsze jest to ,że nie wiem kiedy się wyśpię. Nie potrafię normalnie spać. Nawet budzika nie muszę nastawiać , bo wybudzam się sama. Dwa tygodnie temu cukry były dobre, nocki eleganckie, więc mogłam sobie pozwolić pominąć niektóre nocne pomiary ,ale i tak budziłam się, Przyzwyczajenie. 

Wakacje w toku. Teraz pogoda nie rozpieszcza. Siedzimy w domu , brak ruchu , więc cukry te nas nie rozpieszczają. Upały też nie są mile widziane, bo grożą przegrzaniem insuliny. I tak źle i tak niedobrze, ale chociaż pobiegać można. W jeden z takich słonecznych dni wypuściłam Natkę samą na dwór. Ktoś powie, ,,też mi coś” , a dla mnie to wyzwanie. Boję się ,że spadnie jej cukier i gdzieś zasłabnie, albo pójdzie sobie gdzieś za dzieciakami. Niby słucha, ale to tylko dziecko. Miała ze sobą telefon i glukometr. Co jakiś czas dzwoniłam pytając jaki ma cukier. Nie zawiodła mnie, była z koleżanką przed klatką tak jak obiecała. Niestety zerwała się burza ,a moje dziecię zamiast do domu pobiegło do koleżanki. Na szczęście dobrze się znamy z mamą kumpeli Natki ,więc kiedy na dworze rozpętała się burza byłam informowana na bieżąco o cukrach. Coś mi nie pasowało , bo cukry utrzymywały się na za wysokim poziomie -180 , widocznie podekscytowała się samodzielnym pójściem do koleżanki. Bawiły się całkiem długo , potem jeszcze wyszły na dwór i grały w piłkę nożną. Dzielna ta moja córeczka. 

Z wakacyjnych wyjazdów mamy zaliczony weekend na wsi na działce przyjaciół. Fajnie było, cukry były genialne, więc jak tylko nadarzy się okazja to chętnie to powtórzę. Natka skakała na trampolinie ,jeździła na rowerze, wujek przewiózł ją motorynką , więc miała sporo atrakcji. Nawet popluskała się w malutkim basenie (dużego nie opłacało się rozkładać na jeden dzień). Podobało jej się ,ale chętnie też wróciła do domu. Lubi wypady do znajomych ,ale szybko tęskni za domem.

Cukier na teraz-221… Kolejna korekta i kolejne godziny snu wydarte mi przez chorobę ,ale nie to jest dla mnie najgorsze. Najgorsze jest to ,że organizm córeczki ,,meczy” się teraz z nadmiarem glukozy. To mnie zawsze smuci i wzbudza poczucie winy. Mogłam wcześniej zmienić wkłucie , ale z drugiej strony cukry były znośne. Rano byłyśmy na wakacyjnych zajęciach z bibliotece. Potem urodziny kolegi Natki i tort, po zjedzeniu którego cukier urósł ponad miarę. Po korekcje wszystko wróciło do normy , a potem znowu wybiło. Dla świętego spokoju zmieniłam wkłucie , ale czasem mamy tak ,że zanim wkłucie zacznie działać , a raczej cukier spadać to trochę insuliny korekcyjnej trzeba wpompować. Wkurza mnie to. Wszystko mnie wkurza ,przez ten nieszczęsny wysoki cukier…

A ja się boję…Rozterki matki chorego dziecka.

Boję się. W kwietniu kończy się gwarancja na pompę. Nie należymy do osób majętnych i ewentualny zakup nowej pompy to by był nie lada wyczyn (jeśli w ogóle ktoś by nam przyznał kredyt na taką sumę). Jestem wkurzona , bo kazano nam się zapisać na pompę dwa lata przed końcem gwarancji , ale kiedy zapytaliśmy co i jak pani nam powiedziała ,że takiej konieczności nie ma ,bo pompy są od ręki. Dopytywaliśmy co chwilę ,a ostatnio dowiedzieliśmy się ,że możemy nie dostać pompy, to było jak cios w żołądek. Podanie Nataszy insuliny za pomocą pena graniczy z cudem. Jeden, jedyny raz podawałam jej korektę penem przez 4 lata, na szczęście był mój tata i trzymał ją ,a mimo to igła wygięła się do granic możliwości , dobrze ,że nie pękła. Wiem ,że większość dzieci boi się zastrzyków i szkoda mi każdego małego diabetyka,ale z moim dzieckiem jestem każdego dnia i nie wyobrażam sobie takiego życia , pełnego płaczu , bólu , wyrzutów sumienia. 

