zmiana wkłucia

Znowu…

Znowu jestem kłębkiem nerwów, bo wkurza mnie wysoki cukier, który znowu wkradł się w nasze życie. Cukier na teraz -211, wkłucie zmienione. Czuwam. Najgorsze jest to ,że nie wiem kiedy się wyśpię. Nie potrafię normalnie spać. Nawet budzika nie muszę nastawiać , bo wybudzam się sama. Dwa tygodnie temu cukry były dobre, nocki eleganckie, więc mogłam sobie pozwolić pominąć niektóre nocne pomiary ,ale i tak budziłam się, Przyzwyczajenie. 

Wakacje w toku. Teraz pogoda nie rozpieszcza. Siedzimy w domu , brak ruchu , więc cukry te nas nie rozpieszczają. Upały też nie są mile widziane, bo grożą przegrzaniem insuliny. I tak źle i tak niedobrze, ale chociaż pobiegać można. W jeden z takich słonecznych dni wypuściłam Natkę samą na dwór. Ktoś powie, ,,też mi coś” , a dla mnie to wyzwanie. Boję się ,że spadnie jej cukier i gdzieś zasłabnie, albo pójdzie sobie gdzieś za dzieciakami. Niby słucha, ale to tylko dziecko. Miała ze sobą telefon i glukometr. Co jakiś czas dzwoniłam pytając jaki ma cukier. Nie zawiodła mnie, była z koleżanką przed klatką tak jak obiecała. Niestety zerwała się burza ,a moje dziecię zamiast do domu pobiegło do koleżanki. Na szczęście dobrze się znamy z mamą kumpeli Natki ,więc kiedy na dworze rozpętała się burza byłam informowana na bieżąco o cukrach. Coś mi nie pasowało , bo cukry utrzymywały się na za wysokim poziomie -180 , widocznie podekscytowała się samodzielnym pójściem do koleżanki. Bawiły się całkiem długo , potem jeszcze wyszły na dwór i grały w piłkę nożną. Dzielna ta moja córeczka. 

Z wakacyjnych wyjazdów mamy zaliczony weekend na wsi na działce przyjaciół. Fajnie było, cukry były genialne, więc jak tylko nadarzy się okazja to chętnie to powtórzę. Natka skakała na trampolinie ,jeździła na rowerze, wujek przewiózł ją motorynką , więc miała sporo atrakcji. Nawet popluskała się w malutkim basenie (dużego nie opłacało się rozkładać na jeden dzień). Podobało jej się ,ale chętnie też wróciła do domu. Lubi wypady do znajomych ,ale szybko tęskni za domem.

Cukier na teraz-221… Kolejna korekta i kolejne godziny snu wydarte mi przez chorobę ,ale nie to jest dla mnie najgorsze. Najgorsze jest to ,że organizm córeczki ,,meczy” się teraz z nadmiarem glukozy. To mnie zawsze smuci i wzbudza poczucie winy. Mogłam wcześniej zmienić wkłucie , ale z drugiej strony cukry były znośne. Rano byłyśmy na wakacyjnych zajęciach z bibliotece. Potem urodziny kolegi Natki i tort, po zjedzeniu którego cukier urósł ponad miarę. Po korekcje wszystko wróciło do normy , a potem znowu wybiło. Dla świętego spokoju zmieniłam wkłucie , ale czasem mamy tak ,że zanim wkłucie zacznie działać , a raczej cukier spadać to trochę insuliny korekcyjnej trzeba wpompować. Wkurza mnie to. Wszystko mnie wkurza ,przez ten nieszczęsny wysoki cukier…

A ja się boję…Rozterki matki chorego dziecka.

Boję się. W kwietniu kończy się gwarancja na pompę. Nie należymy do osób majętnych i ewentualny zakup nowej pompy to by był nie lada wyczyn (jeśli w ogóle ktoś by nam przyznał kredyt na taką sumę). Jestem wkurzona , bo kazano nam się zapisać na pompę dwa lata przed końcem gwarancji , ale kiedy zapytaliśmy co i jak pani nam powiedziała ,że takiej konieczności nie ma ,bo pompy są od ręki. Dopytywaliśmy co chwilę ,a ostatnio dowiedzieliśmy się ,że możemy nie dostać pompy, to było jak cios w żołądek. Podanie Nataszy insuliny za pomocą pena graniczy z cudem. Jeden, jedyny raz podawałam jej korektę penem przez 4 lata, na szczęście był mój tata i trzymał ją ,a mimo to igła wygięła się do granic możliwości , dobrze ,że nie pękła. Wiem ,że większość dzieci boi się zastrzyków i szkoda mi każdego małego diabetyka,ale z moim dzieckiem jestem każdego dnia i nie wyobrażam sobie takiego życia , pełnego płaczu , bólu , wyrzutów sumienia. 