Zaraz przypomina mi się moje 3 i pół letnie dziecko krzyczące ,,zabijcie mnie” jak podawaliśmy jej insulinę, takie rzeczy się pamięta do końca życia , a gdyby ktoś mi powiedział przedtem ,że tak małe dziecko może chcieć tego co wykrzyczało moje dziecko to pewnie bym w to nie uwierzyła. Wiem ,że jak by musiała przejść na peny to przestanie jeść. Nie chcę tego znowu przeżywać. Znam dzieci , które jako kilkulatki same robiły sobie zastrzyki penami bez zająknięcia. Np. koleżanka z którą Natka chodziła do przedszkola, obie miały 3 latka ,Natasza jeszcze była zdrowa , a Marysia była na penach. Sama wbijała sobie pena i nawet się  nie skrzywiła, BOŻE jak ja jej wtedy współczułam , jak ją podziwiałam. Takie małe dziecko ,a takie dzielne. Nie mogłam wyjść z podziwu a serce mi się krajało ,bo już wtedy wiedziałam na czym polega cukrzyca. Minęło pół roku i zachorowała moja Nataszka, mój skarb jedyny. Ona wszystko pamięta , nie może do tej pory wybaczyć profesorce ,że obiecała jej pompę od razu ,a wypuściła do domu z penami. Wtedy przeżyliśmy takie jazdy ,że nie wiem jak myśmy to przeżyły. Byłam na skraju załamania ,nie wyobrażałam sobie takiego życia dla córki , ona nie akceptowała zastrzyków, aż w końcu zrozumiała ,że jak nie będzie jadła to uniknie większości z nich, Nie jadła nic!!! Błagałam ją , kupowaliśmy jej hamburgery , piekłam ciasteczka, mówiłam ,że może zjeść co tylko zechce, ale ona nie chciała nic. Płakałam jak bóbr, wszyscy rozkładali ręce, podane pomocne numery ,pod które można było dzwonić z problemami okazały się być do d… 

Kiedy jechaliśmy na podpięcie pompy z mojego dziecka zostały tylko skóra i kościki , była taka osłabiona. Na początku nie chciano nam wierzyć ,że Natka nie chce jeść. Dopiero przyznano rację jak podpięta już pod pompę Natka nadal nic nie jadła , cukry spadały łeb na szyję. Ale ona bała się zastrzyków… Musieli podpiąć jej wenflon zwany pieszczotliwie motylkiem , bo glukoza podawana doustnie nie nadążała podnosić cukru, dopiero po podaniu dożylnym glukozy cukier poszedł w górę. Pielęgniarki i my tłumaczyliśmy jej ,że jak zacznie jeść to nie będzie zastrzyków,bo insulina będzie podawana teraz za pomocą pompy i zdejmą jej wenflon . Początkowo nie wierzyła , patrzyła na nas tymi swoimi wielkimi nieufnymi niebieskimi oczami , które wyróżniały się niesamowicie w jej wychodzonej buźce i zastanawiała się co robić. W końcu ugryzła kanapkę. Jeden, drugi gryz. Obserwowała nas nieufnie, czekając z której strony nastąpi atak , kto tym razem ją unieruchomi ,a kto zrobi jej znienawidzony zastrzyk. Ale to nie nastąpiło. Podaliśmy jej insulinę za pomocą pompy,a ona była najszczęśliwszym dzieckiem na świecie. Zajadała się tym razowym chlebem aż jej się uszy trzęsły. Wtedy zrozumiałam ,że możemy jakoś żyć, bo wcześniej różne myśli przychodziły mi do głowy…