Zaraz przypomina mi się moje 3 i pół letnie dziecko krzyczące ,,zabijcie mnie” jak podawaliśmy jej insulinę, takie rzeczy się pamięta do końca życia , a gdyby ktoś mi powiedział przedtem ,że tak małe dziecko może chcieć tego co wykrzyczało moje dziecko to pewnie bym w to nie uwierzyła. Wiem ,że jak by musiała przejść na peny to przestanie jeść. Nie chcę tego znowu przeżywać. Znam dzieci , które jako kilkulatki same robiły sobie zastrzyki penami bez zająknięcia. Np. koleżanka z którą Natka chodziła do przedszkola, obie miały 3 latka ,Natasza jeszcze była zdrowa , a Marysia była na penach. Sama wbijała sobie pena i nawet się  nie skrzywiła, BOŻE jak ja jej wtedy współczułam , jak ją podziwiałam. Takie małe dziecko ,a takie dzielne. Nie mogłam wyjść z podziwu a serce mi się krajało ,bo już wtedy wiedziałam na czym polega cukrzyca. Minęło pół roku i zachorowała moja Nataszka, mój skarb jedyny. Ona wszystko pamięta , nie może do tej pory wybaczyć profesorce ,że obiecała jej pompę od razu ,a wypuściła do domu z penami. Wtedy przeżyliśmy takie jazdy ,że nie wiem jak myśmy to przeżyły. Byłam na skraju załamania ,nie wyobrażałam sobie takiego życia dla córki , ona nie akceptowała zastrzyków, aż w końcu zrozumiała ,że jak nie będzie jadła to uniknie większości z nich, Nie jadła nic!!! Błagałam ją , kupowaliśmy jej hamburgery , piekłam ciasteczka, mówiłam ,że może zjeść co tylko zechce, ale ona nie chciała nic. Płakałam jak bóbr, wszyscy rozkładali ręce, podane pomocne numery ,pod które można było dzwonić z problemami okazały się być do d… 

Kiedy jechaliśmy na podpięcie pompy z mojego dziecka zostały tylko skóra i kościki , była taka osłabiona. Na początku nie chciano nam wierzyć ,że Natka nie chce jeść. Dopiero przyznano rację jak podpięta już pod pompę Natka nadal nic nie jadła , cukry spadały łeb na szyję. Ale ona bała się zastrzyków… Musieli podpiąć jej wenflon zwany pieszczotliwie motylkiem , bo glukoza podawana doustnie nie nadążała podnosić cukru, dopiero po podaniu dożylnym glukozy cukier poszedł w górę. Pielęgniarki i my tłumaczyliśmy jej ,że jak zacznie jeść to nie będzie zastrzyków,bo insulina będzie podawana teraz za pomocą pompy i zdejmą jej wenflon . Początkowo nie wierzyła , patrzyła na nas tymi swoimi wielkimi nieufnymi niebieskimi oczami , które wyróżniały się niesamowicie w jej wychodzonej buźce i zastanawiała się co robić. W końcu ugryzła kanapkę. Jeden, drugi gryz. Obserwowała nas nieufnie, czekając z której strony nastąpi atak , kto tym razem ją unieruchomi ,a kto zrobi jej znienawidzony zastrzyk. Ale to nie nastąpiło. Podaliśmy jej insulinę za pomocą pompy,a ona była najszczęśliwszym dzieckiem na świecie. Zajadała się tym razowym chlebem aż jej się uszy trzęsły. Wtedy zrozumiałam ,że możemy jakoś żyć, bo wcześniej różne myśli przychodziły mi do głowy…

Nie chcę ,żeby znowu musiała to przeżywać, Natka nawet jak się przewróci to najpierw każe sprawdzić co z pompą , a dopiero potem sprawdza co jej się stało. Tak bardzo bym chciała ,żeby nie bała się zastrzyków ,próbowałam z misiem, tłumaczyłam ,że to nic nie boli ,robiłam sobie zastrzyki (Natka płakała i opatrywała moje ,,rany”). Chciałam,żeby na mnie ćwiczyła. Niestety. Dzieci są różne , mają różne fobie , ona boi się zastrzyków. Być może przyczyniło się do tego to ,że przed diagnozą przyjmowała serię bolesnych zastrzyków dwa razy dziennie. Pamiętam ostatni zastrzyk ,jak odetchnęłam z ulgą, a tu za niedługo okazało się ,że zastrzyki to będzie codzienność mojego brzdąca. Ryczę ,bo pisanie tego wszystkiego to jak rozdrapywanie ran i posypywanie ich solą. Z drugiej strony nie mam z kim się podzielić moimi problemami i strachem ,który odczuwam z powodu pompy. Mam nadzieję ,że nic się z nią nie stanie po gwarancji, ale z drugiej strony byłam bardziej niż pewna, że moje dziecko nie zachoruje na żadną chorobę ,że jak urodziła się zdrowa to tak już zostanie ,więc teraz też nie mam pewności ,a to mnie dobija. 