Nie chcę ,żeby znowu musiała to przeżywać, Natka nawet jak się przewróci to najpierw każe sprawdzić co z pompą , a dopiero potem sprawdza co jej się stało. Tak bardzo bym chciała ,żeby nie bała się zastrzyków ,próbowałam z misiem, tłumaczyłam ,że to nic nie boli ,robiłam sobie zastrzyki (Natka płakała i opatrywała moje ,,rany”). Chciałam,żeby na mnie ćwiczyła. Niestety. Dzieci są różne , mają różne fobie , ona boi się zastrzyków. Być może przyczyniło się do tego to ,że przed diagnozą przyjmowała serię bolesnych zastrzyków dwa razy dziennie. Pamiętam ostatni zastrzyk ,jak odetchnęłam z ulgą, a tu za niedługo okazało się ,że zastrzyki to będzie codzienność mojego brzdąca. Ryczę ,bo pisanie tego wszystkiego to jak rozdrapywanie ran i posypywanie ich solą. Z drugiej strony nie mam z kim się podzielić moimi problemami i strachem ,który odczuwam z powodu pompy. Mam nadzieję ,że nic się z nią nie stanie po gwarancji, ale z drugiej strony byłam bardziej niż pewna, że moje dziecko nie zachoruje na żadną chorobę ,że jak urodziła się zdrowa to tak już zostanie ,więc teraz też nie mam pewności ,a to mnie dobija. 

Cukier na teraz 133 -jupi. 

Wiem ,że są dzieciaki na penach , wiem,że świetnie sobie radzą i jest mi strasznie źle z tym ,że moje dziecko ma taki problem przy takiej chorobie. O ile łatwiej by nam teraz było ,gdyby mała nie bała się pena. W razie co bez problemu przeczekałybyśmy ewentualny okres oczekiwania ,a tak to nie mogę już całkiem spać w nocy jak sobie o tym pomyślę. Może popytam o możliwość wypożyczenia sprzętu. Same stresy. Moim zdaniem każde dziecko powinno mieć zapewnioną pompę bez czekania. Nauka na penach wystarczy w razie czego w szpitalu , ewentualnie w domu 1 tydzień za sprawdzenie i decyzję ,czy pompa już czy jednak peny ,ale dla dzieci , które mają prawo bać się igieł powinny dostępne jak najszybciej pompy, po co zaburzać im i tak trudne dzieciństwo? Zapewne odezwie się całe pokolenie dorosłych cukrzyków ,,dlaczego tylko dzieciakom” a ja odpowiem ,,jeśli nie wiesz czemu to idź na oddział diabetologi dziecięcej i posłuchaj płaczu tych wszystkich maluchów, dla których na początku nawet nakłucie do pomiaru cukru to wielka rana ,z której leci krew, więc jest strasznie , a potem poczekaj ,aż będą dawać im insulinę w zastrzykach”. Taki płacz swoich dzieci z oddziału rodzice pamiętają do końca życia , i te odgłosy chodaków w korytarzu ,kiedy nocą pielęgniarki przychodziły co dwie godziny mierzyć cukier, od razu wiadomo na której sali jest ,,ŚWIEŻAK” ,bo słychać stamtąd płacz dziecka. Tego nie da się zapomnieć, wymazać z pamięci. Pamiętam jak już przewieźli nas z OIOM-u przychodzili do nas rodzice dzieci , które już żyły jakiś czas z cukrzycą, chociaż nie znali nas ,  mieli łzy w oczach , kiedy ją widzieli , po diagnozie , całą pokłutą , posiniaczoną, podpiętą kablami do sprzętu , który ją monitorował i dozował leki(miała kwasicę ketonową , była w bardzo ciężkim stanie. Anestezjolog stwierdził ,że nie wiadomo jak to się skończy).

Mnie jest szkoda i tych małych i tych starszych ,i tych najstarszych. Uważam każdego cukrzyka ,który radzi sobie z chorobą za bohatera. 

CUKRZYCOWY DÓŁ… Mama na straży cukrów…

Czuję ,,motylki w brzuchu”. U mnie nie zwiastują nic dobrego , to kolejny powrót wątpliwości i poczucia bezsilności. Ciągły strach , obawa o teraz, o jutro. ,,Carpe diem” myślę sobie i staram się wyłapywać to co jest fajne , to co jest dobre. Uśmiech i śmiech mojego dziecka, jej pocałunki , dotyk jej małych rączek ,wspólne wygłupy , żarty. Ona -mój cały świat. Moja największa duma i sens życia pozwala mi wstać ,kiedy nic się nie chce , pozwala mi śmiać się , kiedy pod powiekami czuję piasek.
Nasza cukrzycowa codzienność, upadki i wzloty. Cukrowa huśtawka, która pomimo największych chęci nigdy nie staje w miejscu na dłużej. Życie bez większego wytchnienia. Boję się jak moje dziecko da sobie kiedyś radę samo z tym wszystkim. Musi być bardzo silna, silna fizycznie i psychicznie. Musi być silniejsza ode mnie i od każdego innego zdrowego człowieka , bo życie nie daje taryfy ulgowej.