Cukier na teraz 133 -jupi. 

Wiem ,że są dzieciaki na penach , wiem,że świetnie sobie radzą i jest mi strasznie źle z tym ,że moje dziecko ma taki problem przy takiej chorobie. O ile łatwiej by nam teraz było ,gdyby mała nie bała się pena. W razie co bez problemu przeczekałybyśmy ewentualny okres oczekiwania ,a tak to nie mogę już całkiem spać w nocy jak sobie o tym pomyślę. Może popytam o możliwość wypożyczenia sprzętu. Same stresy. Moim zdaniem każde dziecko powinno mieć zapewnioną pompę bez czekania. Nauka na penach wystarczy w razie czego w szpitalu , ewentualnie w domu 1 tydzień za sprawdzenie i decyzję ,czy pompa już czy jednak peny ,ale dla dzieci , które mają prawo bać się igieł powinny dostępne jak najszybciej pompy, po co zaburzać im i tak trudne dzieciństwo? Zapewne odezwie się całe pokolenie dorosłych cukrzyków ,,dlaczego tylko dzieciakom” a ja odpowiem ,,jeśli nie wiesz czemu to idź na oddział diabetologi dziecięcej i posłuchaj płaczu tych wszystkich maluchów, dla których na początku nawet nakłucie do pomiaru cukru to wielka rana ,z której leci krew, więc jest strasznie , a potem poczekaj ,aż będą dawać im insulinę w zastrzykach”. Taki płacz swoich dzieci z oddziału rodzice pamiętają do końca życia , i te odgłosy chodaków w korytarzu ,kiedy nocą pielęgniarki przychodziły co dwie godziny mierzyć cukier, od razu wiadomo na której sali jest ,,ŚWIEŻAK” ,bo słychać stamtąd płacz dziecka. Tego nie da się zapomnieć, wymazać z pamięci. Pamiętam jak już przewieźli nas z OIOM-u przychodzili do nas rodzice dzieci , które już żyły jakiś czas z cukrzycą, chociaż nie znali nas ,  mieli łzy w oczach , kiedy ją widzieli , po diagnozie , całą pokłutą , posiniaczoną, podpiętą kablami do sprzętu , który ją monitorował i dozował leki(miała kwasicę ketonową , była w bardzo ciężkim stanie. Anestezjolog stwierdził ,że nie wiadomo jak to się skończy).

Mnie jest szkoda i tych małych i tych starszych ,i tych najstarszych. Uważam każdego cukrzyka ,który radzi sobie z chorobą za bohatera. 

Sylwester z cukrzycą

Nowy Rok. 

Wczorajszego Sylwestra mieliśmy spędzić u znajomej , której córeczka bardzo lubi Natkę ,a Natka ubóstwia tą dziewczynkę. My dorośli mieliśmy posiedzieć , porozmawiać ,a dziewczyny miały się super bawić , tak też było ,ale nie obyło się bez niemiłych niespodzianek. Na godzinkę przed planowanym wyjściem zmierzyłam Natce cukier, wynik był okropny -365. Myślę sobie , podam korektę i wszystko będzie dobrze. Tak też zrobiłam. Przed samym wyjściem postanowiłam skontrolować wynik , niestety cukier ani drgnął. Kazałam Natce sprawdzić ketony paskami do moczu i wyszły ++. Przestraszyłam się , wkurzyłam ,ale nie spanikowałam.Powiedziałam z rozgoryczeniem tacie Natki ,że cukrzyca nigdy nie odpuszcza ,że nigdy nie da się nad nią zapanować , bo ona uderzy w najmniej oczekiwanym momencie. Nigdy nie można sobie odpuścić.Obwiniałam siebie o ten stan , ponieważ od dłuższego czasu cukry były ok. , wkłucie było świeże, to pozwoliłam sobie odpuścić jeden planowany pomiar cukru. Żal mi już tych wszystkich paluszków , które są w opłakanym stanie. Niestety przy tej chorobie nie można popadać w rutynę , bo każda taka sytuacja daje o sobie znać prędzej czy później. W naszym przypadku to był pominięty jeden planowany pomiar, bo Natka grała w grę i się złościła ,że chcę jej przerwać.Odpuściłam… Po wykryciu ketonów Natka wypiła sok z połówki cytryny, tata zmienił jej wkłucie ,a ja podałam solidną dawkę insuliny. Praktycznie dwa razy więcej niż bym podała zwykłej korekty. Zrobiłam tak ,bo już raz miałam takie cyrki z ketonami i wysokimi cukrami przy jelitówce  , jednak wtedy bałam się podawać dużej dawki insuliny ,bo Natka miała wymioty , więc odpadało dojedzenie czegoś ,gdyby cukier spadał. W sumie pamiętałam jednak ,że u nas jak pojawią się ketony ,to insulina działa jak woda.  Zmierzyłam cukier po kolejnej godzinie, cukier poszedł odrobinę w górę.Wyjęłam pena. Nataszka była przerażona , ja też.  Podałam kolejną korektę , równie potężną jak poprzednia. Bałam się ,że cukier będzie spadał gwałtownie. W pogotowiu był już pen. Wiedziałam jednak ,że to będzie ostateczność, bo Natka przeraźliwie boi się pena. Strasznie , próbowałam już zastrzyków na miśkach, na mnie samej , ale niestety , nawet jak sama podawałam sobie insulinę ,żeby jej pokazać ,że to nie takie straszne ,to ona płakała, że robię sobie krzywdę i zaraz biegła z opatrunkiem. Zmierzyłam cukier po pół godzinie. Okazało się ,że cukier spadł o 30. RADOŚĆ nie do opisania. Wiadomo ,że jeszcze rozsądek podpowiadał ,że może to być tylko błąd pomiaru (w dopuszczalnych granicach) ,ale na szczęście okazało się ,że cukier spada. Spóźnieni o godzinkę ,ale zadowoleni poszliśmy w gościnę. Natka była taka szczęśliwa. Niestety była też bardzo głodna. Co chwilkę dopytywała ,czy może coś zjeść. Cukier spadał sobie powolutku , pomimo moich obaw ,że będzie leciał na łeb i szyję. Nawet dołożyłam jeszcze odrobinę ,żeby w końcu otrzymać upragnione poniżej 200. A potem było już dobrze. Skumulowana insulina dała o sobie znać w okolicy 00:00, więc Natka popiła dziecięcego szampana do woli , zjadła jeszcze dwie babeczki (na ,które podałam tylko część insuliny , którą dałabym normalnie) , a cukier utrzymywał się na poziomie 70-77. Po powrocie do domu (a byliśmy klatkę dalej) , przed pójściem spać cukier wynosił coś ponad 90. Natka wypiła sok. Cukier podniósł się do 150, więc poszłam spać i ja. Kolejny wczesno- poranny pomiar zatrwożył mnie , glukometr wskazywał 48. Mój błąd. Mogłam nie podawać insuliny na babeczki. Natka wypiła cały sok i tak dospałyśmy do 10:00. 

 

Wszystkim życzymy szczęśliwego NOWEGO ROKU i przede wszystkim ZDROWIA. Oby ten rok był pełen cudownych zwrotów w medycynie, niech zostaną wynalezione leki na wszystkie choroby świata w tym  na cukrzycę. 

Co to była za noc…

Cały ten tydzień siedziałyśmy w domu. Nataszka miała powiększone migdałki ,straszną chrypę i kaszel, nie obyło się bez antybiotyku. Cukry takie sobie , generalnie nie urywają wiadomej części ciała. Denerwuje mnie ta cała cukrowa wariacja. Raz 50 ,raz 300. Wściec się idzie. 

We wrześniu nie mieliśmy takich problemów. Nawet musiałam zmniejszyć bazę , co mnie bardzo ucieszyło. Niestety jak to bywa w cukrzycy nic co dobre nie trwa wiecznie. 