Dostałam z przedszkola informację o córeczce. Myśl przewodnia , która pojawia się w opisie jej małej ,,osóbki” to to ,że potrzebuje akceptacji i dużo pochwał , i że jest pogodnym dzieckiem. Wiem ,że tak jest. Nie wiem czemu uwielbia tak chłonąć pochwały , chwalę ją wielokrotnie każdego dnia. Mówię ,że jest najcudowniejsza ,że jest bardzo mądra i dzielna. Zastanawiam się ,czy przez chorobą nie czuje się gorsza? Mam nadzieję ,że nie, bo nikt nigdy nie dał jej tego odczuć. Może wyolbrzymiam ,a ona po prostu lubi być w centrum uwagi (i oby tak było).

Ostatnio czuję jakieś takie zniechęcenie. Smutno mi, Widzę normalne życie dzieci znajomych i zastanawiam się ,,jak by to było”? Głupi przykład. Malutka córeczka od koleżanki je sobie chrupeczki , potem zagryza to jabłuszkiem ,a na koniec wbija swoje pierwsze ząbki w bułeczkę . A ja ? Łapię się na tym ,że szacuję ilość insuliny , którą bym musiała podać na takie przekąski mojej córeczce i rośnie mi gula w gardle , bo znowu do mnie dociera ,że wcale nie jest tak kolorowo jak sobie człowiek wmawia. W tle tej sytuacji moja córeczka pyta ,,czy może zjeść bułkę”? ,a ja mam łzy w oczach (które oczywiście kamufluję) ,bo muszę jej powiedzieć ,,najpierw sprawdzimy cukier” ,a nie mogę od tak sobie podać jej kawałka bułki , którą to objadają się wszystkie dzieci dookoła. Niby nic, jak takie coś zdarza się raz ,ale to jest ,,niekończąca się opowieść”. Fajnie jest jak okazuje się ,że cukier jest dobry ,ale jak jest za wysoko to rozczarowanie i smutek w oczach córci bardzo bolą.
Nie wiem jak to jest możliwe,ale Natka pamięta ,że kiedyś mogła jeść jak inne dzieci. Czasem płacze , bo widzi swoje zdjęcie jak była dzidziusiem. Myślę ,że przez to ,że wie ,że wtedy żyła sobie jeszcze całkiem normalnie ,bez insuliny i ciągłych pomiarów cukru , od których mnie robi się już niedobrze, a co dopiero jej?

Koleżanki i koledzy Nataszki mają młodsze rodzeństwo. Przekonałam Nataszkę ,że posiadanie rodzeństwa to nie same przyjemności. Teraz twierdzi ,że nie chce rodzeństwa ,ale widzę jak świetnie bawi się z maluchami , jak stara się nimi opiekować , jaka jest czuła i delikatna. Myślę sobie ,że byłaby najwspanialszą siostrą na świecie. Tą starszą siostrą ,z której bierze się przykład. Ostatnio miała na kolankach siostrzyczkę kolegi (8 miesięczną), była taka dumna, taka ostrożna. Dopytywała potem ,czy ona tak samo ,,mówiła” , też miała takie ząbki itp. Wspominamy sobie czas , kiedy była mniejsza ,a dodam tutaj ,że Natka była niezłą numerantką. Wyjście z nią na spacer to była istna mordęga, bo biegała jak szalona wszędzie. Pal sześć jak nie była to ulica. Wszędzie jej było pełno. Do tej pory sąsiadki wspominają z uśmiechem jak tańcowała pod blokiem ,albo jak uciekała ze śmiechem , a biegała bardzo szybko. Sąsiadki drżały ,że się wywróci , bo biegła tak szybko ,że nóżki były z przodu przed pupką. Zmiana przyszła jak zachorowała. Wydawało mi się ,że wtedy była taka szybka ,bo chciała spróbować wszystkiego jeszcze ,,przed” ,wiem ,że to głupie,ale takie myśli przychodziły mi do głowy. Po diagnozie i tym wszystkim co ją spotkało w szpitalu stała się bardziej poważna. Do tej pory zastanawiam się jaka by była gdyby nie choroba?