Wczoraj przed snem cukier nie była najgorszy , mieliśmy 160. Nie podawałam korekty ,bo jeszcze było sporo insuliny aktywnej , a kolacja nie należała do tłustych. Natka smacznie sobie spała , kiedy nastał czas kolejnego pomiaru, niestety glukometr pokazał ponad 200. Nieco się zdziwiłam ,ale pomyślałam ,że może ,,coś” jednak wybiło. Podałam należną korektę i położyłam się ,,spać” , rodzice dzieci z cukrzycą wiedzą czemu ,,spać” piszę w cudzysłowie. Po godzinie znowu sprawdziłam cukier w nadziei ,że zacznie spadać ,a tam cukier 343!!!! Myślałam ,że padnę!!! Szybko pobiegłam po sprzęt do zmiany wkłucia. Wyjęłam pompę z saszetki. Nataszka przebudziła się po tym jak zdezynfekowałam miejsce na wkłucie i na informację o zrobieniu wkłucia powiedziała tylko ,,nie”.Powiedziałam jej ,że nie mamy wyjścia. Zrobiłam nowe wkłucie , Natka troszkę pomarudziła ,bo ją zabolało. Myślałam ,że może naczynko przebiłam ,ale chyba nie. Sięgnęłam do starego wkłucia ,a tu okazało się ,że nawet nie zwróciłam uwagi ,że nie musiałam odłączać wkłucia od Natki , bo ta cała część ,która jest na końcu drenu i przypina się nią do wkłucia zrobionego na ciele urwała się!!! Korekta poszła więc sobie w pościel ,a nie tam gdzie miała dotrzeć. Miałam strasznego moralnego kaca ,że przed podaniem korekty nie sprawdziłam jak  tam dren. Zawiniła rutyna i najnormalniejsze w świecie przemęczenie. Podałam solidną korektę , w zasadzie podałam dwa razy więcej insuliny niż powinnam. Zrobiłam tak ,bo zazwyczaj przy tak wysokim cukrze , kiedy mam powody podejrzewać ,że jakiś czas insulina nie docierała do miejsca działania , Nataszka ma większe zapotrzebowanie na ten hormon.Obawiałam się z powodu większej niż zwykle bolesności wkłucia natknęłam się na naczynko ,ale jednak cukier zaczął spadać ,więc odetchnęłam. Oczywiście nocka z głowy ,ale najważniejsze ,że sytuacja opanowana. 

Mam nauczkę. Teraz zawsze przed podaniem korekty ocenię stan wkłucia. 

Mam nadzieję ,że w końcu znowu nastąpią te dobre cukrowe dni, kiedy człowiek nie drży mierząc cukru  i nie wstrzymuje oddechu do momentu pojawienia się na glukometrze wyniku pomiaru. 

ZESPUTE WKŁCIE CZYLI CUKRZYCA ,KTÓRA WYWRACA CUKRY DZIECKA DO GÓRY NOGAMI.

Dzisiaj Natka miała jechać  z tatą na basen. Niestety pogoda nie dopisała. Szkoda. Pojechaliśmy za to kupić kółko do pływania (bo ostatnio pękło). Jak wracaliśmy do domu Natka zaczęła marudzić ,że strasznie boli ją głowa. Zmierzyłam cukier a tam ponad 300!! Podałam korektę pompą (wiem,że powinno się penem ,ale moje dziecię jak tylko widzi pena to wpada w histerię). Zmierzyłam kolejny raz cukier  , już w domu, (po niecałej godzinie ) w nadziej ,że spada, a tu niemiła niespodzianka… Znowu ponad 300. Od razu zmieniłam wkłucie i puściłam BARDZO solidną korektę. Dodam ,że jak tylko weszliśmy do domu to dzwoniły koleżanki Nataszki czy wyjdzie na dwór. Postanowiłam jednak przeczekać i zobaczyć czy nowe wkłucie działa. Okazało się ,że działa, kamień z serca. Natka cały czas jęczała ,że chce iść na dwór, a to ,że boli ją głowa. Płakała ,że ona nic nie może ,że musi siedziec w domu zamiast iść do koleżanek.Miała prawo boleć ją głowa ,miała prawo być marudna ,ja to wiem ,ale tata małej ma z tym kłopot. Nie da sobie przetłumaczyć ,że przy tak wysokim cukrze chory bardzo źle się czuje, że mózg źle pracuje. Zresztą przy spadaniu jest tak samo i przy za niskim cukrze podobnie. Dlatego ZAWSZE jak mała zaczyna marudzić ,,,dziwnie” się zachowywać mierzę jej cukier ,żeby sprawdzić czy to zwyczajne fochy, czy znowu choroba bierze górę i wywraca Nataszkowe cukry do góry nogami… Tata Natki twierdzi ,że on wie swoje, i że ja ją tak zawsze tłumacze. Mówię mu wtedy ,żeby poczytał wypowiedzi dorosłych na temat tego jak się czują z za wysoki ,za niskimi i chwiejnymi cukrami ,ale cóż on wie swoje. 

Wiem ,że nie zawsze złe zachowanie mojego dziecka jest związane ze złymi cukrami ,ale zawsze wolę to sprawdzić. Ostatnio ja bywam strasznie rozdrażniona. Nie wiem , czy to odbija się na mnie mała ilość snu? Czy jakaś wewnętrzna złość na chorobę małej. Pewnie to te przeklęte złe cukry ,które od prawie miesiąca nas prześladują . A było już tak w miarę dobrze. Cukry powyżej 200 bardzo rzadko pojawiały się na wyświetlaczu glukometru .

Cukier 142!!! Było 193. Cieszę się ,że spadło.

Obserwuję pociechy znajomych , te malutkie i przypomina mi się ,że kiedyś i Natszka mogła sobie normalnie jeść , pić. Nie miała pokłutych paluszków, śladów po wkłuciach ,które bywa ,że ciężko się goją. Np. teraz mamy na pośladkach i w ich okolicach dużo śladów. Dzisiaj zrobiłam wkłucie na rączce. Nataszka  wzbraniała się , nawet zastanawiałam się ,czy nie ulec jej prośbą ,ale jak zobaczyłam pośladki to zrezygnowałam… Kiedyś nie było takich problemów. Jak wtedy było cudownie.

ZDROWIE WRÓĆ…..

ZNOWU!!!!!!Tym razem ,bo przeglądałam książki dotyczące cukrzycy. Bo przed zmianą zmianą wkłucia cukier dużo za niski ,a po zmianie cukier za wysoki. Bo miejsca po wkłuciu nie chcą się goić. Bo ta choroba jest na ZAWSZE, nigdy nie odpuści. Bo tej choroby nikt nigdy nie wyleczy. Bo insuliny nie można podać w tabletkach . Bo trzeba kłuć palce. Bo zmiany poziomów cukru źle wpływają na samopoczucie dziecka. Bo córka nie może jak zdrowe dzieci spontanicznie zjeść loda. Bo nie może spontanicznie wskoczyć do wody. Bo jej życie jest uzależnione od fiolki z insuliną. Bo ma pokłute paluszki u rączek i nóżek. Bo nie może zostać sama w przedszkolu. Bo nie może sama posiedzieć przed blokiem. Bo boję się nocnej hipoglikemii i nie śpię po nocach. Bo boję się o jej przyszłość ,jak ona sobie sama da radę. Bo zawsze będzie miała trudniej niż inni. Bo boję się ,że nie będzie akceptowana. 

Córka jest wszystkim co mam, nie potrafię przeboleć tego ,że zachorowała. Muszę się wypłakać , wyżalić. Nie ma do kogo. Każdy ma swój świat i swoje problemy. 

Znowu dół. Dzisiaj Nataszka poszła na działkę do znajomych. Był też jej kolega ,który podobno   jak nikt nie widział to  bił ją i wyzywał ,bo pewnie chciał popisać się przed nową koleżanką. Wiem na 100% ,że to ta inna dziewczynka go namawiała, bo inaczej tak by się nie zachowywał. Nataszka jest bardzo za nim. Moje dziecko potrafi bardzo ładnie bawić się z wszystkimi dziećmi , ale nie ma czegoś takiego jak instynkt samozachowawczy. Ktoś będzie jej dokuczał ,a ona i tak pójdzie za nim jak ćma do żarówki. Nic nie pomoże to ,że się sparzy . Bardzo szybko zapomina wyrządzona jej przykrość. Moim zdaniem to nie jest dobre ,bo w przyszłości ludzie mogą ją uważać za naiwną i wykorzystywać. Rozmawiam z córcią na ten temat. Szkoda ,że mnie tam nie było , bo bym sobie dopilnowała małej. Ale jak to mówią ,,oliwa zawsze sprawiedliwa”. Już kiedyś różne dzieci  namawiał innych przeciwko Nataszce i potem zostawały same jak palec , i szukały kontaktu z małą. Natka wkurza mnie ,bo ja na jej miejscu nie chciałabym się bawić  z nimi ,a ona chce. Uparta jest ,ale nie zawsze tam gdzie powinna. Martwię się ,że może to przez chorobę chce być na siłę przez wszystkich akceptowana????? 

zabawa , słodycze , psikusy ,czyli to co ,,dzieciaki lubią najbardziej”