Znowu nie mogę spać. Muszę pilnować cukrów, bo ,,dałam ciała”.Cały dzień cukier był dobry , Natka jadła czereśnie, bardzo lubi owoce. A ja wieczorem tak pokombinowałam z jedzeniem i insuliną ,że cukier 380… Może były jakieś bąble powietrza po drodze? Nie wiem. Wiem tylko ,że przed jedzonkiem było 70. Potem przedobrzyłam , dodałam ,,gratis” w znaczeniu ,ze bez insuliny trochę czereśni. Co ja sobie myślałam? Że czereśnie same ,,wejdą do komórek”? Mój błąd , tylko szkoda ,że Natka na tym cierpi. Mierzyłam cukier przed chwilą , było już nieco ponad 200. Spada. To dobrze.
Nadal nie cierpię nocy , obawiam się niskich cukrów. Wczoraj nie obudziłam się na jedno mierzenie (bo cukier miała 170). Nie miałam siły wstawać. Jak potem mierzyłam to bałam się ,że będzie za wysoko ,że cukier jeszcze urósł ,a było 48!!!! ZGROZO!. Dobrze, że nie podawałam insuliny na korektę , chociaż jak bym podała korektę ,to bym nie pominęła mierzenia a cukru i pewnie bym jeszcze po drodze raz zmierzyła.
W dzień też zdarza się ,że Natka nie sygnalizuje spadku , ale obserwuję ją , widzę jak się zachowuje, a w nocy śpi i jedyne co mogę zrobić to zmierzyć cukier.

Dziewczynkom rosną cycki…

Kolejny dzień za nami. Dzisiaj z trudem wygramoliłyśmy się z domu do przedszkola. Paweł miał wolne ,więc z samego rana zmieniliśmy wkłucie ,bo znowu przez noc zebrały się bąbelki powietrza, zmieniliśmy też w razie co baterię.Nataszka bardzo dzielnie zniosła wkłucie, tylko lekko syknęła… Obiecałam jej za to konika Filly , są teraz w Biedronce po 4.99 , drugi miał zostać kupiony po zdjęciu starego wkłucia.
Po śniadaniu znowu górka… Korekta jednak szybko zadziałała.
Dzisiaj uśmiałam się z dzieciaków. Nicoletta namalowała obrazek i zaniosła go Pani z informacją,że jest to siłacz. Pani powiedziała, że duży i silny ten siłacz i czy dzieciaki wiedzą -czemu on jest takji postawny i ma taką siłę. Dzieci odpowiedziału ,że dlatego ,iż dużo je. Pani podłapała temat i mówi im jak to od owoców, warzyw i mięska rosną mięśnie , rozbudowuje się klatka piersiowa. Na to wszystko Kacperek dorzucił od siebie- a dziewczynkom rosną cycki!! Roześmiałyśmy się z Panią. Bądź co bądź młodzień miał rację…

Mieliśmy też w przedszkolu wizytację sanepidu , pośmiałam się przednio widząc niektóre Pani w tych ochronnych czepkach na głowach jak podawały dzieciakom jedzenie (oczywiście pierwszy raz te czepki widziałam). Kiedy mierzyłam Nataszce w sali cukier akurat pani z sanepidu wchodziła do sali. Odruchowo schowałam glukometr… Przestraszyłam się,że będą jakieś kłopoty , bo nie mam tego czy srego (przepraszam za słowo) ,ale w takich sytuacjach nigdy nie wiadomo czego taka osoba może się uczepić.
Po przedszkolu zakup obiecanych koników. Radość dziecka -bezcenna!!! Potem chwilka w domu i Nataszka posżła z tatą do Maciusia, Miałam w planach odespać trochę nocki ,ale postanowiłam wymienić w szafce Nataszki letnią garderobę na cieplejszą. Ojjjjj robi się coraz zimniej… Ciekawe jaka będzie zima? Obawiam się jej trochę , bo cięzko zimową porą na sankach mierzyć cukier, potem ewentualnie dostać sie do pompy ,albo dopajac dziecko na mrozie…

CUKIERECZKOWE PERYPETIE PRZEDWYCIECZKOWE :)