Dzisiaj większość dnia spędziłyśmy na dworze. Paweł pierwszy dzień po zwolnieniu lekarskim w pracy , więc jakoś tak smutno. Ale za to pogoda dopisuje ,więc wyszłyśmy do parku na plac zabaw. Nataszka w ciągłym ruchu ,więc i cukry dobre ,a nawet sporo sobie dojadła. Doszło tylko do jednej wpadki , kiedy to mała zsunęła się z huśtawki i urwało się wkłucie. Tzn nie całe wkłucie tylko naderwała się ta końcówka, ale Nataszka zaczęła sprawdzać i chyba je wyjęła. Pierwszą moją myślą było ,żeby zdjąc wkłucie i pompę ,i pozwolić jej pobiegać ,,wolno”. Do przyjazdu Pawła była niecała godzina, cukry w normie… Niestety nie posłuchałam tego wewnętrznego głosu ,bo miałam nadzieję,że jednak coś tam działa. Zauważyłam jednak ,że Natka drapie to miejsce, zawołałam ją i okazało się,że wkłucie podeszło krwią. Szybko je wyjęłam, odpiełam pompę i pozwoliłam jej cieszyć się wolnością , stało się jednak dopiero po przyjściu Pawła. Natka oczywiściue zachwycona, zaczęła krzyczeć ,,nie mam pompy , nie mam pompy” z wielką radością”. Cukry utrzymywały się w normie, po przyjściu do domu mała była strasznie brudna. Ale dla mnie to oznaka dobrej zabawy. Nie miała na sobie pompy , nie było wkłucia, więc od razu wskoczyła do wanny. Była bardzo zadowolona, bo kąpał ją tata (zazwyczaj ja to robię,bo tatusiowi się nie chce) ,ja w tym czasie szykowałam im jedzonko. Paweł powiedział mi uradowany ,że Natka była bardzo zadowolona,że to on ją kąpał ,bo wychodziła z wanny co jakiś czas ,dawała mu buziaka i mówiła ,,kocham Cię, I love you tatusiu”. Potem robiliśmy wkłucie, Natka troszkę uciekała ,ale nawet nie było większej afery. Potem kolacja i w zasadzie po jedzonku zasnęła w przeciągu 20 minut. Uwielbiam takie chwile, bo to dla mnie znak ,że wybawiła się tak jak powinna. Cukier mierzony chwilę temu 150.
Nie mogę zrozumieć jak to działa ,że ruch ,,spala cukier” bez udziału insuliny?? Przecież wszystkie procesy w organiźmie odbywają się w komórkach , a bez insuliny glukoza nie może ,,wejś” do komórki , więc nie powinna teoretycznie się zużywać ,tylko krążyć we krwi. Jak ruch robi to czego trzustka nie może??Hmmm, zawsze mam się spytać pani diabetolog ,ale albo zapominam ,albo nie chce jej zabierać czasu, bo bez tego nasza wizyta trwa sporo czasu (jak każdego dziecka, bo pani doktór jest bardzo skrupulatna -za co ją uwielbiam). Nie ważne, najważniejsze jest to ,że jak jest dużo ruchu to cukry są dobre.
Może następnym razem jak będziemy na placu odepnę jej na trochę pompę ,żeby mogła poczuć się ,,wolną”? Zobaczę jakie będą cukry. Z drugiej strony , to jedna z niewielu chwil ,kiedy Natka może sobie bez wyrzutów sumienia podjeśc coś słodkiego.

Być silnym dla dziecka…

Wczoraj , po urlopie Paweł wrócił do pracy i od razu niemiła niespodzianka-cukier po śniadaniu ponad 400, korekta nie bardzo chciała działać ,więc zadzwoniłam do Pawła ,że chyba będzie musiał urwać się z pracy ,żeby zmienić wkłucie. W oczach Nataszki zobaczyłam znienawidzoną cukrzycę -rozszerzone źrenice… Paweł nie bardzo mógł przyjechać, ale powiedział ,żeby jeszcze spróbować korekty i dać mu znać. Natka jednak zaczęła narzekać ,że wkłucie ją boli, wiedziałam ,że nie ma na co czekać. Zapytałam jej ,czy pozwoli mi zmienić wkłucie-odpowiedziała ,,przecież Ty nie umiesz zmieniać wkłucia”…, zrobiłam dobr a minę do złej gry i odpowiedziałam ,że ,,umiem”. Nigdy do tej pory nie zmieniałam wkłucia, a jak musieliśmy zmieniać wkłucie za dnia to najpierw łapaliśmy córcię (tak bardzo się bała) i zawsze byliśmy we dwoje , w razie nagłej potrzeby Paweł urywał się z pracy (były dwie takie sytuacje). Tym razem postanowiłam wziąs sprawę w swoje ręce i ulżyć mojemu dziecku. Wzięłam instrukcję obsługi pompy i włączyłam filmik instruktażowy na necie.
Zabrałam się do roboty, ręce nawet mi nie drżały ,ale z nerwów zrobiłam już ,,babola” na samym początku , przy napełnianiu strzykawki insulinówki , mianowicie odwrotnie połączyłam strzykawkę i nie mogłam wbić się w ampułkę z insuliną, na szczęsnie kapłam się o co chodzi i jakoś poszło. Potem , miałam małe kłopoty z tłoczkiem. Kiedy wszystko było przygotowane poprosiłam Nataszkę ,żeby się położyła. Natuśka bez szemrania wykonała moją prośbę (byłam z niej taka dumna) , po czym wykonałam wkłucie. Córcia nawet nie drgnęła ,ale płakała… Potem sama zdjęła stare wkłucie i była z siebie taka dumna ,a ja z niej… Gdyby nie ona nie miałabym szans zmienić tego wkłucia. Cukier spadł ,wydawało się, że wkłucie działa. Nataszka była ze mnie taka dumna. Paweł nie mógł uwierzyć ,że się przełamałam.
Potem jednak przyszł;a noc i po kolacji mimo licznych korekt cukier nie spadał poniżej 200 , więc konieczna była zmiana wkłucia. Tym razem zrobił to Paweł ,bo ja poczułam się winna, że przez to ,że coś zrobiłam nier tak muszę kolejny raz kłuć moje dziecko…
Odklejenie niedziałającego wkłucia nie było łatwe, bardziej bolało niż zrobienie nowego. Okazało się, że natrafiłam na naczynko , to się niestety zdararza , kilka dni wcześniej też zmienialiśmy wkłucie po jednym dniu i też okazało się, że to wina natrafienia na naczynko.
Chociaż okazało się, że to wina naczynka, ja jakoś tak czuję się winna ,że nie przyjrzałam się lepiej ,gdzie daję wkłucie, jest mi smutno i obwiniam się patrząc na koleją ,,dziurkę” w nóżce córeczki. Pawłowe wkłucie szalało , mała w nocy wypiła 300 ml soku ,a cukier rano niecałe 100 ( w nocy podawałm sok przy cukrach 49,55,69 – a wszystko działo się pomiedzy 1 a 6 rano) , chyba jeszcze działała dodatkowo insulina z mojego wkłucia.
Dzisiaj dzień matki , z dumą patrzę na moje dziecko ,ale tak bardzo chcę ,żeby była zdrowa. Czuję taki smutek i taką bezradność.
Co do zrobienia samodzielnie wkłucia to wiem ,że teraz w razie problemu , sama je zmienię ,bo wydaje mi się i mam taką nadzieję, ze Natuśka mi pozwoli na to . Nie będę jednak odbierać Pawłowi funkcji głównego ,,zmieniacza”.
Teraz najchętniej bym krzyczała na całe gardło wyjąc z bezsilności , czuję tyle negatywnych emocji , które nie mają jak ze mnie wyjść. Dobrze znam i rozumiem w pełni hasło ,,samota wśród ludzi”. Nie mam komu się wygadać, Paweł zazwyczaj kwituje moje żale słowami ,,musisz mnie dobijać , znajomi omijają problematyczny temat , bo boją się ,że się rozkleję i zacznę ryczeć, w psychologów nie wierzę. Wiem tylko ,że muszę być silna dla mojego dziecka, że nawet w chwilach mojej słabości nie mogę się poddawać, odłożyć ,,cukrzycy na później” , bo cukrzyca nie śpi , nie ma od niej urlopu. Jest zawsze i wszędzie , towarzyszy mojemu dziecku i choć nie była zaproszona to zagościła w naszym życiu chyba na zawsze.Piszę ,,chyba” , bo jak każdy rodzic, czy każdy chory mam nadzieję, że stanie się cud i będzie jak dawniej, jak wtedy , kiedy moje dziecko nie patrzyło na lizaka jak na siódmy cud świata ,a ja nie musiałam w kółko powtarzać ,,nie , nie możesz” , albo ,,wiem ,że jesteś głodna, ale masz wysoki cukier i nie możesz teraz nic zjeść” ,, nie biegaj , bo masz za nisko cukier i musisz poczekać,aż podskoczy”, ,,dołożę Ci to do posiłku”, ,,uważaj ,bo zamoczysz pompę”.
No i troszkę popisałam i troszkę się wyryczałam i jest mi troszkę lżej, córcia jest zajęta oglądaniem bajki ,więc nie widziała moich łez ,na szczęście…