Wyczekiwana przez moje dziecię wycieczka, odbyła się w końcu 18 czerwca. Nie obyło się bez cukrowej przygodny w noc przed wyjazdem. Otóż postanowiłam ,że zmienimy przed wyjazdem wkłucie (stare miało 3 dni ,ale działało super, więc na upartego można było przytrzymać jeszcze jeden dzień) , stchórzyłam jednak , bo pomyślałam ,że może się sknocić. Zmieniliśmy wkłucie. Chcieliśmy kolejny raz dać w brzuszek ,ostatnio Natka ładnie spała przy wkłuciach i tylko chwilę pokwiliła i spała dalej (nawet przy brzuszku) ,tym razem jednak bardzo ją musiało zaboleć ,bo była PRZERAŻONA, strasznie płakała ,a ja z nią… Ostatecznie dałam jej w nagrodę wodnego loda ,bo tym razem wybudziła się ze snu. Troszeczkę się uspokoiła i dałam jej insulinkę. Niestety przy kolejnym pomiarze cukru glukometr pokazał ponad 200 (gdzie , kiedy wkłucie na brzusiu działa to pierwszego dnia miewała niskie cukry). Powiedziałam Pawłowi ,że chyba będziemy zmieniać kolejny raz… Posmutniał i zdenerwował się, też nie lubi tego ,ale nie mamy innego wyjścia.Postanowiłam dodać insuliny i zertknąc na cukier za ok 30 minut (wiem ,że teoretycznie należy spojrzeć za godzinę, ale przy wysokich cukrach nie lubie tyle czekać i wolę wcześniej zareagować). Niestety cukier znowu urósł ,więc zmiana wkłucia kolejny raz okazała się nieunikniona.
Jedno wiedzieliśmy na 100%, po tym jak zobaczyliśmy jej spojrzenie przy poprzednim wkłuciu- tym razem z pewnością nie w brzuszek. Córcia spała tym razem bardzo czujnie, więc już przy dotknęciu serterem zaczęła uciekać, nie mieliśmy pewności ,czy wszystko poszło zgodnie z planem, pozostało tylko czekać na efekt. W razie co zostawiliśmy to w brzuszku (chociaż nie wiem po co). Cukier zaczął dopiero spadać po drugiej korekcie, więc w międzyczasie znowu były nerwy i niepokój. Dla mnie kolejna nieprzespana noc , ale to nie problem ,najważniejsze ,że cukry spadały. Tylko szkoda mi tych paluszków u nóżek , bo wyglądają jak siteczka. Nataszka jednak przyzwyczaiła się do nóg i niechętnie mierzy z rączki.
Nie cierpię takich sytuacji , bo wtedy nigdy nie wiadomo ile insuliny działa , ile faktycznie doszło (może była jakiś bąbel powietrza) i człowiek musi czuwać, najbardziej się boję za zasnę. Martwiłam się ,że Natka będzie zmęczona wysokomi cukrami ,ale na szczęscie czuła się wyśmienicie (zdziwiona była tylko,że ma dwa wkłucia, bo postanowiliśmy przytrzymać , w razie co ,mając nadzieję ,że jednak było dobre. Dzisiaj postanowiłam je usunąć i okazało się ,że jest zagięte…).
Wycieczkę postaram się opisać jutro , przypomnę tylko ,że 18 miał być najbardziej upalnym dniem czerwca (a może i lata) i na nieszczęście małych wycieczkowiczów- był.

Co do dnia dzisiejszego to większość czasu spędziła Natuśka w wodzie, bo dałam jej basenik na balkon. Cukry (odpukać) dobre, pomimo tego ,że dość długo chodziła bez pompy. Potem spacer i szaleństeo na dworze , oczywiście ukochany lód.
Dzisiaj Nataszka była zadowolona bo wyszła na dwór w samej sukience i w majteczkach ,zazwyczaj nakładałam jej jeszcze legginsy ,żeby podtrzymywały pompę , ale dziś taki upał. Natka chwaliła się ,że ma majteczki , niewtajemniczeni nie wiedzieli o co chodzi.
Na dworze córcia świetnie bawiła się z koleżankami , wśród których nie mogło zabraknąc ukochanej Klaudii (starszej od Natki o jakieś 3 czy 4 lata). Do domu wróciłyśmy przed 21. Podczas kąpieli okazało się, że mamy w wannie pół piaskownicy. Potem kolacyjka i córcia usnęła w 10 minutek , bez czytania bajki.